Historia jak z filmu! Przeczytajcie koniecznie. Konkurs.

0

Od redakcji: rzutem na taśmę do naszej redakcji przyszły jeszcze 3 prace konkursowe. W Suszu podczas zawodów 7 lipca ogłosimy uroczyście, kto wygrał reprezentacyjny zegarek Ironman Timex. Inspirowani felietonem Macieja Dowbora prosiliśmy Was o nadsyłanie swoich przemyśleń dotyczących trenowania triathlonu, obecności tej dyscypliny sportu w Waszym życiu – jak udaje się Wam pogodzić trenowanie z pracą, życiem rodzinnym, nauką, wyjazdami na zawody. Autor najlepszego tekstu zostanie nagrodzony reprezentacyjnym zegarkiem Ironman Timex o wartości prawie 500-set złotych. Dziś tekst, który  nadesłała Anna Drezer. To historia widziana oczami kibica.

 

Nasz pierwszy triathlon (mój i Tobiasza) będę pamiętać prawdopodobnie do końca życia. Były to zeszłoroczne zawody w Suszu – Susz 2011. Mojego nazwiska nie było wśród listy zawodników – nie dałabym rady wziąć udziału w takich zawodach. Nie mam w sobie tyle samozaparcia, jak Tobi – mój ówczesny chłopak, a obecnie przyszły mąż. On jest tak uparty, że jakby bardzo chciał, to dostałby się na księżyc na latającym dywanie. Do zawodów w Suszu przygotowywał się pół roku każdego dnia tygodnia – sam. Bez żadnego trenera, bez żadnych współtowarzyszy, opierając swoje treningi jedynie na wiedzy zaczerpniętej z Internetu i wyczytanej w książkach. Może nie było to najlepsze posunięcie z jego strony, ale wiedziałam, że da radę – w końcu to On – człowiek, który nigdy nie daje za wygraną. Po codziennych harówkach nadszedł dzień, w którym tak bardzo pragnął udowodnić (przede wszystkim sobie), że jest człowiekiem z żelaza. Podróż z Wrocławia do Susza miała nam zająć ok. 6,5 godziny jazdy samochodem. Specjalnie na dzień 10 czerwca 2011 roku wzięliśmy wolne w pracy i z samego rana koło szóstej rano spakowaliśmy do naszego auta swój cały ekwipunek w postaci roweru, pianki, odżywek i wielu innych triathlonowych niezbędników. GPS ustawiony na kierunek Susz i ruszyliśmy w drogę!

 

Jechało się…nienajlepiej – polskie „autostrady” pozostawiają wiele do życzenia, a na dodatek jak to bywa z GPS’ami – potrafiliśmy jechać zakręconymi polnymi drogami, które nie polepszały naszego komfortu jazdy. Ale z biegiem czasu, pokonywaliśmy coraz więcej kilometrów i byliśmy coraz bliżej – 100 km, 80 km, 50 km do celu. Tak! Zaraz będziemy na miejscu jeszcze 30 km – pragnienie Tobiasza, aby być już na miejscu było tak silne, że przysłoniło jego czujność na drodze. Polna droga, dookoła same drzewa, przekraczamy dozwoloną prędkość, skrzyżowanie, na którym tracimy pierwszeństwo, a z przeciwka – na drodze z pierwszeństwem – nadjeżdża rozpędzony samochód. Chwila, sekunda, moment… Oba samochody potwornie rozbite i rozrzucone po bokach ulicy. Nasz i nadjeżdżającego kierowcy. Adrenalina w moim organizmie osiągnęła apogeum. Natychmiast odpięłam swoje pasy i próbowałam jak najszybciej wysiąść z samochodu, krzycząc do przytomnego Tobiasza, aby zrobił to samo. Moje drzwi były zablokowane, musiałam wysiąść drugimi – od strony kierowcy. Tobiasz natychmiast pobiegł udzielić pomocy poszkodowanemu drugiemu kierowcy. Na szczęście ten wysiadł o własnych siłach. Nikomu z nas nic poważniejszego się nie stało i nikt nie trafił do szpitala. Muszę przyznać, że widok zmasakrowanych samochodów był okropny, ale jeszcze potworniejszy był ból w oczach mojego mężczyzny, w których widziałam ogromną rozpacz, ponieważ jego szanse na wzięcie udziału w zawodach i spełnienie jego marzeń spadły do zera. Wiedziałam, że o niczym innym teraz nie myśli, jak o straconych zawodach – stał jak słup i patrzył na samochód, który absolutnie nie nadawał się do dalszej jazdy.

 

Byliśmy cali i zdrowi, nie licząc zadrapań i siniaków po pasach. Teoretycznie mieliśmy nadal szansę wziąć udział w triathlonie. „O nie! Zrobię wszystko, abyś wziął udziału w tych zawodach! Uda się! Obiecuję!” – zapewniałam go wielokrotnie podczas oczekiwania na przyjazd policji. Nie było mowy o panice z mojej strony – musiałam zachować czysty umysł dla dobra sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Wiedziałam, że los tych zawodów leży w moich rękach. Zaraz po telefonie pod 112, wykonałam telefon do swojego ojca – człowieka, który jak nikt inny zawsze wie, co trzeba w danej sytuacji zrobić. Zgodnie z moim oczekiwaniem otrzymałam niezbędną mi otuchę oraz zapewnienie, że razem ogarniemy ten bajzel. Następnym moim krokiem był telefon do właściciela gospodarstwa agroturystycznego w Laskowicach, u którego mieliśmy się zatrzymać na nocleg. Poinformowałam go o zaistniałej sytuacji. Bardzo się przejął i natychmiast zaoferował, że przyjedzie po nas i zabierze do Laskowic. Reszta potoczyła się już po mojej myśli. Okazało się, że wszystkie pokoje w gospodarstwie zostały wynajęte przez zawodników startujących w Suszu. Wśród nich pojawiła się grupka trzech zaprzyjaźnionych ze sobą „triathlonowych” rodzin. Bez najmniejszego problemu na drugi dzień wpakowali nasz rower oraz resztę tobołów do swojego vana i zabrali nas na zawody. Pamiętam, że 11 czerwca 2011 świeciło piękne słońce, a dzień zapowiadał się na gorący. To ciepłe powietrze niesamowicie dobrze koiło moje przeżycia z poprzedniego dnia. Pamiętam, jak Tobi z radością przymierzał swój pas startowy. Wiedziałam, że będzie dobrze! Cel osiągnięty! Jesteśmy na zawodach! A to, jak wrócimy do domu, nie miało już tak wielkiego znaczenia – liczyło się tylko tu i teraz. Na „swoim” pierwszym triathlonie nie nudziłam się ani przez chwilę – mimo, że nie byłam jego zawodniczką. Oprawa całej imprezy była wspaniała! Niezwykli konferansjerzy co chwila zaciekawiali swoimi historiami i relacjami z postępów zawodników. W międzyczasie namiętnie fotografowałam, bacznie obserwowałam pokonywane kilometry przez Tobiego, z szerokim uśmiechem patrzyłam na konsumpcję kanapki w strefie zmian przez Tomasza Karolaka oraz podziwiałam zmagających się z upałem triathlonistów – ludzi z żelaza. A na koniec wisienka na torcie – widok przebiegającego przez metę Tobiasza po 6 h i 17 minutach od sygnału startu, a następnie dumnie prezentujący się medal na jego piersi.

 

Co było z nami dalej?

Rozbite auto wraz z nami dotarło do naszego rodzinnego miasta na lawecie. Badania kontrolne jakie wykonaliśmy po powrocie nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Tobiasz po 2 tygodniowej przerwie rozpoczął kolejne treningi do wrześniowych zawodów w Borównie. Pomyślałam, że za taką postawę należy mu się koszulka, która będzie dobrze oddawała charakter jego i tych wszystkich innych osób zmagających się z samym sobą na zawodach w Suszu. „Made of Iron” – to slogan, który tworzyłam z myślą o Tobiaszu i pozostałych triathlonistach. Zrobiłam, wysłałam i … wygrałam!

Anna Drezner

 

P.S. Pragnę jeszcze raz gorąco podziękować za ofiarowaną nam pomoc panu Pawłowi Rzemieniecowi z Gospodarstwa Agroturystycznego Figlówka oraz ekipie Mariusza Sowińskiego, którzy pomogli nam stawić się na linii startowej zawodów w Suszu. Dziękuję z całego serca!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here