“Jak to jest zrobione?” – odŻywka na weekend

1

Jak pamiętacie w naszym cyklu marketingowo-sprzętowym pozostał nam temat bubli i wciskania kitu na rynku. Pomyślałem sobie jednak, że wyliczanie kolejnych dziwactw niewiele wnosi do naszego stanu wiedzy. Być może lepiej będzie zajrzeć nieco za kulisy produkcji, żeby przekonać się jak to wszystko jest (z)robione.

 

Dwie ciąże

Zanim produkt trafi na sklepowe półki mija zazwyczaj około 18 miesięcy. Dotyczy to asortymentu z szeroko pojętej „odzieżówki”. Cykl życia takiego produktu wynosi zazwyczaj 2 lata (rok w przypadku artykułów „modowych”), co oznacza, że kiedy my kupujemy jakąś nowość w sklepie, firma zaczyna się głowić nad kolejną wersją. Pierwsze kilka miesięcy to testy polegające na intensywnym użytkowaniu, zazwyczaj przez zawodników współpracujących z firmą. Często jest to kilka równoległych wersji. Przetestowany produkt konsultuje się następnie z siecią sprzedaży, wprowadzając ewentualne poprawki. Wasze obecne zakupy dystrybutorzy zamawiali dla was w sierpniu, wrześniu ubiegłego roku. Jeżeli artykuł trafia tylko na lokalny rynek, wprowadza się w nim również drobne korekty w kroju. M na rynek japoński będzie tu inne niż M dla Holendra czy Niemca. 

 

Testy przeprowadzane przez zawodników to wiele tygodni ciężkich treningów i startów. Rolę testerów przyjmują również dystrybutorzy, ich znajomi, zawodnicy z grup wiekowych. W tym przypadku często próbuje się taki produkt po prostu zniszczyć, poprzez coraz intensywniejsze użytkowanie czy pranie w coraz wyższej temperaturze, aby wyznaczyć bezpieczne dla niego granice.

 

Zabawa dla uważnych

Jednym z testów na atrakcyjność produktu jest przemycenie go przy innej okazji. Przykładem może być zdjęcie nowego zawodnika, czy innego produktu. Jeżeli podczas prezentacji nowego stroju oglądający zapytają o okulary, które m iał na sobie model możemy być pewni, że wzór ma bardzo duże szanse powodzenia. Jeżeli pomimo kilku takich prób nie znajdzie zainteresowania, można zapomnieć o „przeboju”. Pozostaje mocna promocja, lub niska cena. Elementy nowych wersji można też zauważyć u zawodników wyczynowych sponsorowanych przez firmę. Jak już wcześniej wspomniałem, to właśnie oni są w awangardzie testerów. Inny suwak, kołnierzyk, szkło w okularkach, podeszwa w bucie, dziwna „niefirmowa” przerzutka. Właśnie trwają próby ulepszenia obecnych na półkach modeli. „Profesjonalista nigdy nie używa niesprawdzonego sprzętu”. No cóż, nie jest to do końca prawda. Nie dość, że używa, to często jest inicjatorem tych zmian. Jak w przypadku każdych poszukiwań, wiele z nich musi zabrnąć w ślepą uliczkę, zanim znajdzie się coś wartościowego.

 

Wszystko jest robione w Chinach

Jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy, choć w rzeczywistości niewiele złego. Rozróżnić tu trzeba dwie sytuacje. W pierwszym przypadku producenci korzystają z gotowych wzorów „hurtowni designu”. Stąd bliźniaczo podobne plecaki, okularki, ramy czy koła. Rozwiązanie to stosuje się raczej do sprzętu codziennego użytku, niezbyt zaawansowanego technologicznie. Wyróżnić się można jakością użytych materiałów, elementów wykończenia. To dobry test na to jak firma traktuje swoich klientów. Czy stara się nawet z banalnych przedmiotów wycisnąć coś więcej, czy przykleja swoje logo i cześć. Drugim przypadkiem jest korzystanie z fabryk specjalizujących się w jakimś etapie produkcji. Taka szwalnia, huta czy montownia przyjmuje towar od wielu, często zażarcie ze sobą konkurujących firm, robi swoje i przekazuje do dalszej obróbki. To również bardzo dobre rozwiązanie. Obniża koszty (a więc teoretycznie cenę w sklepie) i pozwala na tworzenie wyższej jakości stanowisk pracy i kadry, dzięki skupieniu się na jednym elemencie w hurtowej skali. Ten etap jest jednak robiony ściśle według zaleceń firmy i materiałów przez nią powierzonych. Nie można więc stwierdzić, że „wszystko jest takie same”, choć wychodzi z tej samej fabryki.

 

Bohater z przypadku

  • Fajnie by było mieć taki strój, który trochę bardziej chroni przed słońcem. Taki z dłuższymi rękawami, podobny do tych z kolarskich czasówek i toru. Tamte stroje są zbyt delikatne i zbyt drogie. W triathlonie nie przeżyją kilku starów, nie da się w nich biegać. Trzeba do tego jakoś inaczej podejść. Bardzo popularne stroje aero z rękawkami zaczynały z mniejszymi ambicjami. Dopiero w fazie testów zauważano, że niezwykle ciasna góra wspomaga pozycję na przystawkach czasowych, a spora część korzyści aerodynamicznych zostaje zachowana, pomimo zastosowania innego kroju i materiałów, niż w strojach kolarskich. Wiele pierwszych modeli na rynku nie miało nawet w nazwie „aero”, ta najbardziej medialna funkcja pojawiła się dopiero po pewnym czasie użytkowania. Strój, który miał być alternatywą na trudne warunki, stał się standardem przyszłości. Nie miną 2-3 lata, kiedy zdecydowana większość triathlonowych ubiorów na dystansach długich będzie miała rękawy (choć nie każdy z nich będzie aero, do tego trzeba jednak dość dobrych materiałów).

 

Moje jest najlepsze

Firma A wymyśla nowy materiał na piankę. Właściwie jest to wciąż neopren, lecz umieszczono w nim pęcherzyki powietrza. To świetny pomysł i spory przełom na rynku. Rozwiązanie jest bez dwóch zdań najlepsze, lecz konkurenci B, C, i D nie mogą tego przyznać. Przecież nie powiedzą „hej, jesteśmy bardzo fajnymi firmami, ale materiał stosujemy taki, jak wynalazł A, bo sami nic mądrzejszego nie potrafimy wykoncypować”. Wprowadzają więc inne rozwiązanie, gorsze, ale reklamują je jako równie dobre lub lepsze. Co maja zrobić? To nie jest jednak dla nich komfortowa sytuacja, więc usilnie pracują nad nowymi pomysłami. W pewnym momencie maszyna zaskakuje. To chwila na pobudkę dla A, które z samozadowoleniem spało przez kilka lat. Obudzone z ręką w nocniku wciąż z zapałem godnym lepszej sprawy zapewnia o swojej innowacyjności, lecz na zapleczu gorączkowo pracuje nad odzyskaniem pozycji lidera. Tak to się toczy. Tylko prowadzący się co jakiś czas zmieniają…

 

Nie zawsze jest pięknie

Czy producenci mają na względzie wyłącznie nasze dobro, a wynik finansowy to jakiś poboczny szczegół ich działalności? Oczywiście tak nie jest (choć orientacja na klienta daje większe szanse przetrwania na rynku). Robienie kupującego w balona rozróżniłbym jednak na dwa rodzaje. Oszukiwanie, kiedy nie jest on w stanie zweryfikować informacji i opisu, oraz spotkanie dwóch stron w krainie bajek, czy rynkowym balu przebierańców. Jeżeli na takim balu ktoś uwierzy, że jest księciem – trudno mieć tak do końca pretensje do organizatora.

 

Była sobie kiedyś na rynku firma, która chciała wejść na rynek sportowy, choć jej główną działalnością była elektronika. Wyprodukowali zegarek. Nie dość, że był słaby – to jeszcze kompletnie nie mieli pomysłu na jego sprzedaż. Z kłopotu wybawiła ich inna firma, mocno osadzona w sporcie, lecz nie w elektronice. Przeprojektowali knota, lecz niestety niewiele w nim poprawili. Nie przeszkodziło im to w wypuszczeniu tego niedokładnego potworka na rynek w astronomicznej cenie. Zastanawiałem się nad tym, jak to było możliwe. Przecież istnieje jakaś procedura testowa, pomysł wykupienia produktu musiał być zatwierdzany przez fachowców zarabiających ciężkie pieniądze. Niestety takie zachowanie muszę określić jako nieuczciwe wobec klientów, ponieważ nie mają oni możliwości wiarygodnej oceny produktu przed zakupem, szczególnie w przypadku nowości.

 

Nieco inaczej sprawa wygląda w przypadku, gdy zakup jest nieślubnym dzieckiem wiary w czary i specyficznej kondycji intelektualnej użytkownika. Pierwszy przykład jaki przychodzi mi do głowy to magiczne plastikowe bransolety z połyskującą naklejką regulujące jakieś tam przepływy czegoś tam w organizmie (producent skończył z nakazem zapłaty olbrzymiego odszkodowania). Nosiła i reklamowała takie cudo między innymi Caroline Steffen. Nie uważam, że padamy tu ofiarą marketingu. Informacje o nadzwyczajnych cechach tego typu artykułów pełne są określeń typu „umożliwia, pozwala”. To my kierowani chęcią posiadania, skorzystania z paranormalnej wiedzy, czasem dróg na skróty, zmieniamy to w „zapewnia, gwarantuje” i decydujemy się na zakupy, podczas których rozum ma najwyraźniej wychodne.

 

Może, skoro jesteśmy społeczeństwem konsumpcyjnym, w szkołach powinny znaleźć się zajęcia z przystosowania do życia w świecie pełnym reklam i agresywnego marketingu? Ponad osiem tysięcy znaków to wystarczająco dużo na artykuł w internecie. Ciekawostek z zaplecza rynku pozostało jeszcze bardzo dużo, więc być może będzie okazja do nich w przyszłości wrócić. Zapraszam rownież do zabierania głosu w komentarzach, jeżeli tylko macie własne przemyślenia lub ciekawostki, którymi chcielibyście się podzielić.

 

huub2016 600x120

 

1 KOMENTARZ

  1. Dobry temat, mysle ze amatorski sport powoli moze stac sie istotna czescia tego jak uczymy marketingu. Pamietam jak w jednej z poprzednich firm zainstalowali nam stoly do tenisa stolowego. Na poczatku paru pierwszych smialkow gralo w przerwie na obiad, po kilku tygodniach ludzie ktorzy do niedawna nie znali nawet zasad zamawiali online wlasne rakietki za cene dobrych butow do biegania a przy stole dyskutowano o tym jak pileczki firmy xyz maja lepsza rotacje :)…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here