Ironman poniżej 9h! Jak się zdobywa Hawaje?!

3

Przepustka na Mistrzostwa Świata na Hawaje to chyba marzenie każdego triathlonisty, który “bawi się” w ściganie na długim dystansie. Cokolwiek powie się o Ironmanie, jakiekolwiek błędy wytknie się orgnizatorom, zawsze bezdyskusyjne będzie jedno – slot na zawody w legendarnym miejscu, na Konie, gdzie wszystko się zaczęło. A o to coraz trudniej. Nie tylko dlatego, że rośnie poziom sportowy wśród amatorów i mamy do czynienia z “profesjonalizacją” sportu amatorskiego, ale również dlatego, że organizatorzy spod znaku WTC zwiększają liczbę imprez, a ilość slotów pozostaje ta sama. Jest to moim zdaniem ślepa uliczka, z której IM będzie musiał niedługo uciec, bo za chwilę okaże się, że nie ma sensu startować w imprezie, w której w wodzie w jednym momencie znajduje się prawie 4 tysiące osób i z pływaniem ma to niewiele wspólnego. Rywalizacja w takich okolicznościach przyrody mija się z celem, bo trzeba będzie trenować czwartą konkurencję – przepychanie w wodzie. Piszę o tym dlatego, że podczas ostatnich zawodów w Klagenfurcie mieliśmy do czynienia właśnie z taką sytuacją. Ale to temat na inny felieton. Dziś oddajemy głos człowiekowi, któremu na zawodach w Austrii udała się ta wyjątkowa sztuka awansu na MŚ na Hawaje, a zarazem złamania magicznej bariery 9h. Niewielu jest takich, którym się to udaje. Gratuluję Mariuszowi, mocno trzymam kciuki za jego występ na Big Island i zapraszam relację.  

Łukasz Grass

 

 

Mariusz Olejniczak

Na kilka dni przed zawodami w Klagenfurcie przyleciałem z żoną i 16 miesięczną córeczką Zosią do Wiednia prosto z Irlandii. W stolicy Austrii czekali już na mnie rodzice, którzy bardzo mnie wspierają podczas moich startów w IM. Wszyscy razem pojechaliśmy do Klagenfurtu. Samo miejsce startu wywarło na nas ogromne wrażenie. Krystalicznie czyste jezioro Worthersee położone między górami, gdzie w oddali można było dostrzec zalegający śnieg w wyższych partiach gór. Miejsce wręcz wymarzone do uprawiania triathlonu. Samo miasteczko IM było położone tuż przy starcie, gdzie można było zaopatrzyć się we wszystkie triathlonowe gadżety, spotkać dość liczną grupę Polaków oraz zawodników PRO między innymi Farisa Al-Sultana oraz Ivána Raña. W dzień startu czułem się świetnie, jednak na godzinę przed startem dopadła mnie lekka panika, gdyż nie udało mi się dopompować przedniego koła. Nawet serwis IM nie mógł sobie z tym poradzić. Nie pozostało mi nic innego jak jechać na około 8-miu atmosferach. Dla porównania w tylnim kole było ich aż 12,5. Startowałem w pierwszej 500-osobowej grupie wraz z 70 zawodnikami PRO o godzinie 6:45, a 15 minut później ruszało pozostałych 3000 osób. Przez pierwsze 100-200m, jak zwykle to bywa, każdy płynął po każdym – kopanina i przepychanki. Po nawrocie, kiedy wschodzące słońce zaczęło ostro dawać po oczach, mimo okularów polaryzacyjnych nie było nic widać, a trzeba było wpłynąć do wąskiego kanału, gdzie był do pokonania ostatni kilometrowy odcinek, wzdłuż którego setki kibiców stały i dopingowały zawodników. Po wyjściu z wody spojrzałem na zegarek – 57min. Wszystko według planu.

 

olejniczak3

  

W dość długiej T1 spieszyłem się, ale “powoli”, po 4 minutach byłem już na rowerze. Trasa rowerowa składała się z 2 pętli po 90km w niesamowitej scenerii gór, lasów, rzek i jezior. Przez pierwsze 30km trasa biegła wzdłuż jeziora Worthersee i była w miarę płaska z nielicznymi podjazdami. Spojrzałem na średnią, która wynosiła na tym etapie niecałe 40km/h, wtedy zaczęły się nieco większe podjazdy, na których kibice urządzali sobie pikniki i dopingowali krzycząc: „hop, hop, hop, hop!”. Na trasie były dwa większe podjazdy odpowiednio na 615 i 695m n.p.m., ale za to trudy wzniesień wynagradzały zjazdy, które trwały od kilku do nawet kilkunastu kilometrów. Prędkości sięgały 50-60km/h. Po pierwszej pętli czułem się świetnie i wiedziałem, że jest dobrze, jednak podczas drugiej pętli zerwał się silny wiatr i zaczął padać deszcz. Trzeba było bardzo uważać, szczególnie na zjazdach i ostrych zakrętach, bo przy pełnym tylnim kole zaczęło bardzo rzucać rowerem po całej drodze podczas gwałtownych podmuchów. Na szczęście w całości dotarłem do T2 z czasem 4:52h. Wszystko szło świetnie, ale z doświadczenia wiedziałem, że cieszyć się będę mógł dopiero za 42 kilometry.

 

olejniczak2

 

Początkowo biegło mi się świetnie i starałem się nie przekraczać tętna 140bpm, co dawało 4:10-4:15’/km. Wiedziałem, że przy mojej życiówce z maratonu 2:38 mogę biegnąć szybciej, ale miałem w pamięci IM Frankfurt sprzed dwóch lat, na którym kurcze mięśni uniemożliwiły mi dobiegnięcie do mety w granicy 9h. Tym razem odpowiednio się suplementowałem przed zawodami, aby zapobiec tego typu zdarzeniom. Przez cały wyścig łykałem “salt tablets” w odpowiednich proporcjach, tak żeby utrzymać odpowiednią ilość soli i elektrolitów w organizmie. Do połówki szło świetnie, ale zmęczenie było już coraz większe, a nogi zaczęły się strasznie spinać i wiedziałem, że muszę bardzo uważać na każdy krok. Wtedy, na osiem kilometrów przed metą, złapał mnie straszny kurcz w mięsień dwugłowy uda. Całkowicie mnie to sparaliżowało. Jak pokazał mój Garmin, stałem i rozciągałem „skubańca” przez ponad 2 minuty, jednocześnie okładając nogę pięściami! W głowie pojawiło się milion myśli, ludzie zgromadzeni wzdłuż trasy biegowej patrzeli na mnie jak na wariata. Były to chyba najdłuższe dwie minuty w moim życiu. W końcu jednak puściło i spokojnie zacząłem truchtać, wiedziałem jednak, że granica sub9 jest na styku. Musiałem przyspieszyć, cały czas pamiętając, że każdy kolejny krok może być moim ostatnim!

 

olejniczak9

 

Ostatnie kilometry biegłem już tylko „głową”, poklepując się po nogach, co jakiś czas spoglądając na zegarek, modliłem się, aby nogi wytrzymały do końca. Na ostatniej prostej widząc na zegarze 8:58h, wiedziałem już, że dam radę. Wbiegłem na metę usytuowaną na podeście i wzniosłem wstęgę w górę, krzycząc z radości. Cała moja rodzina była tuż przy mecie i wiwatowała razem ze mną, a ja jeszcze przez kilka sekund stałem “na adrenalinie”, świętując swój wielki sukces. Po chwili stwierdziłem, że jeszcze nigdy nie doprowadziłem swojego organizmu do takiego stanu, a zapytany przez obsługę, czy chcę iść do Medical Tent, odpowiedziałem z uśmiechem „YES” i przez kolejne 30 minut leżałem sobie wygodnie pod kroplówką w towarzystwie około 20-30 innych zawodników, dzięki czemu organizm mógł szybciej dojść do siebie. Maraton ostatecznie przebiegłem w 3:03h, a całego Ironmana ukończyłem w czasie 8:59:13. W pierwszej chwili nie chciałem nawet myśleć o Hawajach, a co dopiero tam jechać, ale następnego ranka rodzina oraz grupa znajomych Polaków i Irlandczyków bardzo chciała, żebym odebrał slota na Konę. Ciągle powtarzali: „Once in a lifetime! You have to go!” W końcu na ceremonii zakończenia, kiedy wyczytali moje imię, cała grupa głośno krzyknęła „Yes” – nie było już odwrotu!

 

olejniczak7

 

Można powiedzieć, że upiekłem dwie pieczenie na jednym ogniu! Złamałem magiczną barierę 9h i zdobyłem przepustkę na Mistrzostwa Świata! Według listy Dariusz Sidora jest to jeden z najlepszych rezultatów w Historii Polaków startujących na tym dystansie. Teraz mnie i moją rodzinę czekają kolejne 3 miesiące wyrzeczeń oraz cieżkiej pracy. Zmieniają się rownież plany startowe na resztę sezonu, jednak już za trzy tygodnie przylatuję do Poznania na Mistrzostwa Polski w 1/2 IM, gdzie będę startował wraz z Tatą, który w wieku 65 lat postanowił ukończyć we wrześniu pełen dystans Ironmana w Borównie. Po powrocie do Irlandii mam jeszcze trzy starty w sierpniu zaliczane do Pucharu Irlandii, które potraktuję już treningowo, kończąc Mistrzostwami Irlandii w 1/2 Ironmana w ostatni weekend sierpnia. Dochodzą oczywiście jeszcze kwestie finansowe, gdyż wszystkie imprezy pokrywam z budżetu rodziny i tutaj chciałbym prosić o jakąkolwiek pomoc fanatyków i sponsorów, gdyż wyjazd na Hawaje nie należy do najtańszych. Na koniec chciałem jeszcze bardzo podziękować mojej żonie, rodzinie i wszystkim znajomym za wyrozumiałość i wsparcie, bez którego nigdy nie spełniłbym swoich marzeń.

 

 

olejniczak1

 

Mariusz Olejniczak                                      
Personal Trainer/TI Couch/                                                                                   
Fanatyk Sportów Wytrzymałościowych 

Podoba Ci się jak i o czym piszemy?     
Założyciel i Redaktor Naczelny Akademii Triathlonu. Triathlon uprawiam amatorsko od 2009 roku. Startuję głównie na dystansach Ironman 70.3 oraz Ironman. Moje najlepsze zawody to: 4h 30 minut w IM 70.3 Haugesund w Norwegii i kwalifikacja na MŚ w Las Vegas (roll down z 16 miejsca) i 10h w pełnym Ironmanie w Kopenhadze. W latach 2016-2019 byłem redaktorem naczelnym Business Insider Polska - serwisu biznesowo-informacyjnego, który w ciągu 3 lat od pojawienia się na rynku stał się drugim najpopularniejszym serwisem biznesowym w Polsce i pierwszym z rodziny Business Insidera w Europie. Czyta go ponad 5 mln internautów. 2001 - 2016 byłem dziennikarzem radiowym i telewizyjnym. Pracowałem m.in. w Radiu TOK FM, jako zastępca redaktor naczelnej, szef informacji, prowadzący "Poranek TOK FM”. Przez 6 lat byłem związany z TVN24, gdzie prowadziłem magazyn "Polska i Świat”. Byłem również gospodarzem takich programów jak: "Magazyn 24 godziny", "Cały ten świat", "Serwisy informacyjne". 8 listopada 2018 roku, na rynku ukazała się moja pierwsza powieść biograficzna pt.: "Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą", która po miesiącu wskoczyła na listę bestsellerów Empiku. Do dziś sprzedano ponad 50 tysięcy egzemplarzy. Książka opowiada o losach Jerzego Górskiego - legendy polskiego triathlonu. 29 października ukazała się moja druga powieść biograficzna pt.: "Szlag mnie trafił", opowiadająca losy Moniki Michalak, która przeżyła skomplikowany udar pnia mózgu. Obecnie pracuję nad książką o Robercie Karasiu - mistrzu świata i rekordziście na dystansach Double i Triple Ironman.

3 KOMENTARZE

  1. super! proponuję założyć profil na polakpotrafi.pl i linkować gdzie się da, na pewno sporo ludzi coś wpłaci:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here