Burger z podwójnym serem

7

Od  czasu do czasu przez internety, jak przez  dziurkę od klucza, podglądam, co też się dzieje u moich znajomych. Tych bliższych i tych dalszych. I zaczynam odnosić wrażenie, że poczciwe bieganie uliczno-parkowe jest w poważnej defensywie. Teraz w modzie bieganie po pustyni. Albo nawet po kilku, jedna po drugiej. Albo po lodowcu. Albo po górach i dolinach, jak kozica, hej!

Jeśli szosa, to co najmniej 100km, 250km albo i więcej. A jak triathlon, to podwójny, potrójny lub poczwórny, jak makaron wielojajeczny lub hamburger z podwójnym bekonem  i ekstra serem. Nie szydzę.  Po prostu widzę i staram się zrozumieć.

Pozostając w temacie osiągnięć niezwykłych na dystansach niecodziennych.

Kiedy się do czegoś zabieram, to lubię uczyć się na cudzych błędach. Najpierw podbudowa teoretyczna. Dowiedzieć się czego unikać, a na czym się koncentrować. Jednocześnie z podjęciem regularnych treningów, a było to ho, ho, ponad dwanaście lat temu, zacząłem studiować literaturę fachową.

Książki dostępne wówczas na polskim rynku, nie urzekły mnie. Kilka pozycji napisanych przez byłych biegaczy, którzy opisywali swoje treningi z lat siedemdziesiątych i kilka wysoce teoretycznych rozpraw wykładowców z AFW-u. Czytałem je z rosnącym rozczarowaniem i zniecierpliwieniem. Nawet laikowi, jakim w owym okresie byłem, wydawały się naiwne i przestarzałe. Te wszystkie zabawy biegowe, te skróty literowe wyglądające jak nazwy departamentów w olbrzymim peerelowskim ministerstwie.

„Distance Running” Norrie Williamsona

W poszukiwaniu literatury zagranicznej w ręce wpadła mi książka „Distance Running” Norrie Williamsona. Autor jest typem ciekawym i postacią nietuzinkową i w świecie sportów wytrzymałościowych. Norrie jest trenerem, organizatorem, autorem książek i programów treningowych, komentatorem telewizyjnym, a przede wszystkim entuzjastycznym propagatorem sportowego trybu życia. Reprezentował również Szkocję, Wielką Brytanię i RPA w biegach długodystansowych i triathlonach.

Norrie urodził się w Szkocji na początku lat pięćdziesiątych i jego pierwszą pasją sportową było rugby. Zaczął je uprawiać w szkole podstawowej i z niewielkimi przerwami robił to do lat osiemdziesiątych. Biegać zaczął w wieku lat dwudziestu jako uzupełnienie treningów rugby.

W 1980 roku przebiegł swój pierwszy maraton w czasie 2:58, co dawało złoty medal olimpijski na Igrzyskach Olimpijskich w 1896 roku, ale 84 lata później było już tylko przyzwoitym wynikiem amatorskim.

W 1981 roku wyemigrował do RPA. To co stracił świat rugby, to zyskało bieganie długodystansowe i sporty wytrzymałościowe. A bieganie długodystansowe jest w RPA niezwykle popularne. Norrie opowiadał mi, że już na pokładzie samolotu wiozącego go do nowej ojczyzny przeczytał o fascynującym biegu na dystansie 90 km z Durban to Pietermaritzburg.  Chodziło oczywiście o słynny Comrades Marathon –  najstarszy i największy maraton na dystansie ultra rozgrywany od 1921 roku. Ideą, która przyświecała inicjatorom tego wydarzenia, było upamiętnienie towarzyszy broni, którzy zginęli w czasie I wojny światowej broniąc Imperium Brytyjskie przed Trójprzymierzem.

Ponieważ Norrie planował właśnie zamieszkać w Durban, to postanowił wystartować i zmierzyć się z tym dystansem. Jak zaplanował tak zrobił i już rok później ukończył Comrades w czasie 7 godzin i 9 minut. I tak  został ultramaratończykiem. Medali za ukończenie Comrades uzbierało się w latach następnych jeszcze dziewiętnaście, a najlepszy czas jaki osiągnął to 6 godzin i 7 minut.

Ponieważ był już dobrze rozgrzany,  to z rozpędu, w tym samym roku wygrał w Durban bieg na dystansie 100 mil. Potem powtórzył ten sukces jeszcze w latach 1984, 1986 i 1988. Wygrał też bieg na dystansie 1000km o marketingowej nazwie Star Mazda z Johannesburga do Durban w 1983 roku.  O biegu tym powiedział, że przez 9 dni biegali po pustyni w różnych kierunkach, żeby dziesiątego dobiec do Durban i sprawdzić kto wygrał.

W kwietniu 1983 roku najpierw przebiegł maraton w Londynie w 2:42, a w następnego dnia maraton w Bostonie w czasie 2:45. Wśród swoich osiągnięć ma również szóste miejsce w Spartathlonie w 1992 roku. Wymieniam oczywiście jedynie niektóre osiągnięcia. Wygranych czy ukończonych ultramaratonów Norrie ma na koncie dużo więcej, ale nie jestem jego biografem i nie mam obowiązku wymieniać wszystkich.

A teraz wątek triathlonowy. Kiedy zaczął zyskiwać na popularności triathlon, Norrie musiał oczywiście też spróbować. Zrobił to tak skutecznie, że zakwalifikował się dwukrotnie na Mistrzostwa Świata na Hawajach. Pierwszy raz był tam w 1984 roku i był najwyżej klasyfikowany zawodnikiem z RPA. Na Kona wrócił 17 lat później, w 2001 roku i osiągnął porównywalny wynik.

Kończąc dodam, że ustanowił jeszcze kilka rekordów, między innymi w biegu na bieżni mechanicznej na 100 mil oraz w biegu 24-godzinnym, też na bieżni. Osobiście wytrzymuję na bieżni góra dwie godziny, a ostatnie dwa sezony moim osiągnięciem jest jedna godzinka max. Potem zamieniam się w chomika na kołowrotku. Zaczynają rosnąć mi siekacze, a ciało pokrywa rudawa sierść, którą potem trudno się depiluje. Pożądliwie spoglądam na marchew i brukiew. Po prostu perspektywa spędzenia całej doby na bieżni rozsadza moje możliwości percepcyjne.

Trochę pod wpływem książki Norriego, na rok 2009 zaplanowałem start w Two Oceans, sprytnie reklamowanym jako najpiękniejszy bieg świata. Norrie ukończył ten bieg 10 razy za każdym razem poniżej 4 godzin.

Bieg ma  56 km i 1500m przewyższenia i odbywa się zawsze w sobotę wielkanocną, co jest pewnym utrudnieniem dla biegaczy z naszej części Europy. Pamiętam, że w roku 2009 roku zawody odbyły się 11 kwietnia, a tydzień przed zawodami szuflowałem  przed domem śnieg.

Bieg wymaga dobrej taktyki różniącej się od większości maratonów. Normalnie zaczynamy równym tempem, które – mamy nadzieję – jesteśmy w stanie utrzymać na całym dystansie. Czasami zaczynamy nieco wolniej licząc na negative split, kiedy to drugą połowę dystansu biegniemy szybciej.  W przypadku Two Oceans początek trzeba pobiec energicznie, ponieważ jest chłodno i płasko. Tak też radził mi Norrie, z którym spotkałem się dwa dni przed zawodami. W oparciu o moją ówczesną formę, zaproponował odpowiednie tempa na różne odcinki biegu.

Ale oczywiście ja, jak każdy początkujący, wiedziałem lepiej. Żeby nie zawracać sobie głowy różnymi tempami, postanowiłem przebiec cały wyścig równym tempem, co jest niemożliwe chociażby ze względu na przewyższenia i oczywiście rosnącą temperaturę, na którą mam dość znikomą tolerancję.

Tempo udało mi się utrzymać przez pierwsze 45 kilometrów, ale potem gasłem jak znicz olimpijski po wręczeniu ostatnich medali. W limicie się oczywiście zmieściłem, medal przywiozłem, ale jak zwykle ambicje były dużo większe.

A zatem… Nie panikujcie, kiedy zachce się wam z głupia frant i z cicha pęk pobiec coś dziwnego i nienaturalnie długiego. Takie fazy przechodzi wielu biegających. I albo potem wrócicie do poczciwych biegów ulicznych, albo będziecie ubijać piasek na Gobi. Tak też można.

Podoba Ci się jak i o czym piszemy?     
Absolwent Uniwersytetów Warszawskiego i Jagiellońskiego oraz University of Illinois w USA. Od końca lat 90-tych prowadzi w Polsce założoną przez siebie firmę doradczą IMPACT Management. Ponad 300 zrealizowanych projektów koncentrowało się na zagadnieniach efektywności indywidualnej i organizacyjnej, optymalizacji kosztowej, dynamizacji sprzedaży oraz wdrażaniu strategii. Od 10 lat trenuje biegi długodystansowe i triathlon, gdzie wykorzystuje techniki zarządzania czasem i wyznaczania celów. Ukończył między innymi maratony w Nowym Jorku, Berlinie i Amsterdamie, oraz zawody triathlonowe na dystansie IRONMAN w Kopenhadze. Felietonista, bloger i ekspert Akademii Triathlonu w dziedzinie zarządzania czasem i efektywności indywidualnej.

7 KOMENTARZE

  1. Stara gwardia ma się dobrze! Wreszcie król pióra wrócił! Brawo Marku, za piękny bieg i ciekawa historie. Nic tylko lajkować?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here