“Bezpiecznik”. Ironman dla zuchwałych #4

9

W poprzedniej części wspominałem o tym, że 9 tydzień treningów będzie momentem w którym pokuszę się o refleksję i popatrzę z lotu ptaka na to, co za mną oraz na to, jak rysuje się perspektywa kolejnych etapów przygotowań. Patrzyłem, oglądałem, analizowałem… nic specjalnego nie wychwyciłem. Po chwili zaniepokojenia i poczucia niedostatku zrozumiałem, że tak właśnie powinno być.

Ten okres mogę odkreślić jako w pełni zrealizowany plan zarówno pod względem jakości treningów, diety, nastawienia, ale także rosnącego apetytu na więcej. Rozpocząłem 10 tydzień i… no właśnie, sam nie rozumiem, co się stało. Po raz pierwszy realizowałem trening bez zaangażowania, bez radości jaką dotychczas odczuwałem, wręcz z niechęcią. Z jakichś powodów nagle moja pamięć zaczęła przywoływać te wszystkie pytania, które czasem słyszę – po co Ci to? Co Ci to da? Nie boisz się? A co jak się nie uda?

Myślę, że mógł to być jeden z momentów, w których zadziałał przygotowany przeze mnie „bezpiecznik”. Bezpiecznik w postaci moich publicznych deklaracji co do tego, że wkładam całe serce i 100% moich możliwości, aby zrealizować założony cykl przygotowań, które mają mi umożliwić ukończenie pełnego dystansu IRONMANA po zaledwie 34 tygodniach przygotowań. Nie mogę stwierdzić, na ile w tym konkretnym momencie wspomniane przeze mnie zabezpieczenie pozwoli mi przetrwać, i czy bez niego bym się podniósł czy nie. Nie wiem tego przede wszystkim dlatego, że jeszcze w tym trwam. Jest nieporównywalnie lepiej, ale jeszcze nie mogę powiedzieć, że stoję wyprostowany na bieżni gotowy do zdobywania świata.

Właśnie sobie uświadomiłem, że w poprzednim zdaniu użyłem słowa „jeszcze”.  Zrobiłem to zupełnie nieświadomie, ale teraz jestem już pewien, że światełko w tunelu, jakie się tliło, nie jest zwiastunem nadjeżdżającej lokomotywy, z którą przyjdzie mi się zderzyć. To zapowiedź tego, co będzie dalej. Będzie dobrze! Teraz jestem już pewien, że to mija.

Ten 10 tydzień to chyba najcenniejsza lekcja, jaką dotychczas otrzymałem w trakcie moich przygotowań. Myślę, że to najważniejszy ze wszystkich dotychczasowych tygodni i bardzo ważny egzamin. Pod względem efektywności treningów i rozwijania moich fizycznych możliwości to nie był właściwie wykorzystany czas. Kompulsywnie pożerane przeze mnie tysiące kalorii niemal każdego dnia w tym tygodniu, z całą pewnością nie służą mojemu ciału. 600 gram masła orzechowego, 2 litry lodów (wegańskich, a jakże), kilka batonów proteinowych i tabliczka czekolady to uzupełnienie mojej „diety” w trakcie tylko jednego dnia. Oczywiście dbałem o właściwe nawodnienie, bo to przecież ważne dla zdrowia…no dobra, musiałem dużo pić, bo inaczej bym tego nie przełknął. To był jakiś matrix, forma samounicestwienia czy nawet gwałtu na własnej ambicji.

Właściwie to mógłbym o tym nie pisać, a zamiast tego pochwalić się tym, jak nieskazitelnie perfekcyjnie przebrnąłem przez kolejny etap przygotowań, tylko że to nie byłoby moje. Nie jestem lepszy od innych ludzi, nie zawsze jestem miły, popełniam błędy, strasznie się pocę podczas treningów. Ba! Czasem nawet zdarza mi się, że z jakichś powodów nie zadziała mój antyperspirant, a wówczas…

Myślę, że otacza nas zbyt wiele fikcji i fantazji, zbyt wiele wykreowanych nierealnych ideałów, a to czego nam dzisiaj najbardziej brakuje to prawda. Niestety wszyscy czasem dajemy się na to nabrać, ale to nie znaczy, że mamy to mnożyć. Myślę, że w jakimś stopniu ten 10 tydzień to efekt między innymi zatracenia się przeze mnie w tym świecie baśni i fantazji. W świecie wszechogarniającej nas fikcji, która po skonfrontowaniu np. z tym co widzę w lustrze w poszukiwaniu „sześciopaka”, albo w porównaniu czasu w jakim pokonuję 10 długości basenu vs. czas w jakim robią to inni triathloniści, sprowadza mnie do parteru. Pisząc to teraz, śmieje się sam z siebie, jak dałem się podejść, ale jeszcze kilka godzin temu wcale nie było mi do śmiechu. Znacie to? No właśnie.

Warto mieć świadomość tego, że wszyscy mamy prawo do popełnienia błędów i wszyscy je popełniamy – bez wyjątków. Każdemu zdarzają się słabsze dni i potknięcia, ale nie możemy ich traktować jak początek końca. Nie możemy traktować tego w taki sposób, że teraz to już nie ma sensu, i tak nie dam rady. Trzeba się podnieść, otrzepać i iść dalej – to jest bardzo ważna nauka, której w szkole niestety nie nabędziemy.

U mnie z jednej strony zadziałał wspomniany wyżej „bezpiecznik”, z drugiej strony uważność, którą staram się nieustannie rozwijać. Mi osobiście bardzo pomaga koncentracja na oddechu oraz zwracanie uwagi na to, co dzieje się w umyśle i ciele, ale bez wyciągania żadnych wniosków. Brzmi znajomo? Tak, to medytacja.

Dużo myślałem o tym, czy na to wszystko nie nakłada się małymi krokami przetrenowanie. Kiedyś już tego doświadczyłem i jestem na to bardzo wyczulony, w związku z czym ten 10 tydzień postanowiłem ukończyć inaczej niż wynika to z planu treningowego. Podarowałem sobie 2 dni odpoczynku, poza tym w pozostałe dni tylko pływałem i to wyłącznie skupiając się na technice, bez forsowania organizmu. Mimo wszystko myślę, że największą trudność sprawia mi jednak trzymanie rygoru, działania zgodnie z założonym planem i harmonogramem. Wydaje mi się, że ja należę do ludzi, którzy w specjalny sposób potrzebują swobody i możliwości improwizowania. Trzymanie się ściśle określonych zasad, schematów, planu treningowego, rygoru dietetycznego, rygoru związanego ze snem i regeneracją to dla mnie trochę „łamanie kręgosłupa”. Teraz z perspektywy tych kilku tygodni widzę, że sprawia mi to ogromną trudność. Chyba zaczynam powoli rozumieć, dlaczego niektórzy twierdzą, że po ukończeniu pełnego dystansu Ironmana potrafi trwale zmienić człowieka. Myślę, że przejście drogi prowadzącej do Ironmana i to bez względu na to czy ona trwa 9 miesięcy czy kilka lat, jest nierozłącznie związane z tym, że trzeba nauczyć się systematyczności, obowiązkowości, ustalania priorytetów i innych niezbędnych umiejętności. Myślę, że to potrafi w jakimś stopniu wręcz modyfikować nasz charakter.

Niezamierzenie ten tekst zrobił się bardzo „filozoficzny”, ale myślę, że czas jest wyjątkowy i sprzyja refleksjom i takiemu uzewnętrznianiu tego co w środku.

W kolejnej części felietonu postaram się pokazać na cyfrach to, co do tej pory działo się podczas moich przygotowań. Podsumowując ten okres mogę powiedzieć, że 10 tygodniowa rozgrzewka się skończyła, a teraz nadszedł czas na zaprzyjaźnienie się z prawdziwym bólem, zmęczeniem, ale i progresem.

Poczułem ogromną ulgę – wróciłem na ziemię.

Szczęśliwego Nowego Roku!

9 KOMENTARZE

  1. Twoje teksty straszliwie pasują do opisu mojej osoby. Właściwie mógłbym je podpisać własnym nazwiskiem. Mam nadzieję na spotkanie na starcie 8 sierpnia.

  2. Witaj Kolego.
    Przeraziło mnie to menu jakie przedstawiłeś. Ja bym nie dał rady. Czekam na dalsze wieści.

    Stanisław

    • Na pewno nie jest to wzór do naśladowania… Myślę, że osób którym takie rzeczy się przytrafiają jest więcej i może komuś będzie raźniej kiedy zobaczy, że nie jest jedynym 🙂

  3. Tak, jak już napisała Ewelina – szacun za szczerość.
    Tomek, dla jednych jesteś bohaterem, dla innych “wariatem”, a dla mnie facetem, który ma hobby i cel, który chcesz zrealizować.
    Tak trzymaj. Wierzę, że osiągniesz to, co zamierzyłeś. Ironman będzie Twój.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here