“Kocham ten sport”- Maciej Dowbor

15

   Sporo musiało minąć czasu zanim na spokojnie usiadłem do podsumowania tego, co wydarzyło się w Suszu. W końcu dla mnie jest to podsumowanie nie tylko samego startu 7 lipca, ale właściwie ostatnich 9 miesięcy, które zupełnie wywróciły moje dotychczasowe spojrzenie na sport i na to, co będę robił w przyszłości.

     Przyznam się, że jeszcze na piętnastym kilometrze biegu klnąłem na głos, wyzywając od najgorszych wszystkich – od trenera Nettera począwszy, przez sędziów zawodów, organizatorów, wolontariuszy po matkę, ojca i kogokolwiek, kto w danym momencie przemknął przez moją ledwo migoczącą świadomość.

Przez ponad połowę ostatniej konkurencji nienawidziłem całego świata i jedyne o czym marzyłem, to znów dobiec do kurtyny wodnej, a najlepiej położyć się w jej strumieniu i zasnąć. Z wielkim bólem przyznam się jeszcze do grzechu głównego. Wstyd mi nawet, gdy o tym pomyślę, ale przez dobrą godzinę usilnie twierdziłem, że nie znoszę triathlonu i nigdy więcej już tego nie zrobię. Nie wiem jak przetrwałem ten kryzys woli i siły. Nie wiem też, jak dotarłem do mety, ale kiedy finiszowałem na ostatniej prostej, chcąc za wszelką cenę złamać 5:25, przypomniałem sobie, że kocham ten sport. Samego przekroczenia fotoceli nie pamiętam. Jak przez mgłę widzę niekompletne obrazki już po przebiegnięciu mety. Uściski z Piotrkiem Netterem, rwana rozmowa przez telefon z najbliższymi, ohydny smak izotonika, który pod wpływem tropikalnych upałów przemienił się w gorący ulepek. Mój przegrzany organizm wołał o pomoc, a mnie stać było tylko na to, by leżeć na trawie i chłonąć atmosferę tej jednej z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Tego jestem pewien. Euforia z mojego prywatnego zwycięstwa, która w końcu, po kilku minutach, do mnie dotarła, była porównywalna chyba tylko z momentem, kiedy na świat przyszła moja córka. Nigdy wcześniej nie byłem z siebie aż tak dumny. Nigdy wcześniej nie czułem, że osiągnąłem coś niezwykłego, coś co wymagało ode mnie najpierw tylu miesięcy ciężkiej pracy i wyrzeczeń, a potem jeszcze większej determinacji i wewnętrznej siły, żeby w tych warunkach, w takich zawodach dotrzeć do mety. Po raz pierwszy w życiu wiedziałem, że mam coś swojego, obiektywnego i niepodważalnego, coś czego nikt nie jest wstanie zanegować, coś co wzbudza szacunek, podziw, ale przede wszystkim sprawia, że patrząc na siebie w lustrze, czy też oglądając zdjęcia z zawodów odczuwam niepowtarzalną satysfakcję. Tak – jestem Ironmanem – no dobrze, pół Ironmanem, ale jak na początek, to też nieźle. Bo przecież 90% z nas uprawia ten sport dla siebie, dla złamania swoich słabości. Właśnie dlatego pokochałem triathlon i ludzi, którzy w niego się angażują. Atmosferę, z którą mogłem się zetknąć na obozie w Suszu, gdzie wreszcie spotkałem większą grupę takich jak ja, nagrzanych amatorów, czy też każdy dzień treningów, gdy na trasie rowerowej lub na basenie mijałem innych zapaleńców. To, co mnie urzekło, to życzliwość i klasa ludzi trenujących tę dyscyplinę. Wreszcie spotkałem fantastyczne środowisko osób, które znalazły drogę do samorealizacji. Osób, które reprezentują piękne, heroiczne postawy. Środowisko tak odbiegające od naszych narodowych przywar -kompleksów, frustracji i zawiści.

     Ilość miłych słów przed startem i na trasie, pomocne gesty ze strony zarówno innych zawodników jak i kibiców – to wszystko jeszcze bardziej mnie utwierdziło w tych przekonaniach. Myślę, że gdyby nie kilkudziesięciu innych uczestników, którzy podnosili mnie na duchu podczas biegu , kiedy walczyłem z kryzysem, nigdy nie doczłapałbym się do mety. Szczególne podziękowania muszę przekazać zawodnikowi z nr 318 – Mateuszowi Gawełczykowi, który poratował mnie na ostatniej pętli roweru swoimi zapasami izotonika.

     Niestety ten cudowny obraz polskiego triathlonu zburzył się w momencie, kiedy przez przypadek trafiłem na wpisy na Facebooku pod zdjęciami z Susza. Uwierzcie mi, że akurat ja, jak mało kto w tym kraju, jestem przyzwyczajony do zjadliwych komentarzy na własny temat, na wszelkiego rodzaju forach internetowych. Zazwyczaj nie robią one na mnie żadnego wrażenia. Tym razem zrobiło mi się jednak wyjątkowo przykro. Kilku „wybitych” triathlonistów postanowiło podważyć mój start, uważając, że powinienem zostać zdyskwalifikowany za rozpięty kask w strefie zmian. Oczywiście zgadzam się, że popełniłem błąd, za który zresztą otrzymałem żółtą kartkę od sędziego. Nie rozumiem natomiast czemu, ta błaha skądinąd sytuacja, wywołała aż takie oburzenie u niektórych obrońców prawości i sprawiedliwości.

 

Nie walczyłem o podium. Dla mnie to zabawa, forma promocji sportu i zdrowego stylu życia. Wszyscy, na własnej skórze, czuliśmy to samo. Nikt nie podał mi wody z motocykla, nie miałem ustawionych swoich ludzi na trasie, nic nie wiem też o pomocy, jakiej ponoć komuś udzielano na pierwszej zmianie. Walczyłem z własnymi słabościami i tę walkę wygrałem. Podobno temat kasków był na odprawie wałkowany do znudzenia. Piszę podobno, ponieważ nie miałem możliwości bycia na odprawie. W tym czasie przebywałem jeszcze w studiu telewizyjnym w Warszawie, gdzie od trzech dni, po 16 godzin dziennie, niemal bez przerwy na stojąco nagrywałem program i do Susza dojechałem w piątek około północy. Być może przepisy triathlonowe znałbym lepiej z praktyki, ale dla ambasadorów to Susz miał być pierwszym startem, przez co ominęły mnie imprezy w Malborku i Środzie Wlkp., gdzie mógłbym chociaż trochę otrzaskać się z tym sportem. Ale chcieliśmy udowodnić, że jesteśmy w stanie niemal od zera przygotować się i wystartować właśnie w “połówce” Ironmana. Broń Boże nie chcę się usprawiedliwiać. Każdy z nas ma swoje problemy, ograniczenia, pracę, obowiązki i inne sytuacje, które wpływają na końcowy wynik. W końcu większość z nas uprawia triathlon amatorsko. Nie rozumiem tylko dlaczego niektórzy tak bardzo chcą mi odebrać satysfakcję z tego, co zrobiłem? Od wielu miesięcy niemal każdego dnia robię wszystko co mogę, aby popularyzować ten sport. Nie odnoszę z tego żadnych korzyści materialnych – do wielu rzeczy dopłacam z własnej kieszeni i robię to z przyjemnością. Próbuję wykorzystać swoją pozycję zawodową i popularność do zainteresowania triathlonem jak największą ilość mediów – nawet kosztem tego, że jestem obsmarowywany w szmatławcach jako ktoś, kto nie ma kondycji i zemdlał na trasie, a ja, jak większość, odpoczywałem szczęśliwy. Wyrwane z kontekstu momenty uchwycone na zdjęciach posłużyły do uwiarygodnienia tezy, że Dowbor “umierał” po przekroczeniu mety. Co za brednie!

 

Jeśli mój rozpięty z niewiedzy kask popsuł innym osobom przyjemność ze startu w Suszu to bardzo przepraszam. Ja swoją przyjemność miałem w trakcie zawodów. To mój czas, pokonanie własnych słabości są wartością, a nie porównywanie się na siłę z innymi. Nikt mnie nie podwiózł na motorze, nikt mnie nie holował kajakiem, ani nie pchał podczas biegu. Tak samo jak większość uczestników tej imprezy poznałem granice swojej wytrzymałości, dotarłem do ściany i ze łzami w oczach przekraczałem metę. I z tego jestem dumny. Do zobaczenia na kolejnych zawodach!

Podoba Ci się jak i o czym piszemy?     
Założyciel i Redaktor Naczelny Akademii Triathlonu. Triathlon uprawiam amatorsko od 2009 roku. Startuję głównie na dystansach Ironman 70.3 oraz Ironman. Moje najlepsze zawody to: 4h 30 minut w IM 70.3 Haugesund w Norwegii i kwalifikacja na MŚ w Las Vegas (roll down z 16 miejsca) i 10h w pełnym Ironmanie w Kopenhadze. W latach 2016-2019 byłem redaktorem naczelnym Business Insider Polska - serwisu biznesowo-informacyjnego, który w ciągu 3 lat od pojawienia się na rynku stał się drugim najpopularniejszym serwisem biznesowym w Polsce i pierwszym z rodziny Business Insidera w Europie. Czyta go ponad 5 mln internautów. 2001 - 2016 byłem dziennikarzem radiowym i telewizyjnym. Pracowałem m.in. w Radiu TOK FM, jako zastępca redaktor naczelnej, szef informacji, prowadzący "Poranek TOK FM”. Przez 6 lat byłem związany z TVN24, gdzie prowadziłem magazyn "Polska i Świat”. Byłem również gospodarzem takich programów jak: "Magazyn 24 godziny", "Cały ten świat", "Serwisy informacyjne". 8 listopada 2018 roku, na rynku ukazała się moja pierwsza powieść biograficzna pt.: "Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą", która po miesiącu wskoczyła na listę bestsellerów Empiku. Do dziś sprzedano ponad 50 tysięcy egzemplarzy. Książka opowiada o losach Jerzego Górskiego - legendy polskiego triathlonu. 29 października ukazała się moja druga powieść biograficzna pt.: "Szlag mnie trafił", opowiadająca losy Moniki Michalak, która przeżyła skomplikowany udar pnia mózgu. Obecnie pracuję nad książką o Robercie Karasiu - mistrzu świata i rekordziście na dystansach Double i Triple Ironman.

15 KOMENTARZE

  1. Po przeczytaniu poniższej dyskusji nasuwa mi się takie spostrzeżenie, że każdy widzi rzeczywistość tak jak mu wygodnie – dobra PR’owa zasada.
    Po pierwsze nie dostrzegłem w wypowiedzi Pana Pawła Zapałowskiego przeprosin dla Pana Macieja Dowbora, co zostało dumnie ogłoszone niejako przyznając Panu Maciejowi rację w tym “sporze”. Nie wiem za co Pan Paweł miałby przepraszać pana Macieja.
    Po drugie, ważniejsze, wpis Pana Przemka pokazuje tą sytuację zupełnie z innej strony… strony w którą niestety jestem w stanie uwierzyć. Ktoś w tej sytuacji nie powiedział wpis wcześniej całej prawdy o zdarzeniu(Maciej – wstydząc się być może swoejego zachowania) lub ktoś kłamie (Przemek – sędzia który wręczył kartkę – dlaczego miałby kłamać teraz?).
    Bardzo proszę to wyjaśnić – jeśli Panie Maćku tak docenił Pan klasę Pana Pawła to teraz kolei na Pana – jeśli było tak jak piszę Przemek to należą się przeprosiny jeśli tak nie było to trzeba to wyjaśnić.
    Mimo wszystko życzę sukcesów i radości i satysfakcji na kolejnych zawodach.

  2. Ja ma tylko nadzieję, że przez tę naszą lokalną goryczkę rozlewaną tu i tam, takie osoby jak Maciej Dowbor nie zaczną szukać ofert Tri poza granicami naszego kraju. Te, jak wiadomo, są bardzo interesujące i organizacja też jest na innym poziomie.

    Dla mnie i dla większości triathlon to przede wszystkim dobra zabawa. Ukończony wyścig jest powodem do wielkiej dumy i szczęście, więc niech ktoś tylko po miom starcie w Borównie powie choć jedno słowo krytyki, to… 😉

    PS. Szkoda, że artykuł nie został podzielony na dwie części… bo tak fajna początkowa część została niestety przyćmiona przez “incydent z kaskiem”.

    PPS. Na szczęście pod koniec dnia pozostają tylko te dobre wspomnienia. 🙂

  3. W nawiązaniu do wpisu p. Pawła dotyczącego obowiązywania przepisów PZTri na suskich zawodach. Faktem jest, iż odbywały się one “w duchu przepisów PZTri” bowiem wielu z pośród startujących to amatorzy, którzy niekoniecznie je znają, wiec ich stosowanie byłoby znacznie utrudnione.
    Sędziowałem na HST w Suszu i to ja miałem wątpliwą przyjemność dać p. Dowborowi zółtą kartkę za złamanie reguł. Kary tej zawodnik nie otrzymał za niezapięty kask. P. Dowbor przejechał przez belkę wjazdową do strefy zmian, kask rozpiął jeszcze przed wjazdem na belkę. Został przeze mnie zatrzymany wyłącznie w celu ostrzeżenia i zwrócenia uwagi na łamanie przepisów (jak kilkadziesiąt innych osób). Niestety użył w stosunku do mnie słów wulgarnych i to było powodem wręczenia mu żółtej kartki. Nie ukrywam, iż pierwszy raz spotkałem się z takim zachowaniem, mimo iż sędziowałem już wiele zawodów. Wierzę, iż było to wynikiem zmęczenia i wysokiej dawki adrenaliny. Mimo wszystko życzę p. Dowborowi sukcesów w kolejnych startach – do zobaczenia w Ełku!!!

  4. Drogi Pawle!!!! Doceniam Twój gest!!! To świadczy o Twojej klasie i szczerych intencjach. Dodam tylko, że kask rozpiąłem dokładnie w bramce otwierającej strefę zmian. Nie jestem samobójcą ani idiotą, żeby przy tych prędkościach jeździć z rozpiętym kaskiem. Mam dziecko na utrzymaniu ;-). W razie czego mam dowody;-) – żart. POzdrawiam i do zobaczenia może Siedlcach albo na pewno w Borównie .

  5. WIELKIE GRATULACJE dla pana Maćka i pozostałych Ambasadorów. Szczególnie, że aura pogodowa dała w kość profesjonalistom triathlonu, a co dopiero powiedzieć o amatorach i “zakręconych” triathlonistach jak pan Maciej.___ Podziwiam również odwagę cywilną pana Pawła Zapałowskiego i Jego tutaj wpis (wytłumaczenie się). Naprawdę iście niespotykane zachowanie. Przyznanie się do poprzedniego, nieprzychylnego dla pana Maćka, wpisu i przeprosiny są godne, chyba w Polsce tylko triathlonisty 🙂 Pozdrowienia dla AT i Łukasza Grassa 🙂 od rodzinki z Łodzi

  6. Niejako wywołany do tablicy (bo byłem jednym z tych, co zwrócili uwagę na rozpięty kask), chciałbym tutaj parę słów wyjaśnienia umieścić. Przede wszystkim także uważam, że dyskwalifikacja za niezapięty kask byłaby grubą przesadą, co najwyżej stop&go podczas jazdy na rowerze, natomiast w samej strefie zmian – no cóż, uważam, że jest to taki typ przepisu, który służy tylko i wyłącznie ewentualnej korekcie wyników poprzez protesty.

    Zgadzam się też z opinią, że sędziowie/organizatorzy czasem sami wpływali na wynik (sam byłem świadkiem jak na sprincie sędzia postanowił przejść na drugą stronę trasy i wparował pod koła zawodnikowi opuszczającemu strefę zmian – obyło się na szczęście bez kraksy).

    Natomiast nie zgodzę się z opinią, że ten niezapięty kask to nieistotny szczegół w danych okolicznościach. Nie wpływa oczywiście w żaden sposób na wynik rywalizacji (a już szczególnie na długim dystansie), ale wpływa na odbiór ambasadorowania. Ktoś może to odebrać jako wyraźny znak, że są równi i równiejsi, bo przecież na zawodach zdarzają się kary czasowe czy dyskwalifikacje właśnie za takie uchybienia czysto techniczne. Moim zdaniem, osoby które występują w roli promotorów imprezy czy danej dyscypliny, powinny być dodatkowo zmotywowane do świecenia przykładem, jakkolwiek staroświecko by to nie brzmiało. Bo to właśnie w ich stronę kierują się obiektywy aparatów i kamer i to przez ich pryzmat często się ocenia dane wydarzenie.

    Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że to też są ludzie, którzy zarażeni tym sportem dają się ponieść emocjom jak każdy inny. Z Maćkiem rozmawiałem już po zawodach przy rowerach, a także podczas przypadkowego spotkania w sklepie rowerowym i wcale się nie dziwię, że zdarzyło mu się nie uczynić zadość wszystkim niuansom przepisów – tak nakręconego na triathlon człowieka, to ja chyba jeszcze nigdy nie widziałem – gotowy rzucić wszystko w kąt i jechać nie wiadomo gdzie i nie wiadomo jak daleko, byleby tylko gdzieś wystartować. Długi, olimpijka – wszystko jedno – sprint, iron – nieważne, byle się upodlić na trasie 🙂

    A na sam koniec mały kamyczek do ogródka organizatorów. Jak słusznie zauważono zawody nie odbywały się według przepisów PZTri. Szkoda tylko, że sędziowie nie byli do końca tego świadomi. I tutaj właśnie dwa zgrzyty zauważyłem:

    1. Skoro autor powyższego felietonu dostał kartkę za kask, to dlaczego potem orgi piszą, że miał prawo, bo przepisy PZTri nie obowiązują? Ewentualnie odwrotnie, dlaczego dostał w ogóle kartkę?

    2. Pianki. Regulamin wyraźnie stanowił, że pływanie w piankach jest dozwolone, natomiast obowiązkowe przy temperaturze wody poniżej 16 stopni. Koniec, żadnych innych warunków. Natomiast, ile to się spikerzy gardła nazdzierali informując o temperaturze wody i o tym, że być może pianki będą zabronione, to chyba każdy pamięta.

    Chyba pierwszy raz te zawody odbyły się poza błogosławieństwem PZTri, więc jestem w stanie zrozumieć rozbieżności. Ale jednocześnie sugeruję uściślenie tego typu rzeczy, ewentualnie doinformowanie się wzajemnie na linii org-sędziowie, żeby wobec zawodników mówić jednym głosem.

    A na koniec jeszcze raz gratulacje dla Maćka i wszystkich ambasadorów. To dzięki Wam niektórzy z nas mogli się zobaczyć w telewizji i dzięki Wam ludzie mieli okazję dowiedzieć się, że jest coś takiego jak triathlon (a nie tylko piłka kopana) – a że zamiast w serwisach sportowych to na plotkarskich, to już trzeba przyjąć za plus – w końcu tego typu serwisy mają większą oglądalność 😉

  7. Maćku – nie przejmowałabym się głupimi komentarzami na fejsie. Psy szczekają, bo tak mają i wszystko w tym temacie. Skoro jest na ziemi parę osób (na szczęście niewiele), z potrzebą wyróżnienia się w tłumie, to robią co mogą, żeby tworzyć problemy, tam gdzie ich nie ma.
    Jestem maratończykiem i też debiutowałam w triatlonie i gdybym tylko umiała jeździć na obcym dla mnie rowerze szosowym, to też w ferworze i pośpiechu najpewniej rozpięłabym kask przedwcześnie. Na szczęście oboma rękami trzymałam kurczowo kierownicę, więc obyło się bez ostrzeżenia. Jeśli masz jakieś obiekcje odnośnie ważności swojego wyniku, to dodaj sobie do swojego czasu dwie sekundy i śpij spokojnie.
    Dyskwalifikacja byłaby absolutnie niesprawiedliwa. Wszak często traciło się czas z winy organizatorów – ja np. czekałam parę minut w kolejce przy jedynej toalecie, bo zajęła ją jakaś pani z dzieckiem!!! – i nikt mi za to żadnego czasowego gratisu nie dał.
    Z mojego (maratońskiego), punktu widzenia, Twoja relacja z tych zawodów jest ciekawa (oczywiście nie tylko dlatego), bo mój punkt widzenia jest dokładnie odwrotny, od Twojego. Jak ryba w wodzie poczułam się dopiero na bieżni, bo wsześniej już przy starcie, kiedy mi się przez głowę przewaliło 100 wielorybów, to prawie utopiona, chciałam w panice płynąć do najbliższego brzegu. Na szczęście opanowałam to uczucie, aby później, na półmaratonie, doznać satysfakcji pościgu za resztą zawodników, których jeszcze zastałam na bieżni.

  8. Wy celebryci to nie macie klawego życia, jak wróciłem do domu w sobotę koło 19.00 wrzuciłem do Googla hasło Susz zdęcia itd. Na pierwszych pozycjach oczywiście wyskoczyli celebryci, otworzyłem Plejada.pl i co widzę: zdjęcie Maćka Dowbora cierpiącego po wysiłku i cały przepiękny tekst, coś w tym stylu „Dowbor z ogoloną klata był najgorszy i ledwo przeżył, przegrał nawet z Sykut i Boczarską ”. Napisałem do nich na moderowanym forum, że chyba byliśmy na innych zawodach. Po kilku godzinach to samo zdjęcie miało już zupełnie inny podpis. Ale to pokazuje jak się goni za sensacją, nieważne jaka ona jest. Maciek (starszy jestem to sobie pozwoliłem, jako kolega z trasy 🙂 ), ja z tobą przegrałem (też debiutowałem) prawda jest taka, że mnie nikt nie zauważył, o was się pisze, kto nie wierzy wystarczy wrzucić w Google. To mało jeśli chodzi o propagowanie tej pięknej dyscypliny ?

  9. Gratulacje Panie Macku !
    Żaden komentarz nie umiejszy Panu sukcesu . Dla tych komentatorów przychodzi mi na mysl to arabskie przysłowie o karawanie . a dla Pana mój ulubiony cytat :Far better it is to dare mighty things, to win glorious triumphs even though checkered by failure, than to rank with those poor spirits who neither enjoy nor suffer much because they live in the gray twilight that knows neither victory nor defeat. T Roosewelt
    Pozdrawiam z Kanady

    Codziennie jestem na stronie AT i jestem pełen podziwu dla Pana i dla Pana Grassa za to co robicie .

  10. Witam!
    Wynik świetny i nie ma co się przejmować (chyba dwoma) takimi głosami. Niektórzy nie rozumieją jak dużo robicie dla promocji triathlonu(wszyscy ambasadorowie… i nie tylko) na pierwszy rzut oka widać że “zaraziłeś” się na dobre i ten start był ważny dla samego Maćka Dowbora , Mam nadzieję że jeszcze się zobaczymy …

    Pozdrawiam. Kolega z trasy pływackiej .

  11. W Sławie?! Na sprincie z Maćkiem nie mam szans. Nie umiem pływać 🙂 Ale w Sławie będę. Zapowiada się świetna impreza. Pozdrowienia dla Jurka Górskiego!

  12. witam, jak na debiutanta to czas rewelka, teraz będziesz analizował gdzie masz spore rezerwy itd, ale za pare miesięcy sam przyznasz, że to godny wynik. Tobie życzę abyś miał wiekszego hopla na punkcie triathlonu niż naczelny 😉
    Tym czasem jako triathlonista pełną gębą montuj ekipę do sztafety (najlepiej złożoną z debiutantów)i do zobaczenia w Sławie!

  13. Panie Maćku proszę się nie przejmować tymi wpisami. Wszyscy widzieli, że dał Pan z siebie wszystko w tym dniu i nikt Panu tego nie zabierze:)
    Czytając Pana felietony postanowiłem, że w Suszu muszę Pana pokonać. Niestety nie udało się przegrałem z brakiem doświadczenia i pogodą. To nic mam nadzieję, że będzie jeszcze okazja spotkać się na jakiś zawodach. Gratuluje wyniku i determinacji:)

  14. Najważniejsze, że Ty miałeś z tej zabawy przyjemność. A poza tym… Byłeś świetny! Jestem pełen podziwu dla formy i determinacji. No i miło było Cię poznać osobiście:)))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here