Jak Herman pobiegł z Frodeno? – wywiad, część II

3

Druga część wywiadu z Rafałem Hermanem, to fantastyczna opowieść o maratonie w Ironmanie, motywacji, pomocy najbliższych, kryzysach, walce z nieznanym zawodnikiem, który postanowił… zresztą nie będę uprzedzał faktów. Przeczytajcie sami, jak walczy się do końca i zdobywa upragniony awans na Mistrzostwa Świata Ironman Hawaii. Jeżeli też macie w planach taką wycieczkę, warto wziąć przykład i posłuchać dobrych rad. A na pewno uczyć się od doświadczonych zawodników, którzy jak wiecie, też popełniają błędy, ale potrafią wyciągąć z nich wnioski. A propos! Mamy już odzew, bo po wczorajszej, pierwszej części wywiadu, napisał do nas czytelnik, którego zainspirował ten tekst, a który postanowił opisać swój przypadek… jakże odwrotny od historii Rafała Hermana. Felieton Michała Pacholskiego, ku przestrodze, opublikujemy jutro. 


Rafał, czas przejść do biegania. Maraton w Ironmanie. 

Rozpocząłem go w dobrym nastroju, bo wiedziałem, że etap kolarski wypadł świetnie. Założenie było proste – biec po 4.20min/km na początek w optymalnych warunkach i jeśli wszystko będzie dobrze, przyspieszać. Byłem przygotowany na czas 3h 05 minut, jeżeli temperatura oscylowałaby w okolicach 18 stopni Celsjusza. Na początku biegu wydarzyły się trzy rzeczy, które jeszcze bardziej mnie zmotywowały. Po pierwsze, żona krzyknęła mi, że jestem 24 w kategorii po rowerze, co mnie lekko zasmuciło. Z 90-tego miejsca po pływaniu, awansowałem na 24-te po rowerze, ale liczyłem, że będę wybiegał z T2 na 15-tej pozycji. Celem było ukończenie zawodów w pierwszej dziesiątce, co dawało przepustkę na Hawaje. Z dwudziestego czwartego miejsca awansować tak wysoko? Mam czternastu zawodników do pokonania. W tym upale? Będzie trudno – myślę. I w tym momencie na trasę biegową wypada jakiś człowiek. Trzyma ogromną polską flagę, macha i krzyczy: „Dawaj! Pierwszy Polak! Tak! Dawaj! Dobrze idziesz!”. Minę miałem skwaszoną, bo rozmyślałem o swojej pozycji, ale on nie pozwolił mi się nie uśmiechnąć! Myślałem, że pomacha, pomacha i koniec, ale biegł ze mną kilometr, może półtora! Cały czas z flagą przede mną. I się wydziera: “Dawaj! Pierwszy Polak! Tak! Dawaj! Dobrze idziesz!”. Patrzę na zegarek, biegniemy po 4.40min/km, a on z tą wielką flagą z wielkim drągiem, momentami tyłem i daje radę! Co za fighter! Jeśli on może, to ja wyluzowany chyba też. Gość patrzy na mnie i się cieszy. Nie mogłem się powstrzymać i też się cieszę! W pewnym momencie mówię do niego: „Chłopie, daj już spokój, bo zaraz padniesz na zawał, jest gorąco!” Ale on cisnął, ile mógł, wydzierał się i biegł pomiędzy niemieckimi kibicami. To było niesamowite i pobudzające. Uśmiech na twarzy, wyprostowana sylwetka i jazda. 

 

Kolejny strzał dobrej energii to przebieżka z Janem Frodeno (Mistrz Europy Ironman Frankfurt, trzci zawodnik MŚ Ironman Hawaii, Mistrz Olimpijski z Pekinu). Wyprzedzał mnie na kolejnej swojej pętli, ale stwierdziłem, że wyprzedza mnie stosunkowo wolno. Myślałem, że śmignie obok mnie i tyle go widziano. To był moment, kiedy ja próbowałem przyspieszać, miałem tempo około 4.30/km, a Frodeno maksymalnie musiał biec po 4:15/km, więc do niego dołączyłem. Na początku lekko z tyłu, ale później bark w bark i nawet zagadnąłem: „Cześć Jan. Miło z Tobą biec!”. Nic nie powiedział, uśmiechnął się. W ogóle mu to nie przeszkadzało. 

 

herman6 frankfurt2015

 

Udało ci się pobiec zgodnie z założeniami i zrealizować plan żywieniowy?

Zabrałem ze sobą do bagażu podręcznego, czyli do kieszonek w stroju, dwie dodatkowe kofeiny i jeden żel. Założenie było takie, że biegnę głównie na coli. Każda stacja – cola. Poza tym oczywiście mam dość normalne podejście i słucham organizmu, czyli jem to, na co w danej chwili mam ochotę, a co jest na stacjach żywieniowych. Kilka razy brałem np. ćwiartkę pomarańczy i wyciskałem do ust.  Czasami podczas biegu mam ochotę na coś kwaśnego, szukam tego smaku i wystarczy, że wezmę dosłownie kilka kropel i już jest lepiej. Na każdej stacji brałem też wodę i nie tylko łyka, ale wylewałem na siebie, ile mogłem. Kolejna deska ratunkowa to lód. Pakowałem go wszędzie, gdzie się dało za strój. Ale razem z Piotrem Gąsiorowskim, który też startował, zorganizowaliśmy dodatkowy punkt z lodem w strefie, gdzie można było przyjmować pomoc od swoich kibiców. Na ten pomysł wpadłem na jednym z ostatnich, luźnych treningów w Warszawie, tam gdzie się często spotykamy, okolice Słomczyna, Gassy. Kręcąc spokojnie, rozmyślałem, co zrobić, jaki patent wymyślić na te upały, które już zapowiadano? Nagle widzę, że z przeciwka jedzie Jacek Nowakowski. Resztę treningu zrobiliśmy już razem, rozmawiając o tym, jak poradzić sobie z upałem. Mówiłem, że mam taką małą chłodziarkę do samochodu, ale Jacek zaproponował, że pożyczy mi zamrażarkę (!) samochodową. Jak to zamrażarkę? – pytam. „No… normalnie, zamrażarkę” – odpowiada Jacek, patrząc na mnie zaskoczony – „Wkładasz wodę, wyciągasz lód!”

 

Od razu powiedziałem, że biorę, a ponieważ jechaliśmy z Piotrem Gąsiorowskim do Frankfurtu z żonami, wpadliśmy na pomysł, że w strefie „special needs” będą mogły nam podawać lód i schłodzoną, lekko rozgazowaną colę. Dostaliśmy jeszcze taki mały agregat, który mógł tę zamrażarkę napędzać w strefie żywieniowej. Robiliśmy testy, Piotr miał hotel około 400m od tego miejsca, więc dziewczyny miały naprawdę poważne i odpowiedzialne zadanie. To był klucz do sukcesu na biegu w taki upał.  Mieliśmy lód w workach, a nie w kostkach. Kostek dostawało się tylko kilka i wypadały. A myśmy dostawali od dziewczyn woreczki z lodem i zgodnie ze wskazówkami Chrisa McCormacka, okładałem nimi tętnice szyjne i serce. Skóra aż mnie bolała od tego lodu, ale wiedziałem, że tętnice rozprowadzają odrobinę chłodniejszą krew do komórek. Uważam, że przy tak potężnym upale, wsparcie, o jakie zadbały nasze żony, było strategicznie kluczowym tego dnia. Skoro udało mi się pokonać w taki upał 14 zawodników, to znaczy, że oni nie poradzili sobie tego dnia z upałem, byli do niego gorzej przygotowani. Myśmy zadbali o to, aby zdobyć maksymalne wsparcie na jakie pozwalał regulamin zawodów. Udało się. Myślę, że Małgosi i Kasi należą się ogromne podziękowania, bo sukces to również ich zasługa. 

 

Czy zliczałeś objętość treningową, jaką wykonałeś do zawodów we Frankfurcie?

Tak. Mam wszystko policzone i zanotowane na stronie TrainingPeaks. Objętość na pewno mniejsza niż do Klagenfurtu, trochę większa intensywność. Tygodniowo wychodziło około 25h z czego połowa rower. Ale niemal wszystkie treningi przed Frankfurtem wykonywane w Warszawie, to objętość nie większa niż 20h tygodniowo w najmocniejszym okresie. Wyjątkowo duża objętość zdarzyła się tylko na obozach, gdzie dochodziłem do 27h tygodniowo. Ostatnie dwa tygodnie  przed startem to odpowiednio 15h i 13h.

 

Jak się finiszowało? Wiedziałeś, który jesteś?

Opowiem Ci jeszcze jedną niesamowitą historię. Mam do mety ostatnie 3km, już się cieszę, że jest koniec, wiem, że te 3km to nawet się doczołgam, ale nagle słyszę za sobą okrzyki w języku niemieckim: „Tak, dobrze! Dawaj! Są Hawaje!”. Myślę sobie „Kurdę, tylko nie to!”, już pod koniec biegu trudno jest rozróżnić, kto jest na której pętli. Obracam się, widzę gościa, który ma 4 opaski na ręku i siedzi mi na plecach. Nie mogę dokładnie określić wieku, ale nie dało się wykluczyć, że jest to ta sama kategoria. Facet wyprzedza mnie na 1,5km przed metą, ale zrobił to tak, że nie widziałem jego numeru i oznaczenia kategorii wiekowej. Biegł żwawo, więc i ja musiałem przyspieszyć. No nie! Jeszcze na koniec będzie walka – myślę, a już chciałem przestać biec, ale nie odpuszczam, sapię, dyszę, gość rzuca na mnie okiem i przyspiesza. Ja już puchnę, wiem, że za chwilę będzie skręt na Rynek i końcówka, ale już nie mogę, nie wytrzymuję i zmarnowanym głosem krzyczę: „Hej, men! What is your age group?!”. A on tak na mnie popatrzył spokojnie i mówi: M25. 

 

„Thanks God! Run, run, run!” – krzyknąłem i odpuściłem, ciesząc się, że nie będę musiał wpadać na metę „do odcięcia”. Spojrzałem jeszcze na jego twarz i myślę: „No tak, przecież to jakiś małolat jest! Biegnij chłopie, biegnij.” I w tym momencie zacząłem się delektować końcówką, ale i tak nie wiedziałem, który jestem. Bałem się, bo w 2011 roku 35 sekund i straciłbym slota. 

 

herman7 frankfurt_2015

 

Historia zatoczyła koło, bo dostałeś przepustkę na MŚ z 10 miejsca – było 10 slotów. Kiedy pierwszy raz awansowałeś na Hawaje w 2011 roku miałeś 16 slotów i byłeś 16-ty w kategorii. Wtedy jechałeś na MŚ z założeniem „bycia” w tym magicznym miejscu, a teraz?

Chciałbym powalczyć. W 2011 roku nie miałem wyboru. Zawody musiały być „turystyczne”, bo miałem przecież jeszcze mistrzostwa świata Ironman 70.3 w Las Vegas w tym samym roku, po czym musiałem wrócić do pracy i za chwilę lecieć na Hawaje. Ze sportowego punktu widzenia to było szalone. Ale nie miałem wyjścia. Teraz będzie inaczej. Chcę trafić z formą właśnie na ten dzień, żeby to był najważniejszy start w roku. Marzy mi się złamanie 10h, co w tych warunkach będzie niemałym wyzwaniem. Jeżeli powieje, będzie ciężko. No i pływanie w Oceanie! To jest kolosalna różnica. To są Mistrzostwa Świata, na które dostają się ludzie z kwalifikacji, więc wszyscy dobrze pływają i idzie zbita paczka. Po godzinie pływania wychodzą dziesiątki ludzi w jednym momencie, masa zawodników. Męczyłem się tam bardzo. 

 

Powodzenia Rafał i zapraszam na wywiad po Hawajach, a tradycyjnie już liczę na jakąś rozmowę przez Skypa, jak już będziesz na Big Island! Ale już teraz możemy się przenieść w klimaty Kona, bo ostatnio jeszcze raz zajrzałem do artykułu i rozmowy z Tobą, którą nagrywałem tuż po Twoich pierwszych Hawajach w 2012 roku: 


Kona. Spełnienie marzeń. 

3 KOMENTARZE

  1. Gratulacje !!! Bedzie mi bardzo milo poznac Cie w Kona.
    Ja ciesze sie slotem juz od wrzesnia ubieglego roku . Fajnie byloby zorganizowac jakies spotkanie polskiego kontyngentu tam na miejscu przed zawodami . Jak to juz napisalem w komentarzu do wywiadu z Michalem P , jestem w Kona od 28 wrzesnia w Paniolo Greens Resort , Waikoloa . Pierwszy tydzien sam a potem dojezdza zona i syn . Pozdrawiam !!! andrzejkozlowski@hotmail.com
    cell(na Hawajach) 416 704 2741

  2. Jeszcze raz gratulacje choć czuję się jak zbity pies. Jakieś prymitywne pomysły mi przychodzą do głowy na stosowanie zabawek typu płetwy rekina na zawodach triathlonowych a tu się dowiaduję że Ironamani biegają z zamrażarkami. A myślałem że Ironman w triathlonie to nie to samo co Ironman w którego wcielił się Robert Downey Jr. On chyba w pierwszym odcinku wykonał sobie zbroję z wydrążonej bomby napędzaną jakimś agregatem podobnym do tego jaki występuje w chłodziarkach 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here