„W Lanzarote wszystko jest ekstremalne” – mówi Ola Kieda. Dlaczego więc ponownie stanęła na starcie najtrudniejszego Ironmana na świecie? Bo właśnie ta ekstremalność przyciąga i uczy pokory. W rozmowie z Akademią Triathlonu zawodniczka mówi o walce z kryzysem, sile wsparcia innych i treningach na granicy wytrzymałości.
Kilka tygodni temu Ola Kieda wystartowała w IRONMAN Lanzarote. To był jej drugi start na wyspie, w wyścigu znanym jako jeden z najbardziej wymagających pełnych dystansów. Wygrała swoją kategorię wiekową, będąc jedną z najlepszych zawodniczek Open. Porozmawialiśmy z nią o wyścigu, niełatwych przygotowaniach, wielkim wsparciu społeczności oraz kluczowym 40 kilometrze roweru, gdzie towarzyszyły jej ogromne emocje.
Grzegorz Banaś: Zawodnicy mają na liście zawody, które koniecznie chcą odwiedzić. Dla niektórych jest to właśnie Lanzarote – ultratrudny wyścig. Ale Ty… zdecydowałaś się tam wystartować drugi raz! Co stało za decyzją, która wydaje się wręcz szalona?
Ola Kieda: To prawda, Lanzarote nie jest oczywistym wyborem – to jeden z najtrudniejszych wyścigów Ironman na świecie. Wiatr, upał, profil trasy… wszystko tam jest ekstremalne. Ale właśnie to mnie do niego przyciąga. Za pierwszym razem Lanzarote nauczyło mnie ogromnej pokory. Zostałam tam przetestowana fizycznie i mentalnie jak nigdy wcześniej. I choć zarzekałam się, że „nigdy więcej” – coś we mnie wracało do tej wyspy. Chciałam sprawdzić, czy potrafię podejść do tego wyzwania z większą mądrością i doświadczeniem.
Poza tym zależało mi na starcie w pierwszej połowie sezonu – żeby mieć przestrzeń na regenerację i dalsze cele. A znajomość miejsca, trasy i lokalnej logistyki to ogromne ułatwienie. Wiedziałam, gdzie się zatrzymać, jak ogarnąć rower, jak się poruszać – to naprawdę zmniejsza stres przedstartowy.
Nie bez znaczenia była też kwestia finansowa – Lanzarote, mimo że to wyspa, okazało się bardziej dostępne niż np. IRONMAN Texas. Pakiet startowy, bilety lotnicze, noclegi – wszystko było bardziej przystępne cenowo.
GB: Kiedy wspominałaś tamte zawody, pisałaś o tym, że było bardzo ciężko. Zajęłaś wysokie miejsce w kategorii. Czy przed tegorocznym startem chciałaś ponownie zmierzyć się z własnymi słabościami, czy pomyślałaś – „skoro tam lecę ponownie, chcę poprawić czas albo wręcz wygrać”?
OK: Zdecydowanie wracałam na Lanzarote, żeby się sprawdzić – ale nie tylko „dla siebie”. Tym razem jechałam tam walczyć. Moim celem był slot na mistrzostwa świata na Hawajach. Po prostu. To nie była turystyczna przygoda, tylko konkretna sportowa misja.
Zależało mi też na poprawieniu konkretnego elementu – biegu. Za pierwszym razem miałam tam ogromny kryzys – ból brzucha, zawroty głowy, dużo odcinków przeszłam- wiedziałam, że stać mnie na więcej.
Po mistrzostwach świata w Nicei miałam już pełne przekonanie, że mogę dobrze pobiec pełnego Ironmana. Tam udowodniłam sobie, że potrafię znieść ból, że mam głowę do długiego dystansu. Lanzarote było więc testem – ale nie takim, który robisz z ciekawości. Tylko takim, który ma ci dać konkretny efekt. Jechałam tam z planem i z ambicją. I z wiarą, że jestem gotowa na więcej.
GB: Czego nauczył Cię pierwszy start na Lanzarote? Pomyślałaś o czymś „tego już nie zrobię” albo „to była doskonała decyzja”?
OK: Oj, pierwszy start na Lanzarote nauczył mnie bardzo dużo – pokory przede wszystkim. To wyścig, który brutalnie obnaża każdy błąd i każdą słabość. Myślisz, że jesteś gotowa, a potem dostajesz lekcję, której nie zapomnisz.
Nieprzemyślana strategia żywieniowa, za mocne tempo na rowerze, zlekceważenie upału – wszystko to się na mnie zemściło. Wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek tam wrócę, to tylko z planem dopracowanym w najmniejszym szczególe.
Ale były też decyzje, które wtedy się obroniły – jak wybór sprzętu, logistyki, a przede wszystkim podejścia mentalnego. Mimo ogromnego kryzysu nie zeszłam z trasy. Walczyłam do końca. I ta walka nauczyła mnie, że jestem w stanie przetrwać naprawdę trudne momenty – nawet jeśli ciało już odmawia posłuszeństwa.
Więc tak – wracając tam po raz drugi, miałam listę rzeczy, których już nie zrobię. Ale miałam też pewność, że ta pierwsza wersja mnie z Lanzarote była potrzebna, żeby teraz być silniejszą, mądrzejszą i spokojniejszą zawodniczką.

GB: Przed Lanzarote napisałaś, że trenujesz bardzo mocno i czasem zdarzają się gorsze momenty. Poprosiłaś o słowa wsparcia i dostałaś ich ogromną liczbę. Zaskoczyła Cię ta reakcja i wiele pozytywnych komentarzy?
OK: Totalnie mnie to zaskoczyło – w najlepszym możliwym sensie. W momencie, kiedy napisałam ten post, byłam naprawdę zmęczona. Fizycznie, psychicznie, całościowo. Treningi były mocne, a jednocześnie musiałam ogarniać życie, pracę, dom, Helkę… Znasz to uczucie, kiedy masz plan, motywację, ale ciało i głowa już ledwo zipią? Właśnie wtedy postanowiłam się otworzyć i powiedzieć szczerze: „Ej, jest ciężko. Potrzebuję dobrego słowa”.
I ta reakcja mnie wzruszyła. Dostałam tyle wiadomości, komentarzy, słów wsparcia, że dosłownie się popłakałam. Nie spodziewałam się aż takiej fali dobra. To pokazuje, że wokół sportu tworzy się coś więcej niż tylko statystyki i wyniki. To ludzie. To wspólnota.
Te słowa wracały do mnie w trakcie wyścigu. Serio – przypominałam je sobie, kiedy było ciężko. Bo w takich momentach człowiek nie myśli o zegarku, tylko o tym, dlaczego to robi. I dla kogo. I dzięki komu jeszcze wierzy w siebie.
To był dla mnie dowód, że warto być autentycznym. W sporcie, ale też po prostu w życiu.
GB: W relacji z zawodów nawiązałaś do przygotowań, pisząc o „rollecoasterze emocji”. W którym momencie poczułaś, że jazdą tą szaloną kolejką górską miała sens?
OK: To był naprawdę emocjonalny rollercoaster – i nie mówię tu tylko o treningach. W życiu prywatnym też działo się dużo. Serce dostało kilka solidnych ciosów. A jak coś wali się w środku, to nawet najlepszy plan treningowy nie daje gwarancji, że wyjdziesz z domu z uśmiechem. Były dni, kiedy zbierałam się do wyjścia na trening i myślałam: „Po co mi to wszystko, skoro czuję się jak wrak?”
Do tego kilka razy rozłożyło mnie przeziębienie, raz musiałam wziąć antybiotyk – i pamiętam dokładnie, jak po jednej z takich infekcji wyszłam biegać i czułam się jak g***o. Serio. Nogi nie moje, tętno kosmiczne, zero mocy. Siedziałam potem na podłodze, patrzyłam w sufit i pytałam siebie, co ja w ogóle robię.
Ale właśnie dlatego ten moment na biegu, kiedy wszystko zaskoczyło, był tak cholernie ważny. Nagle poczułam, że jestem w swoim ciele, że ono działa, że głowa jest spokojna. Nie musiałam się z niczym siłować. Każdy krok to był taki osobisty manifest: „Wstałaś, przetrwałaś, zrobiłaś to mimo wszystko”.
I drugi moment – meta. Wbiegając tam, czułam nie tylko radość z ukończenia wyścigu. To był symbol. Że jestem tu – cała, silna, znowu sobą. Wszystkie prywatne burze, antybiotyki, momenty zwątpienia… one były częścią tej drogi. I teraz już wiem, że bez tego całego chaosu nie smakowałoby to tak mocno.
GB: Który moment wyścigu był najtrudniejszym? Gdzie pomyślałaś, że walczysz z niezwykle wymagającą trasą, ale też samą sobą?
OK: Wbrew pozorom najtrudniejszy moment nie przyszedł na biegu, tylko na rowerze. W tym roku to wiatr rozdawał karty – a właściwie, grał bez litości. Wiało tak potwornie, że chwilami miałam wrażenie, że stoję w miejscu. Serio – pedałujesz, dajesz z siebie wszystko, a licznik ledwo pokazuje jakieś żałosne tempo. I to nie dlatego, że nie masz siły – tylko dlatego, że jedziesz pod ścianę z powietrza.
Do tego dochodzą przewyższenia. Lanzarote samo w sobie nie wybacza – cały czas góra-dół, techniczne zjazdy, zakręty, wąskie drogi. A kiedy jeszcze wiatr rzuca tobą na prawo i lewo, to naprawdę zaczynasz się bać. Trzymałam kierownicę tak mocno, że zdrętwiały mi dłonie. Kask aż dudni od szumu, nie słyszysz nic poza tym huraganem wokół.
W pewnym momencie pomyślałam: „Błagam, niech to się już skończy. Ja już chcę tylko włożyć buty i biec”. I choć bieg to przecież ostatnia, najcięższa część Ironmana – ja naprawdę marzyłam o tym, żeby już tylko biec. Tyle mówi o skali tego, co się działo na trasie kolarskiej.
Zeszłoroczna edycja była trudna, ale nie aż tak. Można powiedzieć, że w porównaniu do tegorocznej – w ogóle nie wiało. Wtedy walczyłam o dobry czas, teraz – walczyłam, żeby nie dać się zdmuchnąć z drogi. To była surowa lekcja pokory i siły psychicznej.

GB: Na 40 kilometrze roweru myślałaś, aby się poddać. Możemy na chwilę zajrzeć w umysł Oli Kiedy? Co wtedy myślałaś? Jakie emocje czułaś?
OK: Tak, dokładnie tam – około 40. kilometra – miałam ten moment. Spojrzałam przed siebie i pomyślałam: „Nie dam rady. To bez sensu. Złamie mnie to”. Wiatr walił prosto w twarz, przewyższenie się ciągnęło, a licznik pokazywał prędkość jak na przejażdżce z dzieckiem, nie jak na zawodach. Pedałujesz, dajesz z siebie wszystko, a masz wrażenie, że stoisz w miejscu. To był moment kompletnej bezradności.
Emocje? Mieszanka frustracji, rozczarowania, złości i… wstydu. Wstydu przed samą sobą, że w ogóle myślę o tym, żeby zrezygnować. Bo przecież jestem twarda. Bo tyle przepracowałam. Bo walczę o slot. A tu nagle – ściana. Nie fizyczna, tylko mentalna. Taka, której nie obejdziesz bokiem.
I wtedy zaczęłam zadawać sobie pytania: „Po co tu jesteś? Dla kogo to robisz? Co powiesz Heli, jak wrócisz?”. To były myśli, które zaczęły mnie powoli wyciągać z tego dołka. Nie miałam tam żadnego olśnienia czy magicznego kopa – po prostu jechałam dalej. Krok po kroku. Wkurzona, zmęczona, ale uparcie do przodu. Bo wiedziałam, że jeśli zrezygnuję teraz, to będzie mnie boleć bardziej niż ten wiatr.
GB: Na mecie miałaś 5. czas Open. Wygrałaś kategorię z potężną przewagą, a dodatkowo poprawiłaś czas o ponad 30 minut. Jeden rok, a znaczący progres. Co najbardziej Cię w tym cieszy?
OK: Wiesz, co mnie najbardziej cieszy? Że to nie był przypadek. Że za tymi ponad 30 minutami poprawy stoi każda godzina spędzona na treningu, każda chwila zwątpienia, z którą się nie poddałam, i każda decyzja, żeby mimo zmęczenia wyjść z domu i robić swoje.
Oczywiście – 5. miejsce Open i zwycięstwo w kategorii z taką przewagą dają ogromną satysfakcję. Ale jeszcze większą mam z tego, że ten wynik nie spadł mi z nieba. Ja go sobie wyrzeźbiłam. Z potu, łez – i tego całego emocjonalnego chaosu po drodze.
Cieszy mnie też to, że poprawiłam bieg – bo to był mój cel po zeszłym roku. Wtedy na maratonie dużo szłam, miałam zawroty głowy, ból brzucha. W tym roku czułam, że lecę swoje. Że jestem w pełni zawodniczką, która panuje nad swoim ciałem i głową.
I może najważniejsze – udowodniłam sobie, że potrafię się podnieść, że nadal jestem coraz lepszą wersją siebie. Że z porażki, kryzysu i trudnych momentów można zrobić trampolinę do czegoś większego. I chyba to właśnie daje największą radość – że to nie tylko wynik sportowy, ale dowód na to, że jestem silniejsza niż kiedykolwiek.
GB: Dziękujemy za rozmowę!

Ty oszczędzasz, my tworzymy!
Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!
Nasze działania możesz wesprzeć również w systemie Patronite.

