Łukasz Lis: „Na Hawaje lecę powalczyć ze sobą, ale z rozwagą i bez presji na rezultat”

Dla Łukasza Lisa start podczas MŚ na Hawajach może być ostatnim na tak długim dystansie. Zawodnik i trener TRICLUB-u opowiada w wywiadzie dla Akademii Triathlonu o tym, jak przygotowuje się do wyścigu na Konie, skąd bierze motywację i co nauczył go podobny wyjazd do Australii.

Akademia Triathlonu: Chciałem na początek zapytać. Czym właściwie jest dla Ciebie Kona? Czy to coś, co masz na „liście do zrobienia”, może chęć rywalizacji z najlepszymi? Jak sam zdefiniowałbyś te zawody?

Łukasz Lis: Kona – Hawaje to miejsce, które chce zobaczyć. Turystycznie podobno najpiękniejsze miejsce na ziemi. Triathlonowo marzenie niemalże wszystkich triathlonistów. Połączenie tego to niesamowita przygoda, która jest warta przeżycia. Jak sam wynik na mecie nie jest dla mnie super ważny, tak poczucie tej atmosfery i bycie częścią samego wydarzenia jest czymś ekscytującym, czego już nie mogę się doczekać.

AT: Jesteś zawodnikiem i trenerem z wieloletnim doświadczeniem. Możesz powiedzieć, czy Twój aktualny trening jest w jakiś sposób dostosowany pod warunki Kony? Jesteś zadowolony z jego realizacji?

ŁL: Mój trening jest mocno określony przez grupę, którą trenuję – robię to co grupa. Czasem uda mi się dołożyć coś ekstra, ale to jest raczej rzadkość. Sezon TRICLUBowy można powiedzieć, że dobiegł końca, więc teraz muszę więcej sam się gimnastykować. W przygotowaniach skupiałem się, aby wrócić do jak najlepsze dyspozycji jak najmniejszym kosztem. Miałem tej zimy i wiosny trochę kłopotów zdrowotnych.

Łukasz Lis
Foto: Archiwum prywatne – Łukasz Lis

Czyli można powiedzieć, że najwięcej wagi przyłożyłem do samego przygotowania, bo
wychodzę z założenia, że im człowiek lepiej przygotowany fizycznie, tym łatwiej radzi sobie z trudnymi warunkami. Z ostatniego startu jestem bardzo zadowolony. Natomiast zdaje sobie sprawę z wielu elementów, które mógłbym doszlifować albo wprowadzić, ale nie było na to najzwyczajniej czasu. Zapewniłem sobie 2 tygodnie aklimatyzacji na miejscu, więc będzie czas na adaptację do tamtejszych warunków.

AT: Mark Allen w jednej ze swoich rozmów sugerował, że w przypadku Hawajów ważna jest też aklimatyzacja. Czy zamierzasz udać się tam trochę wcześniej? Możesz powiedzieć coś o logistyce takiego wyjazdu?

ŁL: Tak jak wspomniałem wcześniej, będę na miejscu 2 tygodnie przed zawodami, aby dostosować się do klimatu i strefy czasowej. Przydałby się pewnie jeszcze jeden tydzień, ale woleliśmy go sobie zostawić na po zawodach. Lot trwa w zależności od połączenia 24 – 30 godzin, przesiadka w Europie i Stanach. Wylot z Polski rano i na miejscu jest się wieczorem. Daje to dobrą bazę do tego, aby się położyć na zmęczeniu po podróży i szybciej przestawić zegar o 12 godzin różnicy, która jest między Polską. Zatrzymujemy się w
Waikoloa, gdzie przejeżdżamy wynajętym samochodem, który przyda się do realizacji planów turystycznych podczas pobytu. Detali jest masa, a przygód po drodze też pewnie nie unikniemy.

AT: Masz już też własne doświadczenie związane z takim bardzo dalekim wyjazdem, bo w 2016 roku poleciałeś do Sunshine Coast w Australii na MŚ 70.3 IM. Możesz powiedzieć, czego nauczył Cię ten właśnie wyjazd (wyprawa) w zakresie organizacji i samej rywalizacji?
 
ŁL: Australia to było coś! Pod każdym względem i tego właśnie oczekuję od Hawajów. Zawody były rewelacyjne – atmosfera, organizacja. Ogólnie uważam, że te mistrzowskie imprezy Ironman robi bardzo dobrze i dlatego warto walczyć o udział w nich dla samego faktu doznania tego. Wyjazd do Australii, a właściwie aklimatyzacja była dla mnie piekielnie trudna. Po przylocie przez kilka dni nie miałem kompletnie sił ze względu na zmianę czasu.

Tam też miałem wystarczająco dużo czasu na aklimatyzację, więc do samego startu wróciło wszystko do normy. Sam start wyszedł średnio, bo ledwo ukończyłem z powodu kontuzji, ale żarło nieźle, bo zszedłem z roweru w top 3 w swoje kategorii wiekowej. Zawody tej rangi dobrze oddają poziom, na jakim jesteśmy i pokazują, jak ludzie są mocni. Każda kategoria jest świetnie obsadzona i nie ma przypadków w czołówce. Wyjazdy w tak
odległe miejsca na pewno są trudne i same przygotowania do tego to niezła zabawa. Podróż do Australii była męcząca, a teraz obawiam się, że będzie jeszcze trudniej. Lecimy w 2 rodziny i ze swoją dwójką pociech, więc nawet z najlepszym przygotowaniem może pójść coś nie tak.

Łukasz Lis
Łukasz Lis – archiwum prywatne

AT: Jakie jest Twoje podejście do tego wyścigu? Chce powalczyć o jakiś konkretny czas, wysokie miejsce w AG, czy raczej nastawiasz się przede wszystkim na dobry występ, jako ukoronowanie treningów, bez nadmiernej presji, na dużym luzie?

ŁL: Skupiam się na sobie i tym, co jest mi znane i wypracowane. O kilku rzeczach zdecyduje na miejscu np. strój startowy, buty biegowe, chłodzenie na bieg, może nawet sama strategia na wyścig zupełnie się zmieni. Zawsze wiele drobnych decyzji pada podczas samego wyścigu. Pewne jest, że jadę ukończyć te zawody. Może się wydawać zabawne, ale nie mam zamiaru zejść z trasy, a to znacząco zmniejsza ryzyko podejmowanych decyzji. Będę z przodu stawki od początku wyścigu, co zawsze daje dobre morale. Mimo że mam ogromne doświadczenie, to do pełnego dystansu mam pokorę i będę się cieszył z każdego rezultatu na mecie.

Na podium nawet w najbardziej optymistycznym wariancie mam mikro szanse. Czas w okolicy 9h to kalkulacja, która wychodzi na papierze bez zbytniego koloryzowania, ale do tego brakuje solidnego treningu pod długi dystans – no i hawajskie warunki. Czas 9:30 brzmi rozsądnie, a czas z 9 z przodu może okazać się szczytem możliwości. Jadę tam powalczyć ze sobą, ale z rozwagą i bez presji na rezultat. Może to być mój ostatni start na tak długim dystansie, więc mam nadzieję go dobrze zapamiętać.

AT: Trenowałeś wcześniej pięciobój, biegałeś, były też inne dyscypliny. Czy myślisz, że to doświadczenie i pewna wszechstronność, pomagają Ci dzisiaj w triathlonie? Pomogą też przy pewnej nieprzewidywalności Kony?

ŁL: Wszechstronność i doświadczenia z różnych dyscyplin zdecydowanie pomagają. Natomiast to, że, nieźle czuję wiatr, bo pływam na windsurfingu, nie za wiele pomoże przy bocznym wietrze na trasie kolarskiej, ale za to wiedza jak wiatr się zachowuje, czasem się przydaje. Tyle że będąc długo w danej dyscyplinie i doświadczając wielu sytuacji, możesz szybko poznać wszystkie tajniki konkurencji bez wiedzy dodatkowej. Wiele rzeczy pokrywa się niezależnie od dyscypliny, ale można też znaleźć różnice, bo specyfika wyścigów jest inna.

Trenowanie innego sportu pomaga w szybkim odnalezieniu się w innym sporcie. Wyczyn w innych sportach pomaga w rywalizacji w nowej dyscyplinie. Te dwa elementy stanowią o doświadczeniu i pozwalają pójść na skróty. Poznajesz specyfikę dyscypliny, a nie
uczysz się podstaw. Czyli startujesz zupełnie z innego pułapu. Myślę, że ja te elementy wykorzystuję doskonale, jak jest na to miejsce i czas. Z pozycji trenera doskonale widać czy ktoś kiedyś trenował, czy ktoś kiedyś się ścigał i rywalizował.

AT: W tym roku masz za sobą między innymi wygraną w Nieporęcie na 1/8, a także 2. miejsce na dystansie 1/2 w Skierniewicach. Niedawno z kolei Poznań na 70.3 i 1. miejsce w AG. Jesteś ogólnie zadowolony z tego, jak przebiega ten sezon? Kona będzie taką wisienką na torcie?

ŁL: Sezon jest niezwykle udany już teraz. Na tę chwilę złoty medal z Mistrzostw Europy na olimpijce z tego roku z Olsztyna jest ogólnie moim największym triathlonowym osiągnięciem mierzonym rangą imprezy. Trudno będzie przyrównać start na Hawajach do tego osiągnięcia. Kona jest startem, który chciałem doświadczyć. Poziom na Hawajach czy nawet na połówkowych Mistrzostwach Świata jest zdecydowanie wyższy niż na ME na olimpijce, czy sprincie i imprezach tego typu dla amatorów. Ogólnie inna liga i właśnie dlatego tak te imprezy z „M” są dobrze postrzegane przez triathlonistów na całym świecie.

Ten sezon dla mnie był dość trudny pod wieloma względami i to naprawdę na
każdej płaszczyźnie. Sportowo też musiałem się na chwilę zatrzymać, ale jak widać dobre planowanie i skrupulatna praca przynoszą dobre rezultaty. W Poznaniu połówka praktycznie w najlepszym jak dla mnie czasie. Sport sam w sobie strukturyzuje inne obszary życia i jak jest realizowany w odpowiednich dawkach, to jest lekiem i daje kopa do życia na 110%.

Łukasz Lis
Łukasz Lis – archiwum prywatne

AT: motywacji, ale jak zawodnik, który jest w już w tym sporcie wiele lat, sam znajduje motywację?

ŁL: To jest głębokie pytanie, na które trudno krótko odpowiedzieć, a tak naprawdę odpowiedź jest prosta. Trzeba mieć odpowiedni poziom motywacji wewnętrznej, którą trzeba zdefiniować. Pracować na celach krótko i długo terminowych, gdzie ich zdobywanie musi samo w sobie być motywujące. Planowanie to kolejna cegiełka, która powinna stanowić najwięcej frajdy, bo to droga zajmuje najwięcej czasu. Na końcu jest świadomość, która musi kierować, aby nie przeginać w żadną ze stron, tak aby sport był częścią życia. Sport ma poprawiać zdrowie, dawać satysfakcję, regulować stres, poprawiać więzi z najbliższymi i oczywiście sprawiać przyjemność. PS. Trenuję nieprzerwanie od 30 lat i to na pewno nie koniec.

AT: W tym roku na Konie będzie chyba rekordowa liczba Polaków. Czy jesteś może w kontakcie z innymi zawodnikami lub byłymi uczestnikami? Rozmawiacie ze sobą? Korzystałeś może z uwag lub doświadczeń ludzi, którzy wcześniej się tam wybierali?

ŁL: Fantastycznie się składa, że mogę uczestniczyć właśnie w takich Mistrzostwach. Mam nadzieję, że uda się to uwiecznić na wspólnym foto, a atmosfera na zawodach będzie jeszcze lepsza. Covid i Ironman w Polsce na pewno pomogły. Mam kontakt z kilkoma osobami i na pewno pomogło to nam w logistyce. Ogólnie warto rozmawiać i wymieniać się spostrzeżeniami, bo to jest korzystne dla obu stron. Będzie w składzie kilka osób mocniej nastawionych na wynik, więc będzie fajnie to oglądać i wspierać.

AT: Dziękujemy za rozmowę.

Powiązane Artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,658FaniLubię
1,022ObserwującyObserwuj
294SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X