„Wyjdź z rowerem na zewnątrz”, czyli pożegnanie z trenażerem!

8

Zima się skończyła… podobno. Dla większości trenujących był to sygnał, że należy porzucić „jazdę” w domowym zaciszu z uporczywym wpatrywaniem się w ścianę, telewizor lub podłogę. Koniec treningu mentalnego. Nie ma to jak poczuć wiatr we włosach… rzecz jasna w przenośni, bo oczywiście wszyscy jeździmy w kaskach! Wiosna, która przyszła jest na razie taka sobie i oczywiście zawsze można znaleźć powód, żeby po raz kolejny zapiąć rower do trenażera i „jazda”. Kadencja 90, prędkość 30 km/h, od czasu do czasu trening szybkości, od czasu do czasu trening siły. Symulacja podjazdów. Pomiar mocy. Treningi po 60, 90 i 120 minut. Nigdy w życiu nie przejechałem zimą tyle na rowerze. Ok. 1600 km w 3,5 m-ca. „Nie podawaj, ile kilometrów przejechałeś na trenażerze!!!”  – dźwięczą mi w uszach słowa profesora Artura Pupki. Ważny jest czas spędzony na rowerze. „Mówienie o kilometrach przejechanych na trenażerze wśród kolarzy, to jak jazda z nieogolonymi nogami”. Podobno obciach. Dobrze. Było ok. 55-60 h. Dla zawodowca to śmieszna objętość, dla mnie, amatora zaczynającego swoją przygodę z tri, to dużo!

 

Trenażer, choć wydawać się może nudny, uzależnia. Trening robimy szybciej, wygodniej, możemy się rozpędzić i nie zważać na drogę. Nie ma skrzyżowań, czerwonych świateł, samochodów, pieszych, nie chwiejemy się na boki, chcę nam się pić to sięgamy po butelkę stojącą nieopodal, jak bolą plecy to siadamy wygodnie wyprostowani i nadal „efektywnie” pedałujemy. Ale co to ma wspólnego z jazdą na rowerze? Podobno niewiele. „Dopiero jak wyjdziesz na zewnątrz, to poczujesz rower”. Od paru tygodni to z jednej to z innej strony (najczęściej z jednej) słyszałem… „wyjdź z rowerem na zewnątrz!”  

Nie wyjdę. Bo zimno. Bo pada. Bo ruch. Bo nie mam czasu. Bo nie! Wyjdę… jak sam uznam, że to już czas i pogoda się poprawi. Mój 5-letni syn jak mu „wiercę dziurę w brzuchu” w jakiejś sprawie, to oczywiście „staje okoniem”. Ciekawe po kim to odziedziczył? Na początek weekendu 2 i 3 maja przejechałem łącznie 3,5 h… na trenażerze. A może ja się boje jazdy w realu? A może boje się konfrontacji „formy” wypracowanej na trenażerze z rzeczywistością? A jak się okaże, że te kilometry… ups… godziny! spędzone na siodełku w domu nic nie dały? Załamałbym się. Zachowywałem się jak chory, który nie chce poznać prawdy, choć ta niewiedza wcale nie zmienia rzeczywistości. Oczywiście jeździłem na rowerze w ubiegłym roku niemało, ale głównie na „góralu”, a „szosę” kupiłem dopiero pod koniec lata i jazdy było tyle, co kot napłakał.

Na weekend majowy mocna grupa pojechała trenować do Szklarskiej Poręby, więc była motywacja „sms’owa”. Na porządku dziennym były sms’y o przejechaniu 100 i więcej km po górach. Odpisując na jednego z nich nieopatrznie wspomniałem, że wybieram się na „Fuerte” za/na tydzień z rodziną, więc muszę trochę mocniej popracować nad rowerem teraz, bo tam będę mógł tylko biegać i pływać. I zaczęło się. Pierwszy był Artur Pupka, dołączył Łukasz Grass. „Jedziesz na Fuertę? Poważnie?!? Ma być rower i basta!” Jak nie będzie, to mogę się nie odzywać! Tylko rower! To trzeba wykorzystać! Ale skąd ja wezmę rower? Wypożycz! Ale ja jadę z rodziną na wakację, a nie na obóz! „Wstajesz o 6 rano, 3h jazdy, wracasz na śniadanie, nikt nie zauważy.” Proste.

Po dwóch godzinach miałem już namierzoną wypożyczalnie rowerów. Po kolejnych rower był już zarezerwowany. Żona na chwilę zamilkła, ale ustaliliśmy, że to będzie prezent na moje urodziny (od wczoraj mogę pełnoprawnie używać cyferki 43). To dało mi taki zastrzyk motywacji, że na niedzielę 5 maja zaplanowałem rower na zawnątrz, tym bardziej, że prognoza była optymistyczna. W końcu jak mam jeździć na Fuercie, to muszę sprawdzić, czy w ogóle warto rower wypożyczać. Wcześniej musiałem zmienić tylne koło w rowerze (na szczęście na trenażer mam osobne koło z oponą!) i uzupełnić powietrze. Przydała się kupiona tydzień wcześniej pompka. Zamontowałem też czujnik kadencji i uchwyt na zegarek na kierownicę. Ufff. To jest maksimum moich możliwości technicznych. Pogoda sprawdziła się. Było słonecznie. Wyjechałem. Pierwsze metry blisko domu. Trzymam się w siodle. Ufff. Jadę dalej. Na początek dwa razy kilkukilometrowa pętla z podjazdem (okolice Szyndzielni/Dębowca w Bielsku-Białej), którą pokonywałem w ubiegłym roku. Tętno na pierwszym podjeździe skacze do 160, a na trenażerze w porywach dochodziłem do 155 przy „ciężkiej” jeździe. Do odważnych świat należy. Jadę dalej. Żona z synem jako lotna brygada „pod telefonem” w razie nieprzewidzianych trudności. Jadę przez Wapienicę, Jaworze, Jasienicę i tzw. „starą drogą” do Skoczowa przez Świętoszówkę (teraz równolegle biegnie droga ekspresowa – „stara droga” jest znana z tego, że zimą często była nieprzejezdna – „górki” skutecznie zatrzymywały auta ciężarowe bez łańcuchów na kołach). To było szaleństwo, bo przejechanie tego odcinka wiązało się z powrotem tą samą drogą. Udało się w jedną stronę, musi udać się w drugą. Same podjazdy nie są bardzo strome, ale cała droga przypomina roller coaster. W drodze powrotnej jeszcze wjazd do Jaworza, powrót do drogi głównej i w okolicę domu. Na koniec jeszcze raz pętla, od której zacząłem.

 

Stajszczyk wykres_rower
Razem wyszło 65 km w ok. 2,30 h. Średnie tempo (uwzględniając dwa krótkie postoje – razem ok. 5-6 min, światła i ruch na drodze) wyniosło 25,5 km/h. Średnie tempo aktywnej jazdy ok. 27 km/h. Prędkości na prostych były zdecydowanie większe, ale nie chce zapeszać. Średnie tętno – II strefa. Średnia kadencja ok. 80, ale wliczając zjazdy, natomiast aktywna jazda z pilnowaniem kadencji 90 łącznie z podjazdami. Zmęczenie akceptowalne. Wiatr przez całą drogę „kręcił”, nie był mocny, ale wyraźnie odczuwalny. Jedyny poważny minus treningu to brak odpowiedniej ilości płynów i zupełny brak jedzenia/żeli, bo nie planowałem tak długiej jazdy. Całość zrobiona na jednym bidonie 0,7 l. Dostało mi się już za to od Artura i Łukasza, więc proszę o litość. Więcej tego nie zrobię. Obiecuje!

To była moja pierwsza prawdziwa jazda w tym roku, pierwsza tak długa jazda w życiu! Co mogę powiedzieć? Wyjdźcie z rowerem na zewnątrz!!! FUERTA! I AM COMING!

8 KOMENTARZE

  1. Wczoraj skonczylo sie na wieczornym bieganiu… jakoś głupio mi było rower zapiąć w trenazer;) A dzisiaj już w drodze do Warszawy i jak zwykle w pociągu jest albo gorąco albo zimno normalnej temp w wagonie bezprzedzialowym nie mozna ustawić… tak mówi obsługa;)

  2. Marcin, dla Ciebie był przygotowany inny wariant, 5h było dla mnie;) dla Ciebie myślałem o jakiś 2.5-3, ale po tych zmarszczkach bardziej na południe:)

  3. Dziekuje za wsparcie!;) Lukasz zona mówi zebym nie myślał ze pozdrowienia od Grassa coś mi dadzą;))) Artur hahaha jeszcze długo będę oglądał Twoje plecy na horyzoncie… jak w ogóle sie uda Cię zobaczyć po wyjściu z wody:))) Paweł nie żałuje przecież ja bym umarł po 5 h jazdy na pierwszy raz ale moze kiedyś moze:))) Marcin No właśnie u mnie dzisiaj leje od rana i nawet grad był to chyba lepiej coś pokrecic w domu niż wcale. A co do mojej tolerancji na krzesło po treningu to nie wiem nie siedzę w domu na krześle ale poważnie to żadnych problemów kupiłem nowe spodenki z taka wkładka ze sam jestem w szoku:)))

  4. @Marcin K., determinacja niesamowita, ja wyszedłbym na deszcz, trenażerem już ******;) chyba kupię rolki na kolejną zimę

  5. A ja wczoraj po szkoleniu w Krakowie mając do wyboru jazdę w deszczu pomiędzy samochodami albo 90′ na trenażerze w fajnie opuszczonej hotelowej siłowni wybrałem to drugie. Film na kompie i rolki załatwiły sprawę nudy. Generalnie rolki jednak dają większą frajdę niż trenażer. Ale popieram Profesora – Marcinie czas na dwór!

  6. Marcin, takie fajne miejsce a Ty na trenażerze…lepiej późno niż wcale;) żałuj, że nie zdecydowałeś się w sobotę, zero mżawki, w miarę ciepło, sucho i nawet jakieś zmarszczki się znalazły:)

  7. Kropla drazy kamien…:) Brawo za opuszczenie trenazera! Wiek zacny-gratulacje! Za 2 lata wejdziesz w moja Age Group… Widzac Twoje metodyczne podejscie do treningow i zawzietosc cale szczescie, ze Ci “uciekne” i bede sie rozkoszowal startami w wyzszej grupie:))

  8. Po pierwsze – WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO! Życzenia spóźnione, ale szczere.

    Po drugie – brawo za odstawienie w kąt trenażera i brawo za pierwszy tak długi trening na szosie :-)) ciekaw jestem, czy Pan Doktor mógł później swobodnie usiąść na krześle :-)))

    A po trzecie – BRAWO za decyzję o rowerze na Fuertę…będzie się działo!!! pozdrowienia dla żony :-)))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here