Palące słońce Hiszpanii i połówka w Calelli

0

Od Redakcji: Kochani! Więcej takich relacji i wspomnień z zawodów. Dziś o swoim pierwszym starcie w tym roku – swoim i przyjaciół – opowiada Robert Rożek.

 

Start w Calelli pod Barceloną był pierwszym startem triathlonowym w tym roku. Już w styczniu, razem z dwójką znajomych wiedzieliśmy, że 27 maja weźmiemy udział w HALF-CHALLENGE Barcelona – Maresme. Ćwiczymy uczciwie od stycznia. Na tydzień przed Jarek nie wychodzi z pracy, ja jakiś „przykurczony” z zakwasami i tylko Agnieszka wydaje się w dobrej formie, chociaż trochę się boi. Piątek rano. Niestety Jarek musi przełożyć lot, jadę na lotnisko sam. Toczę wielką walizkę do punktu bagaży ponadwymiarowych. Walizka jest wielka, wszyscy się na nią gapią. W środku jest mój rower, czy na pewno nie zawiedzie?  Jeszcze tylko muszę przekonać celnika, że naboje, które widać w walizce na zdjęciu rentgenowskim są niewinną papką z CO2 i uff…lecimy.

Po południu stoimy już nad morzem. Fale jak na Bałtyku w wietrzny dzień, chociaż reklama zawodów kusiła hasłem: „Incredible Calm Mediterranean Sea”. Wskakuję do wody, ale nie jestem w stanie dopłynąć nawet do boi, choć to zaledwie 200 metrów! Agnieszka przygląda mi się z brzegu. Kiedy wracam nic nie mówię  – wiem, że Ona trochę boi się wody. Jak mamy walczyć o czas, skoro tu trzeba będzie walczyć o przeżycie?

 

W sobotni poranek budzi mnie sms od Jarka. Jest już na lotnisku w Barcelonie. Dwie godziny później, jak nastolatki, które dostały ekstra kieszonkowe, biegamy po Expo: nowe koszulki, spodenki, mierzymy opływowe kaski. Niecierpliwie wiercimy się na briefingu zorganizowanym w miejscowym kinie. Cała Callela żyje triatlonem. Dziś woda ma 18 stopni, a organizatorzy zapowiadają poprawę  warunków. Oby ich przewidywania się sprawdziły. Robimy kilkanaście kilometrów, żeby „przejechać”  rowery i sprawdzić trasę, potem pakowanie worków startowych i niech się dzieje wola boska. Odprawiamy rowery, oddajemy cały sprzęt. Ponad 1000 rowerów ustawionych jak pod linijkę, wygląda naprawdę super.

Niedziela wita nas cudownym „Incredible Calm Mediterranean Sea”, więc jesteśmy pełni optymizmu. Każdy z nas ma w głowie wymarzony wynik, wszyscy wydają się spokojni i  skoncentrowani i tylko kilka razy, już w piankach, stoimy w kolejce do toalety. Zawsze to samo 😉 Ostatni uścisk z Jarkiem, który wystartuje kilka minut później i ustawiam się ze swoimi rówieśnikami. W tym czasie zawodowcy są już prawie w połowie dystansu. Startujemy w około dwustuosobowych grupach, co oznacza spory tłok. Trzy… dwa… jeden i wbiegamy do wody! Szybko łapię rytm, długie spokojne ruchy, a dokoła tysiące bąbelków. Trzymam się środka grupy, co rusz na kogoś wpadam, ktoś wpada na mnie, ale przynajmniej nie martwię się o nawigację.  Przy bojach jest jeszcze ciaśniej i trudno utrzymać spokój.  Powtarzam w głowie rady Zbyszka (naszego trenera od pływania): spokojnie,  nisko głowa,  wykańczać ruchy i prostować rękę. Jeszcze ostatni nawrót i ostatnie 300 metrów. Daję z siebie wszystko, chociaż Zbyszek na wieść o wyniku troszkę się skrzywi i powie, że liczył na minutę  dwie mniej.

 

W namiocie wolontariusze pomagają w zdjęciu pianek i schowaniu do worków. Organizacja naprawdę na medal. Kask na głowę i po rower. Wyjeżdżam ze strefy zmian, patrzę na Garmina – 40 min. Jest dobrze. Cudowna trasa rowerowa – nie tylko widać, ale i czuć morze. Ciągłe  zjazdy i podjazdy, cały czas zmieniam przerzutki.  Dwie pętle po 45 km, oczywiście w jedną stronę – jak zawsze – pod wiatr i więcej wzniesień, ale w drodze powrotnej moja średnia to 36 km. Czuję, że mogę mieć dobry czas, wszystko układa się jak puzzle: rower, głowa i nawet nogi, pracują jak w zegarku. Tylko jak zwykle zaliczam cztery postoje na poboczu, cóż uroki żelów z kofeiną – chyba w przyszłości będzie trzeba z nich zrezygnować? Strefa zmian, 2.35.05 – odstawiam rower.

 

Robi się bardzo gorąco, nie czułem tego wcześniej. Bieg okaże się najtrudniejszy, a piękne słońce tym razem bezlitosne. Trasa to dwie długie pętle, bieganie po prostej bez cienia i ciekawości co będzie za zakrętem. Wkładanie mokrych gąbek za koszulkę ale „Macca na Hawajach w 2010” pomaga tylko przez 200 – 300 metrów, potem mozolne noga za nogą do następnego punktu żywieniowego. Na pierwszym nawrocie naprzeciwko widzę Jarka, machamy do siebie. Jest jeszcze dobrze, uśmiechamy się, chyba nawet odgrażam się, że zejdę poniżej  pięciu godzin. Troszkę w to wierzyłem, ale na drugim kole było już bardzo ciężko. Trzydziestostopniowy upał dawał się we znaki, ale przecież zaraz finisz! Przed trybuną  okrzyki i brawa kibiców,  medal…ulga…… i euforia…. i czas 5.07h – lepszy, niż ten, który miałem w głowie rano! Rok wcześniej w pierwszych w moim życiu zawodach, w St.Polten było 6.11.

 

Za metą czeka prawdziwa hiszpańska fiesta: cervesa, truskawki, kanapki z szynką i entuzjazm wszystkich, którzy mają już te zawody za sobą. Po kilkudziesięciu minutach widzę na mecie Jarka – jest szczęśliwy, jego świetny wynik to 5:30h  (później odgraża, że gdyby nie zresetował Garmina na biegu, urwał by jeszcze minutę) . Kolejne piwo i toasty na własną cześć. W atmosferze zabawy czekamy na Agnieszkę, wpada na metę zmęczona, ale szczęśliwa – ona też robi „życiówkę”, z czasem 6:32! Medale brzęczą nam na szyjach, wznosimy kolejny toast.

Callela, chociaż niezbyt popularna jako miejsce startów, okazała się świetnym miejscem na zawody. Każdy z nas  poprawił swoje rekordy, nikt nie ucierpiał i nie złapał gumy. Łatwo było dolecieć, łatwo znaleźć hotel, organizatorzy wspaniale zadbali o ponad 1600 triatlonistów. A już 30 września w Callei pełen dystans. Chyba jeszcze nie w tym roku, ale może za rok – pierwszy w życiu IronMen?

Czasy osiągniete przez naszą trójkę:  

 

                                          swim            bike             run              TOTAL
AGNIESZKA GRYGIEL    0:47:06         3:07:13       2:29:03              6:32:13
JAREK  MIKOS                0:44:38         2:44:25       1:53:29              5:30:44
ROBERT ROŻEK             0:34:37         2:35:03       1:52:51              5:07:39

 

 

Podoba Ci się jak i o czym piszemy?     
Założyciel i Redaktor Naczelny Akademii Triathlonu. Triathlon uprawiam amatorsko od 2009 roku. Startuję głównie na dystansach Ironman 70.3 oraz Ironman. Moje najlepsze zawody to: 4h 30 minut w IM 70.3 Haugesund w Norwegii i kwalifikacja na MŚ w Las Vegas (roll down z 16 miejsca) i 10h w pełnym Ironmanie w Kopenhadze. W latach 2016-2019 byłem redaktorem naczelnym Business Insider Polska - serwisu biznesowo-informacyjnego, który w ciągu 3 lat od pojawienia się na rynku stał się drugim najpopularniejszym serwisem biznesowym w Polsce i pierwszym z rodziny Business Insidera w Europie. Czyta go ponad 5 mln internautów. 2001 - 2016 byłem dziennikarzem radiowym i telewizyjnym. Pracowałem m.in. w Radiu TOK FM, jako zastępca redaktor naczelnej, szef informacji, prowadzący "Poranek TOK FM”. Przez 6 lat byłem związany z TVN24, gdzie prowadziłem magazyn "Polska i Świat”. Byłem również gospodarzem takich programów jak: "Magazyn 24 godziny", "Cały ten świat", "Serwisy informacyjne". 8 listopada 2018 roku, na rynku ukazała się moja pierwsza powieść biograficzna pt.: "Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą", która po miesiącu wskoczyła na listę bestsellerów Empiku. Do dziś sprzedano ponad 50 tysięcy egzemplarzy. Książka opowiada o losach Jerzego Górskiego - legendy polskiego triathlonu. 29 października ukazała się moja druga powieść biograficzna pt.: "Szlag mnie trafił", opowiadająca losy Moniki Michalak, która przeżyła skomplikowany udar pnia mózgu. Obecnie pracuję nad książką o Robercie Karasiu - mistrzu świata i rekordziście na dystansach Double i Triple Ironman.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here