Wisienka na torcie, czyli Dowbor na MŚ w Las Vegas

16

Po okresie utyskiwania na swój los po zawodach w Gdyni, w końcu zebrałem się w garść i zacząłem powoli szykować się na największe wyzwanie sezonu. To „powoli” było wyjątkowe w swojej powolności, bo najpierw przez tydzień płakałem rozpamiętując „ co by było gdyby”, później płacz zamieniłem na wściekłość, gdy okazało się, że jechałem w kuckach prawie 5 cm niżej niż powinienem. Oczywiście w ramach samooczyszczenia, swoje żale musiałem wylać na wszystkie możliwe sposoby, w związku z tym, na krótki okres zamieniłem się w cierpiętnika, który przy każdej możliwej okazji wspominał o swoim nieszczęściu, wyraźnie podkreślając okrutność zaistniałej sytuacji.

 

Patetyczno-martologiczny ton, jakim raczyłem wszystkich dookoła, w połączeniu z kompletnym wycieńczeniem po zawodach, sprawiły, że do prawdziwych treningów wróciłem dopiero po tygodniu. Na domiar złego, aby móc wylecieć do USA musiałem nadrobić zaległości w pracy, więc na budowanie formy czasu było niewiele. Na szczęście udało mi się wrócić do reżimu treningowego i powoli triathlon znów zaczął mi sprawiać frajdę.

 

Nie zmienia to faktu, że trudy sezonu dają już znać o sobie. W końcu mam za sobą 8 startów, w tym kilka na maksa i moje ciało zaczyna mieć dość. Do ogólnego zmęczenia przyplątały się małe problemy, które objawiły się już w Gdyni ( nerwobóle kulszowe ), a także dawne problemy z kolanem. Niby nic poważnego, ale nie ukrywam, że z utęsknieniem czekam na ósmego września w okolicach godziny 13. Właśnie wtedy zakończę sezon i już dziś myślę tylko o wielkiej wyżerce i pierwszym drinku od ponad 8 miesięcy. To z pozoru przyziemne marzenie trzyma mnie przy życiu a jednocześnie uświadamia jaki ogrom pracy i poświęcenia wkładają wszyscy sportowcy w uzyskanie pożądanego rezultatu.

 

IMG 1164

Dla mnie wisienką na torcie będzie występ podczas MŚ w Las Vegas. Występ i ukończenie, bo na jakiekolwiek inne założenia związane z czasem na mecie i miejscem odkładam na dalszy plan.  

 

Świadom trudów tego startu, w Vegas pojawiłem się ze sporym wyprzedzeniem, na 12 dni przed startem. Chciałem załagodzić efekty różnicy czasu, jeszcze trochę potrenować, poznać trasy no i przede wszystkim przyzwyczaić się do legendarnych i ekstremalnych warunków, o jakich wspominali uczestnicy z zeszłego roku. Relacje Leszka Kubickiego, Marcina Waniewskiego czy Mikołaja Lufta przyprawiały o dreszcze.

 

Jeszcze w samolocie zacząłem czytać biografię Chrisie Wellington. O dziwo zauważyłem między nami sporo podobieństw. Może niestety niekoniecznie w aspekcie dokonań czysto sportowych, ale zawsze. Po pierwsze ona, tak jak i ja, wywodzi się z pływania. I to by było na tyle jeśli chodzi o sport. Po drugie wciąż prześladuje ją pech.  Nie bez przyczyny otrzymała pseudonim „Muppet”. Co prawda jej brak fartu jest znacznie bardziej cielesny i zarazem bolesny. Mój za to boli wewnętrznie, bo odkąd pamiętam przyciągam pecha w kwestii przedmiotów martwych, które uwielbiają się psuć i to w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tym razem nie mogło być inaczej.

 

IMG 1165

 

Zanim na dobre poczułem jaki smak ma klimat górzystej pustyni w Nevadzie, jak zwykle musiałem trochę powalczyć ze sprzętem. To już chyba tradycja, że podczas zawodów zagranicznych zawszę musi mnie spotkać jakaś przygoda. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, skoro od najmłodszych lat uchodziłem za manualne beztalencie, a z ZPTów regularnie otrzymywałem ocenę mierną. Do dziś wbicie gwoździa stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, dlatego złożenie profesjonalnej maszyny z karbonu jest już zadaniem z kategorii kosmicznych podbojów. Mimo, że moi przyjaciele z Kolarskiego gruntownie mnie przeszkolili i wyposażyli w specjalne narzędzia, w tym klucz dynamometryczny (czy jakoś tak..) udało mi się dokonać rzeczy niebywałej.

Tuż po przylocie do LV, cały podniecony, przystąpiłem do składania roweru. Początkowo szło mi to wyjątkowo gładko. Zachęcony pierwszymi sukcesami musiałem się chyba zapomnieć, bo… ukręciłem śrubę w mostku przy użyciu magicznego klucza z miernikiem siły dokręcania. Przez głowę przeleciały mi wszystkie najgorsze myśli, z apokalipsą w tle. Podejrzewam, że podobnie czują się ludzie tuż przed spotkaniem z Najwyższym. Dla mnie w tym momencie tak idiotyczny defekt oznaczał ni mniej ni więcej, ale właśnie koniec. Cała misternie przygotowana operacja, która pochłonęła masę pracy i pieniędzy miała się zakończyć zanim faktycznie się zaczęła i to w tak tragikomiczny sposób?!

Przez kilka minut kląłem jak szewc, a do oczu napłynęły mi łzy. Później zaczęły się plany uratowania sytuacji. Nie wiem tylko czemu zacząłem od końca. Zamiast sprawdzić co faktycznie się stało, snułem fatalistyczne wizję rozwiercania nieszczęsnego mostka lub też nawet piłowania elementów ramy. Z tego obłędu przeszedłem do planów ściągnięcia uszkodzonych elementów z Polski. I kiedy już miałem dzwonić do kraju w poszukiwaniu „kuriera”, który mógłby mi je dowieźć, coś mnie tknęło i spróbowałem ukręconą śrubę wykręcić. Okazało się, że wyszła bez najmniejszych problemów.  Pozostało tylko zdobyć nową i mogłem śmigać. Po kilku godzinach znalazłem bardzo dobry i fachowy serwis rowerowy, ale przede wszystkim poczułem atmosferę tych niezwykłych zawodów. Byłem tak podbudowany i szczęśliwy, że nawet nie specjalnie się przejąłem gumą, którą złapałem tuż przed dojazdem do hotelu. Co prawda potem okazało się, że wszystkie zapasowe dętki, które ze sobą zabrałem mają za krótkie wentyle, a ja oczywiście zapomniałem wziąć przedłużki, ale w obliczu innych problemów uznałem, że limit pecha mi się wyczerpał i należy się cieszyć z tego co mam.

Skłamałbym mówiąc, że całe Las Vegas żyje Mistrzostwami Świata IM 70.3 . Vegas żyje same sobą czyli światłami neonów zachęcających przybyszów z całego świata do wydawania pieniędzy w swoich podwojach, od kasyn począwszy, przez wątpliwej jakości rozrywkę sceniczną do rozrywki najwyższych lotów z paniami o niewątpliwej reputacji.  Ale zawody tylko z nazwy odbywają się w  Vegas. W rzeczywistości główną areną tego wydarzenia jest przedmieście Henderson oraz gigantyczny Park otaczający jezioro Mead, jeden z największych sztucznych zbiorników na świecie. Dodam, że słowo park można mylnie zinterpretować i z naszym swojskim parkiem ma niewiele wspólnego. A to co na pewno go odróżnia od polskich parków to kompletny brak drzew. Mówiąc kompletny mam na myśli wielkie zero. Jest za to bezkresna kamienna pustynia i niezliczone mniejsze i większe złowrogie góry. Generalnie krajobraz rodem z księżyca, z tą drobną różnicą, że tutaj przyciąganie ziemskie dobitnie daje znać o sobie, szczególnie podczas niekończących się podjazdów, który niejednemu w niedzielę wyciśną łzy z oczu. Kiedy dodamy do tego temperaturę przekraczającą 40 stopni C i suche powietrze, robi się naprawdę groźnie.

Już podczas pierwszej 30 kilometrowej przejażdżki zrozumiałem, że nieludzki upał będzie naszym największym wrogiem. PO kilkunastu minutach jazdy woda w bidonie była tak gorąca, ze parzyła w podniebienie. Profil trasy jest zdradliwy. Najpierw wyciskasz z siebie resztki sił, żeby pokonać dość stromy, ale przede wszystkim długi i monotonny podjazd, a za chwilę musisz wykrzesać z siebie jeszcze trochę energii, żeby rozkręcić na zjeździe swój rower do niemal 80 km/h. Dzięki temu kolejny podjazd przynajmniej częściowo pokonasz siłą rozpędu. To oznacza, że serce szaleje, skronie pulsują, a  pot zalewa okulary. Zapomnijcie o Suszu 2012, tegorocznym Ślesinie czy Gdyni. Las Vegas to zabawa w piekarniku, jakiś okrutny żart, eksperyment, który dla nas, ludzi z zimnej północy jest szczególnie podły. Jakby tego było mało, na trasie krajobraz niemal się nie zmienia, scenografia rodem z Westernów. Nawet jakieś dziwne ptaszyska krążą nad samotnymi kolarzami, licząc, że któryś z nich w końcu padnie z wycieńczenia i stanie się idealnym kandydatem na padlinę.Nawet jeśli komuś uda się przetrwać 90 km pustynnego rollercostera, później wcale nie zapowiada się łatwiej. Trasa biegowa położona w samym sercu Henderson to ciągłe podbiegi i zbiegi. Tak aby  umęczone nogi zawodników nie zapominały, że to nie są wczasy w tropikach. Krótka nieuwaga, niewystarczająca ilość pochłoniętych napojów w bufecie, tutaj może  skończyć się tragicznie.  Przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy godzinna przebieżka zamieniła się heroiczną walkę o przetrwanie. Spalone plecy, delikatne odwodnienie i słony osad na spuchniętych ustach to i tak najniższy wymiar kary.

 

IMG 1044

Wracając do atmosfery to Henderson już na 10 dni przed zawodami było stolicą światowego triathlonu. To czuć i widać. W mieście nie brakuje flag Ironmana ( trochę jak w Gdyni na Świętojańskiej) . W Stanach też hasło Ironman i triathlon mają zupełnie inny wymiar. Ktokolwiek dowiaduje się jaki jest cel naszego przyjazdu tutaj, od razu podchodzi do mnie i innych zawodników z respektem. Mieszkańcy Henderson są ewidentnie dumni z bycia gospodarzem tej imprezy i chętnie pomagają. Jednak największe wrażenie robią setki zawodników, którzy już na wiele dni przed startem zjechali do Nevady i szlifują swoją formę. Niemal na każdym odcinku trasy rowerowej i biegowej mijamy się z triathlonistami z całego świata. Atmosfera jest bardzo przyjazna i widać dużą chęć do pomocy i współpracy. Pierwszego dnia trenowałem z Francuzem z M45, dzień później pod swoje skrzydła wzięła mnie zupełnie bezinteresownie grupa Brytyjczyków z Walii, którzy nie tylko pokazali mi dokładnie trasę, ale jeszcze częstowali swoimi izotonikami i batonami. Epicentrum całego zgiełku jest jednak publiczny odkryty basen, znajdujący się przy samej strefie T2 i mecie. Tam na kilkunastu torach ćwiczy kwiat światowego triathlonu obok age grouperów o różnym poziomie zaawansowania. Sam byłem w szoku, kiedy na torze obok pewien sympatyczny rudzielec dublował mnie chyba z 10 razy, chociaż za wszelką cenę chciałem dotrzymać mu kroku. Później dowiedziałem się, że to czołowy szkocki PRO. Generalnie nawet wśród amatorów widać, że poziom jest bardzo wysoki. Wygląda na to, że  raczej nie ma tu przypadkowych ludzi. To widać po sprzęcie, technice pływania, jazdy na  rowerze, a nawet sylwetce.  Odnoszę wrażenie, że spośród wszystkich uczestników jestem największym grubasem, bo pozostali wyglądają jak krewni Andreasa Realerta i szczycą się sześcioma procentami tłuszczu w organizmie.

Jedyna rzecz, która rzeczywiście jest problemem to jedzenie. Amerykańska kuchnia jest dla sportowców nieakceptowalna. Za namową innych zawodników ograniczam się do spożywania potraw azjatyckich i włoskich, ale i one sprawiają, że mój żołądek prosi o litość. GMO i inne świństwa wsypują tu chyba nawet do wody mineralnej.

Do Vegas powoli zjeżdżają się pozostali Polacy.  Trenowałem już z Rafałem Fazanem, ale wciaż nie możemy się spotkać z Ojcem Redaktorem. Chyba coś knuje i potajemnie trenuje, żebym nie rozgryzł jego taktyki.  Dziś czyli w środę, robię ostatni większy trening i powoli zaczynam wypoczywać przed niedzielą.  

Szczerze mówiąc jestem przerażony i kompletnie nie wiem jak mój organizm zareaguje na tak ekstremalne wyzwanie. Na razie cieszę się, że mogę w tym uczestniczyć. Ale jak napisał mi Piotrek Netter – od jutra mam koncentrować się na wypoczynku i …nadchodzącym bólu.  W niedzielę rano będę cierpiał tak jak niemal 2000 sportowców z całego świata. A po południu, mam nadzieję szczęśliwy rozpocznę kilkutygodniowy okres roztrenowania i odpoczynku od triathlonu. I obiecuję, że się upiję. Szału pewnie nie będzie. Dwa piwa i po temacie. No chyba, że to będzie Bud Light!

16 KOMENTARZE

  1. Powodzenia Macku! Z jednej strony każdy normalny facet zazdrości takiego startu z drugiej jak pomyśle o panujących warunkach to słabo mi sie robi;)

  2. Powodzenia…!

    Dla Ojca Dyrektora tez, a co niech tez pokaze klase i ze Polacy nie gesi i swoich agegroup’erow tez maja…!

    Kamil

  3. No i już straszy tym upałem, jakby to miało być jakieś wytłumaczenie dla potencjalnej klęski 😛 … No dobra przyznaje się, że przeraża mnie ten opis upału mimo, że siędzę tutaj w Polsce. Powodzenia Macieju! Trzymaj się izotoników i może się uda. Co w ogóle znaczy uda się w takich warunkach?

  4. 21. kwietnia ubiegłego roku biegłem w tych rejonach Labor of Love Marathon. Rano zimno, start o 7.00, kończąc po 3godz. i blisko 3 kwadransach, to na termometrze było już 30 st.C. Powodzenia, klimat jest Twoim największym przeciwnikiem.

  5. Pozdrawiam z Kataru i łączę się w bólu wysiłku w takich warunkach. Z mojego już dwumiesięcznego doświadczenia z treningów w ekstremalnym upale wynika, że dużo lepiej jest mocno zjechać z tępem niż się przegrzać, bo przy takim upale nie ma szans na ponowne schłodzenie w sensownym czasie i bez użycia AC. Zimna woda wylana na nogi uzdrawia! Powodzenia!

  6. Maciek, powodzenia! Potraktuj to jako lekcję oraz przygodę życia i baw się dobrze 😉
    Czy ktoś wie czy gdzieś będzie jakaś transmisja z zawodów, tak jak to było w przypadku MŚ IM z Kona? Jakiś czat jest planowany?

  7. ..krewni Andreasa. To mi się podoba :)))) dzięki za fajny środowy felieton i TRZYMAJ SIĘ RAMY!!!!!!!!!!!!!!
    Życzę powodzenia i bez klepania w dupę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here