To coś więcej niż dobre warunki do trenowania. Tam sport staje się codziennością. Od niekończących się tras rowerowych, przez legendarne podjazdy, po techniczne i szutrowe ścieżki – tak wygląda Arizona, mekka triathlonistów. O tym, jak się tam trenuje, opowiada Gabriela Gaweł.
Gabriela Gaweł trenuje triathlon od kilku lat. W zeszłym roku poleciała do Ameryki Północnej, aby trenować. Nie wiedziała jeszcze wtedy, że pozornie krótka podróż „na próbę” całkowicie zmieni jej życie i plany. Rozmawiamy z zawodniczką o tym, czemu zdecydowała się na taki ruch, jak trenuje się w Arizonie i co sądzi o tamtejszym sportowym stylu życia.
Grzegorz Banaś: Czemu zdecydowałaś się na wyjazd do Arizony i treningi właśnie tam?
Gabriela Gaweł: Wszystko zaczęło się dość niepozornie. W styczniu ubiegłego roku dostałam propozycję dołączenia do zimowego campu trenera Barrie’go Shepley’a w Oro Valley, w Arizonie. Barrie ma na swoim koncie pracę z medalistami olimpijskimi i mistrzami świata w Ironmanie, więc… trochę się wahałam. Jako age-grouperka nigdy nie przypuszczałam, że znajdę się w takim miejscu, z takimi ludźmi. Zastanawiałam się, czy w ogóle się tam odnajdę — w końcu dopiero dwa lata wcześniej zaczęłam swoją przygodę ze sportem.
Ale wtedy pomyślałam, że 2024 to rok, w którym kończę 30 lat, więc… jeśli nie teraz, to kiedy? Taka okazja może się już więcej nie powtórzyć.
Plan był prosty — polecieć na niecałe pięć tygodni, spróbować, zobaczyć. Nie spodziewałam się, że ten jeden wyjazd zmieni moje życie o 180 stopni. Kilka miesięcy później spakowałam walizki i przeniosłam się na drugi kontynent, żeby dzielić życie między Kanadą a Stanami.
GB: Wspominałaś wtedy, że „lecisz spełniać triathlonowe marzenia”. Co miałaś na myśli?
GG: Można powiedzieć, że traktuję to, co robię, jak swój życiowy projekt. Moim głównym celem jest sprawdzenie, jak daleko można dojść w tym sporcie, zaczynając zupełnie „od zera” — bez żadnej przeszłości sportowej. Nie chodzi mi o miejsca na podium, ale o to, jaki progres może osiągnąć ktoś taki jak ja, kto w pełni poświęcił się triathlonowi.
Jak mówi mój trener: nie jesteś zawodowcem, ale żyjesz i trenujesz jak zawodowiec. To podejście daje mi ogromną satysfakcję. Cieszę się, że mogę trenować i startować w pięknych miejscach, z trenerami i zawodnikami, których wcześniej znałam tylko z mediów społecznościowych. Dla mnie już sama ta droga — codzienny proces — jest spełnieniem marzeń. I jestem za to ogromnie wdzięczna każdego dnia.
Jeśli chodzi o konkretne plany, to jednym z ważniejszych celów na ten sezon jest start na mistrzostwach Świata w Marbelli, na które zakwalifikowałam się w kwietniu podczas zawodów w Oceanside, w Kalifornii. Chciałabym dać z siebie wszystko i być po prostu zadowolona z tego startu.

GB: Arizona to jedna z mekk triathlonu. Trenuje tam bardzo wielu zawodowców i age-grouperów. Co sprawia, że to miejsce jest wyjątkowe?
GG: Arizona, a szczególnie Tucson, to jedno z tych miejsc, które po prostu sprzyjają trenowaniu. Świetna pogoda, różnorodne warunki terenowe i przede wszystkim ludzie, których się tam spotyka — to wszystko tworzy wyjątkową atmosferę. To naprawdę motywujące, bo nawet jeśli masz gorszy dzień, wystarczy rozejrzeć się dookoła, by przypomnieć sobie, gdzie jesteś. Trudno wtedy odpuścić — szkoda byłoby zmarnować choćby jeden dzień w takim miejscu.
Tucson jest idealnym kierunkiem treningowym od jesieni do późnej wiosny — mniej więcej od września/października do maja/czerwca. Latem robi się tam zdecydowanie za gorąco, dlatego wielu sportowców, w tym ja, przenosi się na ten czas do innych lokalizacji. Jednym z popularnych kierunków na lato jest na przykład Boulder w Kolorado.
Podczas mojego ostatniego, kilkumiesięcznego pobytu w Arizonie, trafiły się zaledwie dwa deszczowe dni. Cała reszta to była wymarzona pogoda do trenowania.
GB: A jak wygląda tam korzystanie z obiektów sportowych i cała baza?
GG: W Arizonie dostęp do obiektów sportowych jest naprawdę dobrze zorganizowany. Baseny są ogólnodostępne, choć w większości przypadków trzeba wcześniej zarezerwować tor. Największą popularnością cieszy się Oro Valley Aquatic Center, gdzie znajduje się 50-metrowy basen. W późniejszych godzinach dzieli się go na krótsze odcinki, co zwiększa liczbę dostępnych torów.
Podczas mojego pobytu trenowałam głównie w Aqua Bear Swim Club, pod okiem Justina Slade’a — trenera znanego m.in. z filmów YT Lionela Sandersa.
Jeśli chodzi o bieżnie, to są one dostępne przy większości szkół i kompleksów sportowych. Często są zajęte do godziny 17:00 przez uczniów lub lokalne grupy sportowe, ale po tej godzinie można z nich korzystać bezpłatnie. To świetna opcja zarówno dla tych, którzy trenują indywidualnie, jak i w grupie.

GB: Oceniając tylko po samych zdjęciach, trasy rowerowe wydają się idealne. Jak na rowerzystów reagują kierowcy?
GG: Dla mnie Arizona to przede wszystkim miejsce, w którym nie muszę martwić się o bezpieczeństwo na rowerze — i to już ogromny plus.
Infrastruktura rowerowa jest imponująca: niekończące się trasy oddzielone od ruchu samochodowego, szerokie pasy rowerowe i bardzo dobra nawierzchnia. To idealne warunki do jazdy na rowerze czasowym, do długich wyjeżdżeń, interwałów czy po prostu luźniejszych przejażdżek. Również kultura kierowców jest tu zupełnie inna niż w wielu innych miejscach. Ogólnie rzecz biorąc, rowerzyści są szanowani na drodze — chociaż, jak wszędzie, zdarzają się wyjątki.
Pod względem tras Arizona oferuje niesamowitą różnorodność: od długich, płaskich odcinków, gdzie możesz jechać godzinami i zatrzymywać się jedynie na uzupełnienie bidonu, po wymagające trasy z solidnymi podjazdami. Prawdziwym klasykiem w regionie jest legendarna wspinaczka na Mount Lemmon, która wznosi się na wysokość około 2800 m n.p.m. — to obowiązkowy punkt dla każdego.
A jeśli ktoś woli jazdę po szutrze i technicznych ścieżkach — również się nie zawiedzie. Ta okolica to prawdziwy raj dla fanów gravela i MTB.
ZOBACZ TEŻ: IronResorts – Tri obóz, który chce się powtórzyć
GB: Czyli można powiedzieć, że tam triathlon jest całym stylem życia?
GG: Zdecydowanie tak — trudno nie poczuć klimatu „triathlon lifestyle” w miejscu, gdzie triathloniści są dosłownie wszędzie. Część z nich mieszka w Arizonie na stałe, inni przyjeżdżają na zimowe miesiące, a jeszcze inni wpadają na tydzień czy dwa na konkretny blok treningowy.
Atmosfera jest wyjątkowa — mam wrażenie, że wielu triathlonistów się tutaj zna, choćby z widzenia. Wystarczy kilka razy spotkać się na basenie o tej samej porze, minąć się na rowerze czy na biegu, by nawiązać kontakt. Spotkania po treningach organizowane przez grupy biegowe czy inne tylko temu sprzyjają — to świetna okazja, by lepiej się poznać i zaplanować wspólne aktywności.
Wielu z nas jest tu z dala od domu, rodziny i codziennego życia, więc potrzeba przynależności do grupy, pojawia się bardzo naturalnie. Wspólnie świętujemy sukcesy, urodziny, ale też po prostu spotykamy się w wolnym czasie, żeby razem zjeść obiad czy spędzić wieczór. Kiedy odwiedzają nas bliscy, często organizujemy spotkania, żeby poznali naszych przyjaciół. Tak było, chociażby wtedy, gdy przyjechała moja mama — przygotowała dla wszystkich trochę tradycyjnego polskiego jedzenia.

GB: Komu poleciłabyś trenowanie w Arizonie? Chcesz tam wrócić?
GG: Taki wyjazd poleciłabym każdemu, kto poważnie myśli o sporcie – niezależnie od tego, czy jesteś zawodnikiem PRO, ambitnym AG, czy po prostu chcesz sprawdzić, jak to jest trenować w warunkach, które naprawdę sprzyjają rozwojowi.
Trening w takim środowisku jak Arizona to nie tylko kwestia pogody czy infrastruktury – to również spotkanie z inną mentalnością, z ludźmi, którzy żyją sportem na co dzień i motywują cię.
To doświadczenie bardzo dużo mi dało – zarówno treningowo, jak i mentalnie. Czasami zmiana otoczenia potrafi odblokować coś, czego brakowało w codziennej rutynie. W Arizonie złapałam nową perspektywę, więcej luzu, a jednocześnie większą dyscyplinę.
Czy wrócę? Tak, zdecydowanie. Już planuję kolejne miesiące właśnie tam. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to właśnie tam będę przygotowywała się do Mistrzostw Świata w Marbelli. Arizona to miejsce, do którego się wraca – nie tylko dla formy, ale też dla ludzi i atmosfery, która przypomina, dlaczego w ogóle to robimy.
GB: A co najlepiej zapamiętałaś ze swojego pobytu w tym miejscu?
GG: Najbardziej zapadła mi w pamięci ta niesamowita codzienność – to, że można wstać rano, pójść popływać na basenie z pięknym widokiem, pojechać, trenować w słońcu, wrócić zmęczoną, ale szczęśliwą, i mieć poczucie, że właśnie tak powinien wyglądać każdy dzień.
Ludzie – otwarci, życzliwi, gotowi pomóc, nawet jeśli widzą cię pierwszy raz. W Arizonie miałam wrażenie, że nikt nie dziwi się, że trenujesz godzinami – tam to po prostu norma.
No i oczywiście krajobrazy – ogromne przestrzenie, kaktusy, zachody słońca, które wyglądają jak z pocztówki.

Ty oszczędzasz, my tworzymy!
Akademia Triathlonu działa bez stałych sponsorów – wspierasz nas, używając kodu „akademiatriathlonu”. To dzięki Tobie możemy popularyzować i rozwijać triathlon w Polsce oraz tworzyć kolejne angażujące treści!
Nasze działania możesz wesprzeć również w systemie Patronite.

