“Wracam do gry” – Maciej Dowbor

18

Jest czwartkowy wieczór, na początku stycznia. Do pierwszego ważnego startu pozostało dokładnie 140 dni. Według precyzyjnego harmonogramu treningów właśnie powinienem zrobić jakieś 8-10 km lekkiego rozbiegania. Powinienem, ale nie robię. Nie robię, bo… wsłuchałem się w swoje ciało, które dziś wyraźnie woła: NIEEEE!!!!  To wsłuchiwanie nie wzięło się z powietrza. Tak rzeczą guru tego sportu, z naszym lokalnym bohaterem, Mikołajem Luftem na czele, który wyraźnie w wywiadzie powiedział, że odpuszcza sobie trening, kiedy czuje, że organizm woła NIE i coś tam wspomniał o wsłuchiwaniu. Fakt, ta złota rada  spadła mi z nieba, chociaż ostatnio co nieco przesadzam z tym  wsłuchiwaniem, a może źle odczytuję to co ciało chcę mi przekazać. Po ostatnich świąteczno-noworocznych eskapadach, kiedy stanąłem na wadze, komunikat ciała był oczywisty – „przestań wpieprzać słodycze”. Bo chociaż 140 dni to sporo, to czas najwyższy wrzucić trzeci bieg przygotowań, jeśli ścieżka wzrostu ma być kontynuowana. Ale i na nadwyżkę  wagi znalazłem rozgrzeszenie, które cudownym ( a może oczywistym ) zbiegiem okoliczności pojawiło się na AT. Otóż jak wyczytałem w jednym z artykułów, dodatkowe kilogramy w okresie zimowym są w triathlonie nie tylko czymś naturalnym, ale wręcz wskazanym i wymiernie wpływają na wydajność treningu. Tego mi było trzeba, a zaznaczam, że wspomniany tekst czytałem wcinając tabliczkę czekolady.

 

Dość długo byłem nieobecny na Akademii Triathlonu. Trochę wynikało to z zajętości zawodowych w końcówce roku, trochę z wrodzonego lenistwa, a trochę z faktu braku czegokolwiek ciekawego do opisania, bo nie sądzę, żeby kogokolwiek interesowały szczegóły mojego roztrenowania. A skoro o roztrenowaniu mowa, to z dużym oporem, ale je zaliczyłem, chociaż przyznam szczerze, że złamałem żelazny zakaz trenowania i korzystając z rodzinnego urlopu w ciepłych krajach kilka razy pobiegałem… A właściwie …biegałem codziennie. Co zrobić?! Musiałem jakoś spalać nadwyżkę kalorii zawdzięczaną bogatej ofercie All Inclusive.
Do treningów wróciłem na początku grudnia i nie ukrywam, że długo musiałem się do nich  przekonywać. Perspektywa 6ciu miesięcy harówki, bez nagrody w postaci zawodów na horyzoncie, to dla mnie nie lada wyzwanie, a w przeciwieństwie do wielu naszych kolegów nie jestem jednym z tych, którzy czerpią masochistyczną przyjemność z codziennego upadlania się tylko dla zasady.  

Właściwie przez krótki moment poważnie się zastanawiałem nad kontynuacją „kariery”, ale na takie chwile zwątpienia mam przygotowany zestaw heroicznych zdjęć triathlonowych ze sobą w roli głównej. Puszczam sobie wtedy slideshow, dorzucam muzyczkę z jakiegoś patetycznego filmu a’la „Braveheart” i od razu motywacja powraca. Niestety są momenty, kiedy mam wrażenie, że cały zeszły rok poszedł na marne i wchodząc do basenu, czy też zakładając buty do biegania zaczynam wszystko od zera. Na szczęście zarówno Piotrek Netter jak Ania Jakubczak, która pomaga mi w poprawianiu biegu, cały czas przekonują mnie, że zima to nie czas na bicie rekordów, ale rzetelne szykowanie formy na lato. Dziwne to uczucie, bo sądziłem, że tylko pierwszy sezon będzie dla mnie „odkrywaniem Ameryki”. Tymczasem potwierdza się stara zasada, że czym człowiek bardziej się na czymś poznaje, tym bardziej zdaje sobie sprawę jak mało na dany temat wie. Okazuje się więc, że drugi sezon jest jeszcze trudniejszy i to zarówno od strony fizycznej jak i mentalnej. W debiucie wszystko było nowe i kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać, a postępy widać było gołym okiem. Teraz zdaję sobie sprawę z ogromu pracy, który muszę włożyć w przygotowania, a co gorsza dochodzi  nowy aspekt, wcześnie mi zupełnie obcy – presja wyniku. W zeszłym roku poprawiałem się w każdym starcie, a różnice mogłem liczyć w dziesiątkach minut. W nowym sezonie, aż takich skoków nie przewiduję, a poprawienie mojego rekordu na połówce o więcej niż 10 minut uznałbym za wielki sukces. To także nie wpływa motywująco, bo znacznie milej trenuję się ze świadomością, że nawet niewielkie nakłady pracy dają gigantyczny efekt. Na to niestety nie mam co liczyć, chociaż wiem, że do szczególnie w bieganiu i rowerze wciąż powinienem bardzo dużo poprawić. Właśnie, powinienem, a co jeśli nie dam rady?! Chyba najgorsza perspektywa to taka, w której zamiast progresu, nawet minimalnego, zaliczę regres. Gorsze wyniki, większe problemy z treningami, starty poniżej oczekiwań. To kiedyś musi nastąpić. Może nie w drugim, a nawet w trzecim sezonie, ale gdzieś z tyłu głowy kołacze mi taka właśnie myśl i obawa czy nie zniechęcę się do kolejnych setek wybieganych kilometrów, tysięcy nawrotów i Bóg wie ilu godzin wygniatania siedzenia.

         Triathlon przynosi gigantyczną satysfakcję, ale tak olbrzymi wysiłek, okupiony tyloma wyrzeczeniami potrzebuję jednego, niezwykle istotnego elementu – zadowolenia z końcowego wyniku. Mam gdzieś, czy będę 5ty, 55ty czy 505ty. Mam gdzieś, czy przegram z tym czy innym zawodnikiem. Może mnie na mecie wyprzedzić nawet cały tabun pań po 60tce. Ważne, żebym do końca sezonu – w Berlinie, Gdyni, Borównie, gdziekolwiek – złamał te cholerne 4.50. Wtedy będę wiedział, że warto było znów odmrażać sobie przyrodzenie i wchodzić rano do lodowatego basenu.

P.S. Kiedy wyobrażam sobie te tytuły w kolorowej prasie -”Dowbor przegrał z upałem i babcią z endoprotezą biodra” – dochodzę jednak do wniosku, że mogę być nawet 1005ty na mecie, ale paniom po 60tce wyprzedzić się nie dam.   

18 KOMENTARZE

  1. Panie Maćku!
    Łożyska ceramiczne(suport,przerzutka),
    Zippy 404/808 też na ceramikach, dobry aerokask,w którym można jeżdzić nawet w upał(Rudy Project-Wingspan TT )i pęknie 4:45 a nie tylko 4:50.
    Proszę jednak pamiętać , że do Kona kwalifikuje miejsce, nie czas.
    TO tak na przyszłosć.:-)
    Powodzenia!

  2. Maciek z tym 4.50 to kokietujesz:) Czuję, że w duszy i głowie przewija się inna cyfra:) Druga sprawa, że 4.50 nie wystarczy w 2013 aby pokonać naszego, szalonego Redaktora Naczelnego:)

  3. Epicka fota po wyjściu z wody. Czy tylko ja mam takie wrażenie, że zdjęcia w momencie wychodzenia z wody zawsze wyglądają epicko i emanują potęgą? 😉

  4. Pragnę zauważyć, że obaj Panowie są zapisani na Iron Triathlon Malbork. Zatem wygląda na to, że rywalizacja się zacznie już na początku sezonu, a później emocje mogą tylko rosnąć 😉

  5. Wow! Redaktorze Dowbor! Publiczne wypowiedzenie wojny 🙂 będzie zabawa! Wchodzę w to! Oficjalne pismo z propozycją pola bitwy JUTRO w felietonie….tylko bez wyścigu zbrojeń!

  6. Dzięki za komentarze!! Pisałem to wczoraj w nocy. Dziś rano zmobilizowałem się na basen. A po południu mam zamiar pobiegać – kac moralniak za wczoraj nie daje mi spokoju.

    Do Redaktora GRASSA!!!!!!!
    A co? Chcesz podjąć rękawice?! Ja jestem gotowy. Takie wyzwanie biorę w ciemno, a na Ciebie ostrze zęby już od dawna!!! Trzeba wybrać termin, dystans no i najważniejsze – STAWKĘ!!!
    Wchodzisz w to???????

  7. Jak zwykle można Macieju na Ciebie liczyć. Trochę na wesoło, trochę na poważnie. Super felieton!
    Co do samopoczucia to u mnie odwrotnie. Mentalnie chciałbym trenować ale organizm ciągle pokazuje temperaturę powyżej 37 i ciężko z tym biegać, a o pływaniu nie ma mowy 🙁

  8. wczoraj udało mi się odczytac sygnał od organizmu. juz w szkole czulem,ze cos jest nie tak,bo serce waliło jak młotem. to był niepokojący znak,bo z reguły siedzac w szkolnej ławie nie przekraczam 60 uderzen serca na minute. w domu czulem sie zmeczony,tak jakbym zarwal noc. postanowilem wiec zrezygnowac, z ogromnymi wyrzutami sumienia, z jazdy na trenazerze. pomyslalem,ze odpoczne ,wyspie sie i nastepnego dnia zalicze. kolejny cross aktywny. dzis rano obudzilem sie z temperatura 38,7 , gardło płonie , mięśnie obolałem, do tego dreszcze i ból głowy. o treningu moge zapomniec. a akurat zacząłem ferie. to sie nazywa pech

  9. Uwielbiam Twoje felietony! Jak je czytam to mam wrażenie, że lepiej rozumiem swojego prywatnego triathlonistę. Czasami nawet zastanawiam się czy to nie on tego napisał, choć wiem, że talentu do przelewania myśli na papier kompletnie nie posiada 🙂
    pozdrawiam, i śledzę Twoje wyniki, a na zawodach dopinguję! Do zobaczenia w Gdyni i być może Borównie!

  10. Z tym wsłuchiwaniem się w swoje ciało jest jak w biznesie z “celem” i “środkiem”. czyli łatwo można przeoczyć kiedy “srodek” do osiągnięcia celu staje się celem samym w sobie. Przykład. Jeśli potrzebujesz internetu (korzystania z przeglądarek) do realizacji swojego celu biznesowego to łatwo wpaść w pułapkę zamieniania środka na cel sam w sobie (np. przeglądając pudelka albo inne g…- jeśli powinny cię interesować wykresy giełdowe). Tak samo z tym “NIE” które mówi nasz organizm… No bo który mówi “TAK” o 6 rano, jak na zewnątrz ciemno a tutaj trzeba wchodzić do zimnej wody… Łukasz – znam ten ból.

  11. taaak…bardzo często chce wsłuchiwać się w swoje ciało 🙂 mówi mi dokładnie to samo. Szczególnie dziś rano, kiedy uświadomiłem sobie, jak zimna o poranku jest woda w basenie. Maciek, gdzie się ścigamy w tym roku?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here