“Dzień konia, czyli dlaczego nigdy nie należy się poddawać!”

22

      To był prawdopodobnie najbardziej intensywny weekend w historii polskiego triathlonu. No bo jak inaczej nazwać sytuację, kiedy w ciągu dwóch dni odbywają się cztery niezależne imprezy, z czego trzy o wysokiej randze z Mistrzostwami Polski na czele. Grubo ponad półtora tysiąca zawodników na trasach i to zaledwie tydzień po niezwykle popularnych i cenionych zawodach w Sierakowie. Ten kto planował rywalizację w pierwszych dniach czerwca miał bez dwóch zdań twardy orzech do zgryzienia. Mnie osobiście serce kroiło się od pół roku, kiedy próbowałem dopiąć kalendarz startów na 2014 rok. Moje dwie najbardziej udane i ulubione krajowe imprezy czyli Ełk i Ślesin miały się odbyć tego samego dnia. Jakby tego było mało, w tym samym terminie też wypadła Brodnica w serii Volvo, dla mnie również ważna, bo zaledwie 50 km od mojego rodzinnego Torunia, co znacznie ułatwiłoby dotarcie mojej licznej rodzinie. Jednak po dwóch latach startów nauczyłem się wyszukiwania takich startów, które po pierwsze będą mi dawały satysfakcje, a po drugie coś wniosą do mojego sportowego rozwoju. Jak pewnie większość czytelników wie, moją najmocniejszą stroną jest pływanie i rower, ale tylko w wersji bez draftingu. Od początku miałem świadomość, że właśnie olimpijki w takiej konwencji czyli tzw. 5150 to zawody dla mnie idealne. Ełk już w zeszłym roku był rozgrywany na takich zasadach. A w tym sezonie dodatkowo otrzymał zaszczyt goszczenia Mistrzostw Polski i do tego jeszcze także MP w kategoriach wiekowych. Pamiętam, jak w zeszłym roku z zazdrością patrzyłem na moich kolegów w Szczecinku, którzy wchodzili na pudło podczas krajowego czempionatu na ćwiartce. Wtedy takie zaszczyty były kompletnie poza moim zasięgiem. W przypadku olimpijki sytuacja przedstawiała się zgoła inaczej. Dlatego nie potrzebowałem specjalnej motywacji, żeby wybrać właśnie start w Ełku.

 

Beko Elk_Triathlon_2014-06-08_Elk_0347

 

Już na początku roku ustaliliśmy z Piotrkiem Netterem, że w pierwszej części sezonu szczyt formy ustalamy właśnie na te zawody. Dziś już bez ogródek mogę powiedzieć, że wszystko było podporządkowane pod ten jeden dzień. Również dlatego, że w swojej cwaniackiej „przebiegłości” wykonkludowałem, że skoro rok wcześniej wygrałem swoją kategorię, a poza tym Ełk jest daleko i jednocześnie wielu zawodników i tak wystartuje w Garminie lub Volvo, to szanse na liźnięcie pudła znacznie się zwiększają. W swoim szatańskim planie nie wziąłem jednak pod uwagę, że tytuły MP nawet w kategoriach to łakomy kąsek nie tylko dla takich niezrealizowanych ciamajd jak ja, ale i wielu klasowych rywali, którzy nie mieli by nic przeciwko, aby przytulić do piersi mistrzowskie szkiełko. Pierwszy zły znak pojawił się na fejsbuku, gdzie mój sportowy „wróg nr 1” ojciec Dyrektor ogłosił wszem i wobec, że właśnie w Ełku ma zamiar zrealizować swoje marzenia i to właśnie moim kosztem. „Wielki rewanż” jakoś specjalnie mi się nie uśmiechał, szczególnie, że miałem pełną świadomość okoliczności mojego, mimo wszystko, szczęśliwego zwycięstwa sprzed roku. Na dodatek kolega Grass z każdym tygodniem podbijał formę i nie było najmniejszych wątpliwości, że w tym sezonie takich leszczyków jak ja będzie wciągał nosem na śniadanie. Zresztą moje podejrzenia  co do jego obecnych możliwości szybko się potwierdziły, a tęgie lanie jakie był łaskaw mi spuścić w Olsztynie znacznie obniżyło moje morale. Tydzień później w Piasecznie niby było nieco lepiej ale wynik 0-2 na otwarcie sezonu nie napawał optymizmem. Niby trener mnie uspakajał i zapewniał, że wszystko idzie w dobrym kierunku, ale moje wątpliwości narastały.

 

Nawet w  komentarzach na różnych forach wiele osób zasadnie uznało, że w tym roku chyba nie ma w pojedynku Grass vs. Dowbor na emocje nie ma co liczyć. W między czasie dowiedziałem się, że w mojej kategorii wystartuje Michał Siejakowski, jeden z najlepszych w zawodników w Polsce na długich dystansach i Mistrz Europy w duathlonie. -No dobra – pomyślałem – to mistrza już znamy, ale są jeszcze dwa miejsca. Niestety (dla mnie) na Ełk skusił się również mój serdeczny kumpel Michał Majka, były znakomity zawodnik, który do triathlonu powrócił po latach rozłąki i jest prawdziwą rewelacją tego sezonu, co udowodnił zarówno w Olsztynie jak i w Piasecznie plasując się na czołowych pozycjach w generalce i bezsprzecznie wygrywając naszą kategorię. -No cóż, to się będziemy ciąć z Grassem o trzecie miejsce – z takim planem szlifowałem formę w ostatnich dniach. Razem z Łukaszem już dzieliliśmy skórę na niedźwiedziu, już witaliśmy się z gąską i snuliśmy wizję Iron War z epickim finiszem na ostatnich metrach, po którym jednego z nas czeka wieczna chwała ukoronowana ostatnim stopniem podium, a drugiemu przypada zasłużony szacunek – Gloria Victis. W sporcie nie ma jednak miejsca dla wrażliwych romantyków, a nasze marzenia brutalnie przerwał pewien dokument potocznie zwany listą startową, na której w ostatniej chwili pojawiło się wiele nazwisk budzących respekt, między innymi znakomity wojak Marek Kuryj.  Już sama nazwa jego „klubu” od zawsze budziła we mnie grozę – Siły Powietrzne. Nie dość, że Siły, to jeszcze Powietrzne. Na myśl o tym mam gęsią skórkę, szczególnie, że w pamięci pozostała mi sromotna porażka z Markiem na sprincie w Suszu.

 

Beko Elk_Triathlon_2014-06-08_Elk_0568

 

Ta wiedza podcięła skrzydła zarówno mi jak i Grassowi i obaj z nieco skwaszonymi minami udawaliśmy świetny humor podczas konferencji prasowej przed zawodami. Byłem tak zniechęcony, że w akcie desperacji zacząłem się zastanawiać czy nie przepisać się na inne zawody. Ostatecznie jednak Łukasz mnie przekonał, że chodzi o to aby rywalizować z najlepszymi, a nie szukać łatwej drogi do podium. Poza tym nie mogłem zawieść mojego trenera. Piotrek to nie jest typ gościa, który mydli oczy i kokietuje swoich zawodników. Tym razem jednak zrobił coś co mu się nie zdarza. Do cotygodniowej rozpiski treningów dorzucił kilka zdań, z których jedno szczególnie zapadło mi w pamięci – Walcz w kategorii w Ełku o medal MP.    O kurczę?! Ten stary wyjadacz, który zawsze studzi mój szczeniacki entuzjazm i sprowadza na ziemię, naprawdę we mnie wierzy. Pewnie dopiero czytając ten tekst dowie się ile tych kilka słów dla mnie znaczyło. Do startu zostało zaledwie kilka dni i nie miałem szans na zbudowanie wielkiej formy treningiem, ale zrobiłem wszystko, żeby do dnia zawodów maksymalnie się skoncentrować. Każdego dnia czytałem sobie to  jedno zdanie Piotra i wizualizowałem sobie każdy fragment wyścigu. Starałem się wyobrazić wszystkie newralgiczne momenty, takie jak dobre ustawienie przed startem, odpowiednie wbieganie do wody i przytrzymanie się lepszych pływaków, później spokojne zmiany, utrzymanie rytmu na rowerze, właściwe żywienie i picie. Trasę znałem z zeszłego roku i dokładnie pamiętałem, że trzeba być bardzo czujnym, bo mały błąd może dużo kosztować. Dużo myślałem też o odcinku biegowym, na którym za wszelką cenę chciałem walczyć o równe, wysokie jak dla mnie tempo. Wiedziałem, że muszę przede wszystkim pokonać mojego „antybiegowego” demona , który gdzieś z tyłu głowy mówi mi, że nie podołam temu wysiłkowi.

 

    Mimo tak bojowego nastawienia nie opuszczały mnie lęki. A że do Ełku jechałem z Torunia, to musiałem przejechać przez Brodnicę, która już cała była obrandowana znakami zawodów serii Volvo. Przez chwilę przeleciała mi przez głowę myśl, żeby zamiast telepać się jeszcze prawie 300 km po mazurskich dziurawych drogach, zatrzymać się tutaj i spokojnie, bez presji powalczyć na ćwiartce. Ale po chwili dobry nastrój powrócił. Mając w pamięci doświadczenie z Piaseczna, kiedy to cały dzień przed zawodami spędziłem latając pomiędzy grillem i garami, podczas rodzinnych uroczystości, tym razem postawiłem na dużą dawkę wypoczynku. Właściwie już przez cały tydzień mocno się obijałem, do czego zresztą mnie namawiał zarówno mój trener jak i Filip Szołowski. Uznałem, że do tych zawodów przystąpię wygłodniały endorfin i rywalizacji. Oczywiście tradycyjnie, niemal cały dzień przed startem spędziliśmy z Łukaszem i naszymi rodzinami. Najważniejszym wydarzeniem dnia były zawody dla dzieci, w których wystąpiły nasze córki. Trzeba przyznać, że takie inicjatywy to fantastyczny pomysł, pozwalający choć w pewnym stopniu zrekompensować rodzinom trud życia z triathlonistą. Widok szczęśliwego dziecka z medalem na szyi i dumnej, mającej łzy w oczach mamy – bezcenny. Prawdę mówiąc, to tym wydarzeniem bardziej się stresowałem niż naszą rywalizacją.

 

A ta jak zwykle zaczęła się co najmniej na 24 godziny przed wystrzałem startera. Łukasz zamówił na obiad spaghetti – to ja również. Razem z Arturem Czerwcem, również pretendentem do podium wypiliśmy piwko…to i Grass się skusił. W pewnym momencie Łukasz nas opuścił, ale nieopatrznie pozostawił swój bidon z tajemniczą mieszanką w środku. Wystarczyła nam chwila i już delektowaliśmy się jego tajną bronią. Artur, najwyraźniej niespełniony kiper, bez mrugnięcia okiem rozpoznał czym się „szprycuje” nasz rywal. Grass zdążył zauważyć zgubę, ale ku jego zdziwieniu w bidonie pozostały jakieś nędzne resztki, a my mogliśmy poczuć jak w naszych żyłach pulsuje „siła Ojca Dyrektora”.

 

   Nie będę się rozpisywał o tym co działo się rano przed startem, no może poza jednym, niezbyt medialnym, ale z taktycznego punktu widzenia istotnym zdarzeniem. Otóż spędziłem w toalecie bardzo dużo czasu, omal się nie spóźniłem, ale jednego byłem pewien…pozbyłem się zbędnego obciążenia. Tego dnia wiał bardzo mocny wiatr i organizatorzy mieli sporo problemów z poskromieniem uciekających bojek. Kiedy w końcu sędzia dał sygnał do rozpoczęcia rywalizacji szybko uformowała się czołowa grupa pływaków. Niestety wysoka fala utrudniała pływanie, zalewała usta i przede wszystkim uniemożliwiała precyzyjną nawigację. Na pierwszej boi nawrotowej uznałem, że przede mną jest jakaś bliżej nieokreślona, ale stanowczo za duża grupa zawodników i postanowiłem mocno przyspieszyć. Mimo, że od kraksy w Olsztynie dokucza mi ból barku, to chyba za sprawą adrenaliny i podniecenia kompletnie nic nie czułem. Wciąż miałem wrażenie, że uciekło mi mnóstwo zawodników i w myślach kląłem, że na samym początku spartoliłem zawody. A przecież kluczem do sukcesu miało być bardzo mocne pływanie. Tylko tak miałem szanse utrzymać się blisko Czerwca i uciec pozostałym konkurentom. Czym bliżej było brzegu tym dystans do czołowej grupy się zmniejszał. W końcu poczułem grunt i mogłem wybiec na brzeg. Pierwszą osobą, którą tam zobaczyłem był trener warszawskich mastersów Andrzej Skorykow, z którym również mam przyjemność pływać. Andrzej krzyknął do mnie, że rewelacyjnie popłynąłem, ale uznałem to za jakieś brednie lub ewentualnie motywacyjny bełkot. Co prawda rzuciłem okiem na zegarek, na którym chyba pojawiło się 17 minut, ale czułem, że dystans z pewnością był za krótki, a mi właśnie ucieka jakaś chmara chartów. Podbiegłem do roweru i zacząłem szybko ubierać kask. Po prawie minucie, kiedy  wybiegałem już ze strefy, komentujący imprezę Jurek Górski wykrzyczał do mikrofonu, że z wody wyszedł właśnie faworyt zawodów, Michał Siejakowski.

 

Beko Elk_Triathlon_2014-06-08_Elk_0445

 

-O fuck!!!!! Chyba naprawdę dobrze popłynąłem skoro tyle włożyłem Siejakowi – z takim nastawieniem wskoczyłem na rower i rozpocząłem pościg. Zanim wyleciałem z dojazdówki na główną pętle, minąłem już kogoś na rowerze. Po drodze spotkała mnie jeszcze pewna śmieszna sytuacja. Jakiś nadgorliwy kibic, nie mający zapewne zbyt wielkiego pojęcia o triathlonie, biegł kawałek równo ze mną próbując mi zwrócić uwagę, że „zapomniałem” włożyć stóp w buty ;-). Kiedy już wyjechałem na główną arenę zmagań, rozpoczęła się walka na śmierć i życie. Jeszcze nie zdążyłem uspokoić tętna kiedy zdałem sobie sprawę, że dużą łatwością rozkręciłem prędkość pod 40 km/h. 100-150 metrów przed sobą widziałem Artura Czerwca, czyli wszystko się zgadzało. No może poza tym Siejakiem za plecami. W sumie mieliśmy do pokonania 7 pętli, nieco ponad 40 km i liczenie tych kolejnych okrążeń było nie lada wyzwaniem, o czym kilku zawodników boleśnie się przekonało rok wcześniej. Każdym kolejnym kilometrem zmniejszałem stratę do Artura. W końcu na początku drugiego okrążenia wreszcie go dopadłem. W sumie fakt, że przed nim jechał policyjny motocykl na sygnale powinien przynajmniej wzbudzić we mnie jakieś podejrzenia, ale wówczas byłem skupiony na manewrze wyprzedania. Na skuterku podjechał do mnie  Piotrek Netter, kontrolujący przebieg zawodów i poinformował mnie, że właśnie jestem liderem wyścigu. W generalce.

 

Beko Elk_Triathlon_2014-06-08_Elk_0632

 

– O ja pier…Jestem liderem, Boże jestem liderem, Boże jestem liderem, mamo jestem liderem, tato jestem liderem, o mój Boże…Już nie jestem liderem – Wtedy właśnie łyknął mnie Siejakowski, a jego zgrabny, wysportowany tyłek niebezpiecznie zaczął się oddalać. Upojony swoim  dziesięciosekundowym sukcesem, który bez wątpienia zmienił oblicze polskiego triathlonu i na bank znajdzie się w annałach tego sportu, powoli wracałem do rzeczywistości. A rzeczywistość nieubłaganie piekła w nogi. Mimo wszystko był to mój dzień i nawet z pozoru nieszczęśliwych zdarzeń wychodziłem obronną ręką. Na przykład już na pierwszej pętli urwałem ustnik z bukłaka na płyny, który w moim Specu umieszczony jest  ramie. Na szczęście udało mi się ogarnąć jakąś pokraczną technikę, tak by sięgać do resztki rurki i zasysać izotonik. Cały czas starałem się utrzymywać w miarę równe tempo, wysoką prędkość, nie odpuszczać na podjazdach i bardzo mocno pracować na zjazdach. Moja ryzykowna i dość powszechnie krytykowana decyzja by na tą  pagórkowatą i interwałową trasę założyć dysk okazała się nie tak zła. Owszem, po nawrotach, zanim się rozpędziłem trochę odstawałem, ale kiedy już rozkręciłem to cholerstwo często przekraczałem nawet 50 km/h. Ku mojemu zdziwieniu nikt specjalnie się do mnie z tyłu nie zbliżał, a główni rywale nawet zaczęli trochę tracić. Zarówno Michał Majka, Paweł Reszke jak i Grass na pewno nie zmniejszyli straty co tylko mnie bardziej zmotywowało.

 

Do końca części rowerowej już nic się nie zmieniło i spokojnie, delektując się genialną atmosferą, świetnymi kibicami, dojechałem do strefy na drugim miejscu w generalce. Tu jedyny raz opuściło mnie szczęście, bo jakoś niefartownie wpadłem w złą alejkę i musiałem się przeczołgać z rowerem po dwoma rzędami wieszaków. Musiało to swoją drogą dość komicznie wyglądać, ale niestety kosztowało mnie około 20 sekund, które skrzętnie wykorzystał trzeci w tamtym momencie Marek Zajusz i już po kilkuset metrach biegu miał mnie w garści. Nawet elegancko zaproponował, że może mnie „podholować”, ale kiedy usłyszał w jakim tempie mam zamiar pokonać cały dystans, na jego twarzy pojawił się nieukrywany grymas politowania i odtąd przez kilka kolejnych minut widziałem jedynie jego coraz mniejsze plecy. Starałem nie dać się ponieść emocjom i jednocześnie trzymać mocne, jak na mnie, tempo. W zeszłym sezonie wiele razy byłem na siebie zły, bo bardzo często po udanym pływaniu i rowerze osiadałem na laurach i delektowałem się swoim połowicznym sukcesem, a w tym czasie tabuny biegaczy wyprzedzały mnie jak taczkę z gnojem. Tym razem miałem jasno postawiony cel – pobiec mocno i tak by mieć siłę na utrzymanie tempa do samego końca. Nie ulec kryzysowi, który w moim przypadku raczej wynikał z osłabienia morale niż braku sił.   Jednak już na początku, ku mojej wewnętrznej rozpaczy, poczułem jak talk, którym zasypałem sobie buty, wżera mi się w jakąś świeżo zdarty pęchęrz na stopie. Niby nic wielkiego, ale to dopiero pierwsza pętla, a ja czułem wyraźny dyskomfort.

 

Beko Elk_Triathlon_2014-06-08_Elk_0858

 

– Nic mi nie jest, to nic wielkiego, dam radę – jak mantrę powtarzałem sobie w myślach, mając w pełni świadomość o jaką stawkę walczę. Niezależnie od wszystkiego, nawet ze złamaną nogą musiałem walczyć do końca i biec dokładnie tak jak sobie zaplanowałem. Mantra podziałała i do samego końca w ogóle nie myślałem o bólu.   Moje postanowienia jeszcze bardziej pchały mnie do przodu, kiedy w końcu, zgodnie z oczekiwaniami wyprzedził mnie Michał Majka. Wiedziałem, że teraz nie ma już miejsca na błąd i każdy kolejny zawodnik z mojej kategorii przede mną to pozycja poza podium i cały misterny plan szlag trafi. Muszę jednak przyznać, że jak na moje możliwości, to w tym sezonie biega mi się nieźle i prędkości, które jeszcze rok wcześniej wymagały ode mnie ciągłego pilnowania tempa, dziś przychodzą same i co ważne stosunkowo lekko. W Ełku trasa jest dość przyjemna i udało mi się uzyskać taki rytm nad jakim pracowałem na treningach. Cały czas uważałem żeby mieścić się w zakresie pomiędzy 4.10-4.20 na kilometr. Zaczynając ostatnią pętlę biegową wiedziałem, że tylko wyjątkowe nieszczęście lub jakiś przypływ magicznej mocy u Artura i Łukasza są wstanie mi odebrać upragniony „medal”. Niesiony fantastycznym dopingiem kibiców pokonywałem kolejne metry przypominając sobie swoje przedstartowe wizualizacje. Powoli zaczęło dochodzić do mnie, że chyba uda mi się zrealizować kolejne wielkie marzenie i 150% planu na początek sezonu. Tak zupełnie szczerze to nie wierzyłem, że uda mi się załapać do trójki, bo w tym sezonie poziom w kategoriach wiekowych, a szczególnie w M35 bardzo się podniósł.

 

 

Beko Elk_Triathlon_2014-06-08_Elk_0991

   Na 200 metrów przed metą obejrzałem się dwa razy za siebie, żeby być pewnym, że za plecami na pewno nikt się nie czai i spokojnie, uśmiechnięty, tryskający entuzjazmem wpadłem na ostatnią prostą. Wciąż nie do końca wierzyłem, że mi się udało. Zacząłem się zastanawiać czy może przypadkiem, gdzieś niezauważenie wyprzedził mnie Marek Kuryj lub ktoś inny, kogo w ogóle nie brałem pod uwagę. Ale nie. Spiker krzyczy, że jestem szósty w Open, a wyraźnie zadowolony  Netter przybija mi piątkę i potwierdza, że w kategorii jestem na podium mistrzostw Polski. Na mecie nie jestem wycięty, nie padam tradycyjnie na ziemię, tylko jak gdyby nigdy nic, odbieram medal, gratulacje i wzrokiem szukam moich dziewczyn, które tak dzielnie mi kibicowały. Kręci mi się w głowie, ale to z emocji, bo wcale nie jestem zmęczony. Niecałą minutę później wpada Artur, po chwili dobiega Łukasz i pozostali. A jednak. Mimo, że pobiegłem najlepiej w życiu, rywale konsekwentnie zmniejszali straty. Całą trójką wskakujemy do basenu z lodowatą wodą i regenerujemy zmęczone ciała. Kwintesencja zdrowej sportowej walki. Jeszcze kilka minut wcześniej byliśmy zaciekłymi rywalami, a teraz gratulujemy sobie udanych zawodów. Panowie zgodnie i uznaniem przyznają, że tego dnia miałem dzień konia. A ja?!

 

Beko Elk_Triathlon_2014-06-08_Elk_1726

 

Próbuję czerpać garściami i chłonąć każdą sekundę tych chwil, bo trudno mi uwierzyć w to co się stało. Nie mogę powiedzieć, że jestem spełniony, bo to dopiero początek triathlonowej drogi, ale na pewno dostałem od życia piękną nagrodę i żywy dowód, że nawet brak talentu (do biegania) można zastąpić ciężką i konsekwentną pracą. A uwierzcie mi, że tytanem pracy to ja nie jestem. Jak ktoś ma wątpliwości, to proszę spytać mojego trenera. Skoro o nim mowa Piotrek już po zawodach podszedł do mnie i krótko i treściwie przekazał mi swoje spostrzeżenia – Rzadko mówię takie rzeczy, ale dziś było naprawdę dobrze –  Ale, co miał powiedzieć. Jeszcze dwa i pół roku temu nikomu z nas nie przyszłoby do głowy to co właśnie się wydarzyło. Początkowo mieliśmy wątpliwości, czy w ogóle dotrwam do pierwszego startu. A teraz taki numer. Warto było, ale spokojnie, mój apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na koniec mała zagadka. Pudło pudłem, gratulacje gratulacjami, ale nie zgadniecie co zrobiło na mnie największe wrażenie i z czego jestem najbardziej dumny…?! Z tych dziesięciu sekund na pierwszym miejscu. Będę miał co opowiadać wnukom.

22 KOMENTARZE

  1. Panie Maćku 🙂 cieszę się bardzo, że znowu będziemy się mogli spotkać na trasie TRI – tym razem w moim rodzinnym mieście! Chylę czoła i … zaszczytem będzie dla mnie przegrać o mniej niż 40 minut 🙂 Pozdrawiam i do zobaczenia w niedzielę na Unity Line Triathlon Szczecin 2014 :):)

  2. Panie Maćku 🙂 cieszę się bardzo, że znowu będziemy mogli spotkać się na trasie TRI – tym razem w moim rodzinnym mieście 🙂 Chylę czoła i … zaszczytem będzie dla mnie przegrać o nie więcej niż 40 minut! Pozdrawiam i do zobaczenia w niedzielę :):)

  3. Moi drodzy. Dzięki za miłe słowa. Jeszcze bardziej mnie motywują na dalszą część sezonu. Do zobaczenia na trasach w całej Polsce 😉

  4. “Mamo, tato jestem liderem!”:) ja bym chyba sobie strzelił “selfie” i wysłał na fejsa jakbym był liderem wyścigu, nawet przez 10 sekund:)

  5. Świetny tekst! Fajne przeżycia.
    @mkon Nie wiem czy pomaranczowe startowe cep’y pomoga Tobie, czy raczej Maciek powinien ubrać sie w strój Huub’a, to co zrobiłeś w Brodnicy to było dopiero coś! Gratuluję! To był dopiero dzień mkonia 😉

  6. Bardzo fajny tekst, ale muszę napisać pewne sprostowanie:
    Jako, że bieganie także mi sprawia największą trudność, moje pytanie o zaplanowane tempo i propozycję wspólnego biegu, które zostało przedstawione jako oferta pomocy, tak na prawdę zadałem, myśląc głównie o ułatwieniu sobie biegu…, natomiast moją reakcja na uzyskaną odpowiedź, była szczera rozpacz, że jednak samotnie będę musiał zmierzyć się z tym najcięższym odcinkiem.
    Wielkie dzięki za wyścig, to Twoja postać ciągle mijana w tych samych punktach przed nawrotem motywowała mnie, żeby nie odpuszczać i jak najlepiej pojechać odcinek rowerowy.

  7. Jeszcze raz gratulacje! Fajnie było skorzystać z namiotu AT, podpatrzeć mistrzów… Fajnie było choć przez chwilę pojechać na kole Maćka… :-))

  8. Wielki Szacun!!!! To było coś. Dla pewnego rodzaju zgrzytem jest regulaminowa możliwość rywalizowania w klasie amatorów, przez byłych zawodowców. Według mnie posiadanie licencji PZT to powinien być szlaban – ale to tylko na marginesie. Dla mnie Pan Maciej jest jedynym prawdziwym triumfatorem tych zawodów. Nie zapominajmy też o T. Karolaku, który łapie już chyba wyczynową wagę startową (nie poznałem go na rowerze) 😉

  9. Aż żal, że taki krótki tekst, bo czyta się genialnie, czuć pot, ból, radość. Super. I gratulacje oczywiście za pudło 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here