Triathlon w rytmie Rapp – wywiad specjalnie dla AT.

3

Jordan Rapp jest obecnie jednym z najlepszych triathlonistów na dystansie długim ITU oraz Ironman. Urodził się w 1980 roku w stanie Nowy Jork w USA. Jak mówią niektóre źródła, na swoje pierwsze „pływanie” w wodach otwartych udał się mając… 3 miesiące. Pierwszymi sportami jakie uprawiał były squash i lacrosse. Później, po kilku epizodach i eksperymentach z różnymi sportami, postanowił uprawiać triathlon. Wybór jak najbardziej trafny. W 2009 roku wygrał zawody Ironman Arizona oraz Ironman Canada, a dwa lata później powtórzył sukces z Kanady, wygrał tytuł mistrza świata na dystansie długim ITU i Leadman Epic 250 Las Vegas. Nie tylko sukcesy zdobią jego karierę. Niewiele osób wie, ale ten wybitny triathlonista znalazł się „3 minuty od śmierci”. Specjalnie dla Akademii Triathlonu o swojej rodzinie, karierze, wypadku, treningu, a także o bekonie i śpiewaniu piosenek z Ulicy Sezamkowej opowiada Jordan Rapp.

Ludwik Sikorski: Co słychać u Jordana Rapp? Czym zajmujesz się w chwili obecnej, oczywiście oprócz bycia w trakcie „Misja Kona 2013”, którą rozpocząłeś już pod koniec roku 2012?
Jordan Rapp: W chwili obecnej w 100% koncentruję się na Ironman Melbourne, który ma się odbyć 24 marca. W zeszłym roku te zawody były najbardziej konkurencyjne na tym dystansie (oczywiście wyłączając zawody w Kona) i wygląda na to, że w tym roku historia może się powtórzyć. Zawsze jednak jest ryzykowne przygotowywać się do zawodów letnich (w Oceanii jest teraz lato), gdy w domu, czyli w USA, jest jeszcze zima (pomimo, że mieszkam w Południowej Kalifornii).  Na szczęście pogoda dopisuje i mam za sobą kilka dobrych bloków treningowych. Jeszcze tydzień podobnych treningów i zacznę spokojniejsze przygotowania pod wyścig w Australii. Już czuję się dobrze przygotowany.

L.S.: W 2012 roku zająłeś na Hawajach 13 miejsce. Czy to była Twoja „szczęśliwa trzynastka”?
J.R.: Myślę, że prawdopodobnie szczęśliwa, chociaż tuż po zawodach czułem, że mogło być lepiej. Niestety nie wszystko poszło po mojej myśli. Od tego czasu dużo przeanalizowałem z tych zawodów, zarówno dobre, jak i złe strony wyścigu w moim wykonaniu. Ze złego wyścigu można bardzo dużo się nauczyć, pod warunkiem, że odstawisz na bok emocje. Prawda jest taka, że i tak nie spodziewałem się wielkiego sukcesu w Konie, zwłaszcza, że 9 tygodni wcześniej miałem Mistrzostwa USA na dystansie Ironman, a 3 tygodnie przed Hawajami był Leadman Bend. Niestety samo pływanie na MŚ mnie zawiodło i musiałem zmienić swoje podejście do treningu pływackiego. I nawet gdy wiem, że pierwsza dziesiątka w Konie 2012 roku byłaby dużo bardziej „uskrzydlająca”, to 13 miejsce dało mi wiele do myślenia i motywacji do startu w Melbourne i do wprowadzenia ulepszeń, tam gdzie są one najbardziej potrzebne.   

L.S.: Masz jeszcze jakieś refleksje po sezonie 2012?
J.R.: W sumie ubiegły rok był dla mnie zadowalający. Ogólnie, wydaje się, że lata „parzyste” uczą mnie wiele i pomagają przygotować na te „nieparzyste” nastawione na sukcesy. 2004, 2006 i 2008 to lata gdzie ustalałem wielkie cele i nie zawsze udawało się je osiągnąć, ale lata po nich następujące okazywały się lepsze. Takie były między innymi lata 2005 i 2007, chociaż uważam że najbardziej przełomowymi w mojej karierze były 2009. Kolejny rok był już trochę feralny, biorąc pod uwagę wypadek samochodowy jakiemu uległem. I po cudownym 2011, zastanawiałem się co może mnie spotkać w kolejnym, niby pechowym roku parzystym. Na szczęście wreszcie było nieźle, bo udało mi się złamać barierę 2 godzin i 50 minut w maratonie, uzyskując solidne 2 godziny, 46 minut i 55 sekund w Ironman Texas. To był również mój pierwszy sukces w imprezie w której brałem udział po raz pierwszy. Po tym sukcesie udało mi się wygrać „w domu”, na zawodach w Nowym Jorku podczas Mistrzostw USA. Potem Leadman Bend i kolejny dobry występ. Nareszcie poczułem, że moje bieganie czyni mnie silnym konkurentem dla innych. Nie spodziewałem się aż takich rezultatów, aczkolwiek czułem, że taki potencjał we mnie drzemie. Potem Mistrzostwa Świata ITU na dystansie długim w 2011 roku i moje ściganie zaczęło zwiastować przyjście dobrych rzeczy. Poza tym, również moja jazda na rowerze się polepszała. Zauważyłem, że jednak pływanie wymaga poprawy i jest to kolejny przykład, że gorsze wyścigi nie są stracone. Zmiany w tym elemencie zostały zastosowane i czekam co pokaże wyścig w Australii i podczas całego nadchodzącego sezonu 2013. W Konie i podczas LifeTime Fitness Minneapolis zdałem sobie sprawę jak ważne jest „szukanie szans do ścigania”. Na dystansie Ironman priorytetem jest kontrolowanie własnego wysiłku. Ale Kona już jest znacznie inna. Ten rok będzie szukaniem „ścigania”, a nie tylko „występowania” na zawodach.

L.S.: W takim razie nieparzysty rok 2011 był chyba najlepszym w Twojej karierze?
J.R.: Tak mi się wydaje. Trudno będzie nawet wyobrazić sobie lepszy rok, niż 2011. Wróciłem po wypadku i udowodniłem, że potrafię wygrywać. Wygrałem przecież Mistrzostwa Świata w Las Vegas, a przede wszystkim zostałem ojcem po raz pierwszy. To był piękny rok i teraz mogę dążyć do powtórzenia go, albo nawet spróbować osiągnąć jeszcze więcej. Moje podejście z „dlaczego nie ja”, zmieniło się na „mogę to wygrać”. I tak jest teraz z każdym wyścigiem.

L.S.: Wiem, że Twój syn ma na imię Quentin. Jako wielki fan filmów Tarantino, po prostu MUSZĘ zapytać, czy imię syna jest na cześć laureata tegorocznych Oskarów?
J.R.: Nie, aczkolwiek ja też jestem wielkim fanem Tarantino. Imię dla mojego syna zostało dane na cześć mojego najlepszego przyjaciela, Simona St. Quentina Cassidy, który to przedstawił mnie mojej przyszłej zonie. Jest jeszcze jeden podtekst: Quenton Cassidy. Jest on protagonistą „Once a Runner”.

 

JordanQuentin IMTX EWynn

L.S.: Mówi się o Tobie, że jesteś „maniakiem” jeśli chodzi o sprzęt. Jak wiele uwagi poświęcasz sprzętowi i jak wielki, Twoim zdaniem, ma on wpływ na osiągnięcia sportowe?  
J.R.: Ściganie się jest tak nieprzewidywalne i wypełnione nieodłączną niepewnością, że w każdym aspekcie staram się mieć jak najwięcej wpływu na rzeczy, na które wpływ mieć mogę. Niektórzy rzeczywiście mówią, że bardzo dużo uwagi poświęcam na to jakie założyć skarpetki, jaki kask wybiorę, czy w jakich butach pobiegnę. Ale to wszystko robię przed treningami i startami, aby w dzień wyścigu mieć stuprocentową pewność, że podczas startów skupiam się jedynie na ściganiu i niczym innym. Dbam o każdy detal, który mogę sam zmienić. Pogoda, konkurencja, forma innych zawodników, to coś, na co nie mam wpływu. To z tym mierzę się podczas wyścigu, a wszystko inne, zależne ode mnie, jest już dopracowane i przygotowane wcześniej. Chociaż, przyznam się, że czasem myślę o sprzęcie i gadżetach więcej niż jest to potrzebne, ale lubię to. To takie moje hobby. A ważne jest to, że wiedza o wyposażeniu daje mi pewność siebie na trasie.  

L.S.: Jakie, Twoim zdaniem, czasy w poszczególnych dyscyplinach mogą dać wysokie miejsca w zawodach Ironman w roku 2013?
J.R.: Myślę, że bieg musi być poniżej 2 godzin i 50 minut. To nie ulega wątpliwości. Na rowerze wiele zależy od pogody i innych czynników, więc trudno jest mi powiedzieć. W poprzednim roku tylko Marino złamał 4 godziny i 30 minut… ale zawodów już nie ukończył. Znowu w 2011 roku kilka osób przejechało dystans kolarski w okolicach 4;20 (na przykład Crowie). Jeśli natomiast chodzi o pływanie, to czas poniżej 52 minut bez pianki i poniżej 50 z pianką jest kluczowy. Takie właśnie czasy będą obowiązywać najlepszych w rywalizacji w Melbourne, Frankfurcie czy w Konie.

 

L.S.: W swojej karierze miałeś dość sporo kontuzji. Podczas jednej z kolizji otarłeś się o śmierć. Jak doszło do wypadku i jak udało Ci się wrócić do sportu?
J.R.: Trenowałem blisko swojego domu w Kalifornii. Były to przygotowania do wyścigu 70.3 w Oceanside. Jechałem szeroką drogą zbliżając się do zakrętu. Wydawało mi się, że jadę dość bezpieczną drogą i w sumie nadal tak myślę, gdy tam trenuję. Niestety, tamtego dnia kierowca jednego z samochodów włączył się do ruchu z pobocza i wpadłem wprost na niego. Moja głowa rozbiła szybę w samochodzie i przeciąłem 3 z 6 głównych żył szyjnych.  Kierowca uciekł zostawiając mnie krwawiącego na drodze. Niezbyt pamiętam te chwile, a moja relacja jest w dużym stopniu zgadywaniem. Na szczęście znalazł się ktoś, kto mi pomógł dzwoniąc na policję i blokując drogę. Nikt nie potrafił jednak udzielić pierwszej pomocy. Być może byli przerażeni ilością krwi jaka cały czas wypływała z mojej szyi. Na szczęście, w pobliżu wypadku znajduje się baza US Navy. Wracający z pracy żołnierz, Tom Sanchez uratował mi życie. Swoją dłonią zablokował częściowo krwotok, wkładając ją w dziurę jaka miałem w szyi. Pogotowie przyjechało w ciągu 6 do 8 minut. Gdybym leżał tam kolejne 3, to bym nie przeżył. Jeśli chodzi o dochodzenie do formy, a właściwie do zdrowia, to musiałem czekać aż 3 miesiące zanim wsiadłem na rower. Cały proces był wolny. Kości musiały się zagoić – złamałem obojczyk i kilka kości twarzy. Musiałem nawet mieć stalowe substytuty kilku kości. Poza tym długo goiły się inne rany i blizny na szyi. Potem walczyłem o to, by wrócił mi pełen zakres ruchu w obrębie stawu barkowego. Potem walka o przywrócenie sprawności w biodrach i plecach, gdzie musiałem wzmacniać mięsnie. I w sumie najszybciej nadrobiłem formę w kolarstwie. Potem wróciłem do pływania, aczkolwiek zacząłem od pracy z deską. Bieganie sprawiało mi najwięcej problemów. Słabe biodra wpłynęły również na moje kolana. Cały proces, jak już wspomniałem, trwał długo. Dwa kroki do przodu, jeden w tył. Miałem ciężkie chwile, ale wiedziałem (chociaż zajęło mi to trochę czasu), że chcę wrócić do ścigania.

L.S.: Ogólnie, to chyba sporo czasu spędziłeś w szpitalach. Co dzieje się w głowie zawodnika, który jest „przykuty” do łóżka?
J.R.: Pierwszą myślą, gdy trafiłem do szpitala, było: „Chyba już nie będę profesjonalnym triathlonistą”. Ciężko jest wyobrazić sobie siebie na rowerze, skoro właśnie przez rower trafiasz na oddział intensywnej terapii. Dużo myśli się o tym „kiedy wreszcie stąd wyjdę?”. Mimo, że myślałem, że nie wrócę do normalnego trenowania, to i tak chciałem opuścić to miejsce. Nawet nie marząc jeszcze o trenowaniu, po prostu chciałem zacząć normalnie się ruszać. Robić cokolwiek. Najgorszy był powolny, wręcz dłużący się upływ czasu. Jesteś, jak to dobrze ująłeś, „przykuty do łóżka”, w małym pokoiku. I wiesz co? Jestem wdzięczny za morfinę. Nie chodzi jedynie o ból fizyczny. Pomogła mi ona „wyciszyć” umysł. Nawet zacząłem rozumieć, dlaczego narkotyki bywają dość rozpowszechnione w pewnych środowiskach. Gdy życie wydaje się być g…, narkotyki są silną, chociaż radykalną odskocznią.

 

L.S.: Za każdym razem gdy mnie przytrafi się uraz lub kontuzja, to moi najbliżsi zawsze proszą abym dał sobie spokój ze sportem. Ty również musiałeś mieć „pogadanki” z rodziną, nieprawdaż?
J.R.: Na szczęście nikt nie próbował mnie przekonać do takiej decyzji. Trzymiesięczny rozbrat ze sportem pozwolił mi i rodzinie przezwyciężyć strach przed ewentualnym, kolejnym wypadkiem czy nawet urazem. Oczywiście moja żona była poddenerwowana. Nawet asekurowała mnie w samochodzie podczas powrotu na trening na szosę. Wiem, że cała moja rodzina wiedziała jak bardzo sport mnie uszczęśliwia. Chcieli, abym żył swoim życiem. Teraz, po tym wszystkim, sam jestem bardziej ostrożny. Zawsze jeżdżę z migającymi światłami, zwracam większą uwagę na inne pojazdy na drodze i jestem ostrożniejszy przy każdym zakręcie i skrzyżowaniu. Nigdy jednak nikt nie kazał mi rezygnować z życia, jakie dla siebie wybrałem i które tak bardzo kocham.

 

JUTRO CZĘŚĆ DRUGA WYWIADU.


Redaktor Ludwik Sikorski 


LUDWIK

 

Pracuje jako nauczyciel wychowania fizycznego i angielskiego oraz instruktor pływania i triathlonu. Jest współzałożycielem, prezesem i trenerem klubu sportowego SKS KATOLIK.EDU.PL w Łodzi, działającym przy Katolickim Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym im. Jana Pawła II. 

3 KOMENTARZE

  1. Doskonaly wywiad Lu! Jestem już po lekturze całości, wielce motywujące, bieg poniżej 2:50 w IM to abstrakcja dla “normalnego” człowieka więc czyta sie dobrze;))) wypadek w trakcie zawodow mnie zmrozil, mam nadzieje ze na naszym podwórku organizatorzy zadbają o to ze ruch zamknięty oznaczać będzie zero ruchu rzeczywiście. Jedna wypowiedz mnie zaskoczyła – czas w pływaniu w piance i bez pianki – podana różnica to 2 minuty, tylko 2 minuty – czy rzeczywiście pianka bardzo dobrym zawodnikom daje tak mało na tak długim dystansie? Wydawało mi sie ze zysk jest większy, chyba w przypadku amatora plywajacego średnio-dobrze pianka pozwala osiągnąc większy zysk czasowy – prosze o Wasze zdanie. Pozdrawiam!

  2. Dodało mi to siły bo od miesiąca jestem kanapowcem przez uszkodzone kolano. Zdrowia wszystkim i udanego sezonu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here