“Dopaść Grassa!” – felieton Macieja Dowbora.

16

       Never give up!!!! To moja ulubiona i chyba jedyna maksyma, którą kieruję się w życiu. Być może nie zawsze jestem tak twardy, jak chciałbym być, ale przynajmniej  się staram. Kiedyś w chwili wyjątkowego uniesienia, chciałem nawet wytatuować sobie to hasło na ramieniu,  abym mógł zawsze na nie spojrzeć w chwilach słabości. Na szczęście moment ten był tyle intensywny, co krótkotrwały i obyło się bez zbędnego szpecenia moich kończyn. Wystarczy, że raz, w wieku szczenięcym dałem się ponieść emocjom i do dziś muszę wszystkim  tłumaczyć, że nieszczęsne ptactwo  „zdobiące” moją rękę to nie hitlerowska gapa, ani reklama kurczaków z rożna, tylko aztecki orzeł. A to, że „artyście” nie wyszło do końca, to już nie moja wina. No może odrobinę moja, bo czego się mogłem spodziewać po gościu, który obrabiał mi łapę przez kilka godzin i wziął za to 50 złotych. Dobrze, że przynajmniej nie zaraził mnie jakimś świństwem.
     Tym razem znów niestety się uniosłem, a efektem tej niezdrowej nadwyżki testosteronu, niebezpiecznie zmieszanej z ułańską fantazją, jest moje zupełnie bezzasadne podjęcie rękawicy rzuconej przez redaktora Grassa. Żeby  zgodnie z rycerską etykietą rękawica ta rzucona była mi pod nogi, mógłbym chociaż zasymulować kontuzję odcinka lędźwiowego kręgosłupa i tym fortelem wywinąć się z pojedynku, w którym z założenia skazany jestem na porażkę. Ale nie!!! Redaktor Grass był łaskaw trafić mnie rzeczoną rękawicą prosto w twarz, na oczach tysięcy internautów i tu niestety nie ma odwrotu. Więc przyjąłem to wyzwanie, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że z konfrontacji  tej wyjść zwycięsko nie sposób. A sukcesywnie zmniejszający się poziom testosteronu i fantazji tylko bardziej mnie do tej opinii przekonuje. Cóż, lepiej polec z godnością, niż się poddać bez walki i skazać na potępienie…

     BLABLABLA. Dość tej kokieterii. Wojna to wojna. Trzeba się przegrupować, uformować szyki i przede wszystkim przemyśleć taktykę. A najważniejsze to przeanalizować wszystkie mocne i słabe strony wroga. A zatem do dzieła! Łukasz Grass – dziennikarz, lat 37, 82 kg wagi, 182cm wzrostu, żona, dwójka dzieci, kariera w mediach, od kilku lat aktywny triathlonista. No więc jedno jest pewne – o dwa lata jestem młodszy. Że też cholera w triathlonie nie ma to większego znaczenia! Trudno, poszukajmy innych przewag. Dwójka dzieci – właśnie. Ja mam jedno, co w prostym arytmetycznym rozrachunku oznacza o połowę mniej obowiązków, o połowę więcej czasu na treningi i o połowę mniejsze wycieńczenie psychiczne. Więc punkt dla mnie. Okay, niech będzie, mały bo mały, ale to już coś. Zwłaszcza, że potem to już tylko  gorzej. Trenuje dłużej, dużo dłużej. Ma lepsze życiówki, dużo lepsze. No i przede wszystkim jest tytanem pracy, ma idealne warunki fizyczne i przeszłość lekkoatletyczną. Co gorsza (dla mnie) paradoksalnie jego najmocniejszą konkurencją jest rower. Czyli tak naprawdę ma dwie mocne konkurencje. Nic tylko się poddać na wstępie. Może trzeba było sobie wytatuować to ‘never give up”?!  Na szczęście od zawsze kibicowałem słabszym, niedocenianym i skazanym na porażkę, a jedyny fragment Biblii, który pamiętam to ten z Dawidem i Goliatem w rolach głównych. Pewnie z tego powodu jestem bodaj ostatnim kibicem  warszawskiej Polonii.

Przejdźmy do analizy technicznej. Redaktor Grass jest lepszy, to jasne, ale o ile i gdzie? Idąc po kolei, konkurencja po konkurencji, w oparciu o wyniki z sezonu 2012 pojawia się nadzieja. Z góry zaznaczam, że nie mam zamiaru sięgać do wypróbowanych metod rodem z mafii, czyli zastraszania przeciwnika, jego otrucia, czy uszkodzenia roweru. Zacznijmy od pływania. Początek to moja przewaga…i to spora. W Suszu na połówce pokonałem  Łukasza o prawie 6 minut. Wniosek jest prosty – im  dłuższe pływanie, tym lepiej dla mnie. Owszem Łukasz trenuje i się poprawia, ale z tego co wiem, to postępy w pływaniu są najbardziej czasochłonne i najmniej efektywne, co oznacza, że jego postęp można ocenić na…. dajmy na to dwie minuty – 33.30 na 1900 metrów. Ale i ja nie zasypiam gruszek w popiele. Jeśli podtrzymam progres, latem powinno być ciekawie. Jak ciekawie?! Nie chcę zdradzać wszystkich atutów. Bezpieczne założenie – po pływaniu utrzymuję ok. 5 minut przewagi. 

 

Strefy zmian – tu już kolega Grass wciąga mnie nosem. Ale spokojnie. Mam zamiar ten element wytrenować i przede wszystkim zamówić triathlonowe buty do roweru, bo na zakładaniu i zdejmowaniu ich w strefie, a także wpinaniu w pedały sporo już straciłem.  Załóżmy, że na każdej strefie zmian tracę po 30 sekund. Wniosek jest taki – Grass wychodzi z wody, a ja jestem gdzieś na  3-4 kilometrze trasy kolarskiej. Dobry zaliczka. To niestety byłoby na tyle. W Suszu, naszym jedynym wspólnym starcie, przewaga Łukasza na rowerze była miażdżąca – 8 minut. Wiadomo, że dwóch różnych zawodów nie można porównywać, ale w Borównie wynik z roweru poprawiłem o 4 minuty. Analizując czasy doświadczonych zawodników startujących w obydwu imprezach okazuje się, że akurat na rowerze mieli podobne wyniki, więc może przepaść między nami nie jest aż tak wielka. Poza tym, mam zamiar wreszcie trochę potrenować tę konkurencję, bo kiedy podsumowałem  poprzedni sezon to okazało się, że w całym swoim życiu na kolarce przejechałem niecałe 2000 km. Trochę mało, żeby mówić o wynikach.

Zakładam, że na połówce redaktor Grass dopadnie mnie w okolicach strefy, a może nawet ciut wcześniej. A potem… Jeśli pływanie mam dość dobre, rower nie najgorszy, to bieganie…No właśnie. Bieganie! Że też nikt nie wymyślił aquacyklonu, czy jakoś tak. Ci co kiepsko pływają mają duathlon. Ci co kiepsko jeżdżą na rowerze mogą walczyć aquathlonie. A Ci co kiepsko biegają… mogą się pochlastać i zbierać baty w triathlonie. Nawet w morderczym Suszu redaktor Grass miał czas biegu lepszy o 2 minuty od mojego rekordu bitego w sielankowych warunkach w Borównie.  Więc murowana porażka. Wciąż mogę się skusić na wariant mafijny i przebić mu opony w strefie zmian. W końcu zgodnie z moimi obliczeniami będę miał na to 5 minut.  Jaki z tego wniosek? Walka na połówce na razie odpada. Ale olimpijka to coś zupełnie innego. Kupa pływania, szybki, miły rower i delikatna przebieżka na koniec.  Po wodzie wciąż mam ponad 4 minuty zapasu, jak na rowerze przycisnę, to może nie stracę więcej niż dwie minuty, a na biegu niesiony ułańską fantazją i słabą silną wolą jakoś dowlokę się do końca. Po drodze dżentelmeńska współpraca, podajemy sobie bidony, wymieniamy gąbeczki. I na koniec heroiczny finisz, z kraulem na mecie. Prawdziwa IronWar w lokalnym wydaniu…

     No to się rozmarzyłem. Od jutra zabieram się poważnie za treningi. Musze namówić  Piotrka Nettera do większych obciążeń, a z Anką Jakubczak wskoczyć na wyższy poziom biegowego wtajemniczenia. Trzeba stworzyć cały team. Przydałby się masażsyta, serwismen do roweru, oczywiście lepszy rower, najlepiej dwa, nowe koła, dwa obozy wysokogórskie w ciepłych krajach, profesjonalna suplementacja, dietetyk, lekarz, psycholog sportowy i asystent, który to wszystko pospina logistycznie. Miało nie być wyścigu zbrojeń?! Chrzanić to! Pisałem ostatnio, że nie ważne jest miejsce i liczy się tylko mój wynik?! Otóż nie moi drodzy! Od tej chwili w całym sezonie liczy się tylko jedno. Dopaść Grassa. Panie Redaktorze, podnoszę rzuconą rękawicę.  A więc wojna. Żelazna wojna. Jeńców brać nie będziemy. Wysyłam Ci propozycję dystansu niczym te dwa miecze spod Grunwaldu. Olimpijka przyjacielu!!! Co ty na to?! Czekam na kontrpropozycję.  

16 KOMENTARZE

  1. Motywacja wewnętrzna to silnik. Rywalizacja z innymi to paliwo 😉
    Panowie powodzenia w rywalizacji. Jak chcecie będę was nakręcał jeden na drugiego

  2. Wasza wspólna rywalizacja działa bardzo motywująco. Myślę, że każdy trenujący TRI się zgodzi, że czytając wasze przygotowania wojenne, sam będzie ciężej trenował, aby uzyskać jak najlepszy czas 😉 Powodzenia i trzymam kciuki za Maćka, (choć zwycięstwo prawie pewne dla Ojca Dyrektora AT 😉

  3. Tomek! Ja się boję, że zawodnicy będą w tajemnicy przed trenerami zwiększać objętości 🙂 a tak już całkiem poważnie (choć to zabawa przecież, prawda? :-)) będzie rywalizacja na dwóch dystansach. Szczegóły w sobotę. I choć zgadzam się z Marcinem Koniecznym, że najważniejsza jest motywacja wewnętrzna, to taka mała rywalizacja daje dodatkową – równie potrzebną. Mam nadzieję, że nasza zabawa motywuje też innych 🙂

  4. Panowie aby nie było później tłumaczenia i dopowiadania najlepszym dystansem jest 1/4IM lub olimpijka w formule bez draftingu. W takim wypadku szanse są wyrównane, na klasycznej olimpijce po dłuższym zastanowieniu to pomimo mniejszego doświadczenia wieksze szanse ma Maciek. Ciekawe czy mam rację? przeczyttam ten wpis po sezonie hahah
    Łukasz mam nadzieję, że każdy z wpisów to dodatkowa motywacja.W całym fefietonie dopatrzyłem się także małej bitewki trenerskiej pomiędzy obozem Piotra Nettera a obozem Filipa Szołowskiego :)oj będzie się działo!
    ps: tylko żeby nie było na mnie jak dostaniecie w następnym tygodniu do zrealizowania 2x większe objętości!

  5. Z tego co widziałem ostatnio na Warszawiance, to Łukasz już jest na 33:30. Myślę, że w sezonie będzie na 31 : XX.
    Dla Maćka kluczem do pokonania Łukasza będzie bieg.
    PS: no i czekam na info gdzie pojedynek 😉

  6. Obiektywnie patrząc wygrać powinien Łukasz, ale z od Maćka bije nieprawdopodobna determinacja. Organizatorzy wyścigu, na którym dojdzie do rywalizacji powinni sie przygotować na rozstrzygnięcie wyniku przy pomocy fotofiniszu:)

  7. Dziękujemy za doping i komentarze. Wszystko wyjaśni się w ten weekend. Miejsca bitwy już ustalone. Stawka – negocjowana 🙂 W sobotę wieczorem Pan redaktor Dowbor dostanie odpowiedź na piśmie od redaktora Grassa 🙂 i zaczniemy odliczanie.

  8. Dobre Maciek naprawdę dobre:) zaczęła sie wojna psychologiczna bardzo sprytnie na początku pokazanie siebie jako z góry przegranego czyli ustawienie Łukasza w roli faworyta a jak wiadomo faworyt ma na wstępie gorzej po załatwieniu tego faza prężenia mięśni czyli klasyczne podpuszczenie Łukasza do cięższych treningow bo de facto ten z góry przegrany już depcze mu po piętach ciezsze treningi grożą przetrenowaniem bardzo sprytnie;) olimpijka jak wiadomo jest tydzień przed IM Łukasza w Zurichu więc na pewno nie będzie szedł na niej na całość czyli nie chodzi o dystans tylko o termin znowu sprytnie;) Maciek jedyny termin jak pisał Filip to Radków (Szczecinek za blisko Twojego Berlina) – dla obu z Was teren inny niż na codzień. Poza tym to nie koniec kalendarza imprez Tri na ten rok może jeszcze coś ciekawego w dogodnym terminie dla obu z Was będzie. Łukasz trenuj spokojnie nie daj sie podpuścić nie wierz w słaby rower i bieg Maćka nie zdradzaj pod żadnym pozorem swoich obecnych wyników ten wyścig już sie rozgrywa;)))

  9. Popłakałam się ze śmiechu 🙂 Panie Maćku… Łukaszu… Póki co, w “zimnej wojnie” jesteście genialni tzn. wojna na felietony mnie rozbraja (choć jeszcze nie odpaliliście atomówek :-)) Czekam na ripostę Łukasza. A póki pianka-rower-buty w grze, wszystko jest możliwe 🙂 Team i kontrwywiad Dowbora znamy, a jaki będzie Team i Agenci (byle nie agent Tomek) Grassa?? Trzymam kciuki.

  10. Hahaha! Maciek! Zebys sie nie przeliczyl w rachunkach…:) Mialem przyjemnosc potrenowac troszke z Łukaszem…:))) Powiem Ci, progres i jeszcze raz progres! Stawiam na Łukasza!

  11. A moze dystans dlugi ITU…? Az 3km plywania, a do tego i rower i bieg krotsze niz na polowce… Wiec przewaga po wyjsciu z wody mogalby byc naprawde solidna… Kuszace…? 😀

    PS
    Jako prawdziwy Polak oczywiscie trzymam kciuki za teoretycznie slabszego a wiec powodzenia!

    PPS
    A jeszcze bardziej trzmam kciuki zebyscie nadal poprawiwli mi humor swoja korespondencyjna wymiana uprzejmosci… (Jako prawdziwy Polak nie moge nie czerapc dzikiej radosci z tego jak dwoch sie za lby bierze a i jeszcze moze sie podpuscic na siebie ich da…? 😉 )

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here