Jedna jaskółka…?

Mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Tak naprawdę, to jaskółek jeszcze w tym roku nie widziałem, ale obserwowałem już (od końca lutego) powracające masowo na północ gęsi, przyleciały już do nas (ze 2 tygodnie temu) żurawie, szpaki, a na dzisiejszym, porannym treningu biegowym pierwszy raz słyszałem ten pokręcony, zwariowany śpiew skowronków.  Jeśli natomiast chodzi o jaskółki, to zaobserwowałem – u siebie – jedną, niewielką „jaskółkę’ biegową.

 

Wystartowałem (zgodnie z planem) w minioną sobotę w zawodach na 10 km w Lesie Kabackim, z cyklu Grand Prix Warszawy i (oczywiście) z okazji Dnia Kobiet. Mimo, że impreza była „tendencyjna’, moja małżonka nie wyraziła chęci udziału, więc przyszło mi samemu uganiać się za kobietami. W zasadzie nie miałem innego wyjścia, bo panie – z okazji swojego święta – zostały wystartowane jakieś 2-3 minuty przed brzydszą częścią stawki. Atmosfera luźna, kameralna, niemal rodzinna, pogoda – super, fajna okolica! Nic tylko biegać!

No to pobiegłem! Biegło się bardzo przyjemnie. Najpierw trochę ciasno (dość wąskie ścieżki), ale wkrótce „peleton’ mocno się rozciągnął i biegło się już swobodnie. Pierwszą połowę przebiegłem ciut szybciej, niż zalecał trener, ale za to drugą… pobiegłem jeszcze troszkę szybciej. Czyli tak, jak miało być 🙂 To nie było tak „do spodu’, „all out’, czy „w trupa’, ale czułem, że jestem na granicy, że jeśli pocisnę jeszcze bardziej, to może mnie za jakiś czas zacząć odcinać. Kilkaset metrów przed metą podbieg (no taki trochę) dał mi się we znaki, ale potem – gaz i meta! Zegarek pokazał 51:15. Wiem, wiem, wielu z Was biega nawet trochę szybciej rozbiegania. Ale i tak (niektórych) z Was dogonię! Muszę tylko troszkę „schóść’ 😉 Bekele to ze mnie na pewno nie będzie, no ale pewnie moje nogi ważą tyle, co cały Kenenisa 🙂 Ten bieg miał być sprawdzianem, pokazać, gdzie jestem. No i jestem dalej niż rok temu – zrobiłem wtedy ok. 54:00 min (fakt, że w trudniejszych warunkach). A te 51:15 to nowa życiówka 🙂 Taka trochę nieoficjalna, bo trasa bez atestu (zegarek zmierzył trochę mniej niż 10 km), ale za to lekko terenowa, na płaskim asfalcie byłoby szybciej. No i w ogóle fajnie! Zeszły rok miałem bardzo trudny i biegowo nie bardzo robiłem postępy, za to ciągle mnie coś bolało, ciągnęło, rwało, mrowiło itd.

 

Niby jedna jaskółka… itd. ale…  może jednak będzie w końcu wiosna? 🙂

 

 

A poza tym – cierpliwie (to największa cnota triathlonisty, niezależnie od poziomu) trenuję. Na basenie jakby trochę mniej tonę, a trochę bardziej płynę. Na trenażerze się nie nudziłem, ba! – prawie zdobyłem nagrodę! …Darwina… 😉 Dwa razy, w ferworze walki (kręcenie stojąc w korbach podczas telewspinaczki na Alpe  d’Huez), zaliczyłem glebę. Tak – na trenażerze. Za pierwszym razem podczas wcześniejszego kręcenia raz jedną, raz drugą nogą musiałem zwolnić dźwignię przytrzymującą koło, za drugim nie sprawdziłem, czy koło jest dobrze przykręcone do roweru. I… nie było. Można? Można! 😉

Poprzedni artykułzaczynamy przygotowania
Następny artykułNa głodzie

Powiązane Artykuły

4 KOMENTARZE

  1. Arek – ta cierpliwość to bardziej konieczność, niż wybór 🙂 Ale można nauczyć się podchodzić do sprawy hedonistycznie (a ten pierwiastek na pewno nie jest obcy mojej naturze) i dłużej cieszyć się przyjemnością z treningów i budowania formy (oby) 🙂 Trenujemy, żeby startować, a start to najlepszy trening, o czym już się przekonałem, bo ewidentnie trochę mi podbiło formę 🙂 Również pozdrawiam! 🙂

  2. Albin , szybko zaczales sezon startowy i to zyciowka ! Brawo! Zazdroszczę Ci cierpliwości , której nie mam ani troszkę . Pozdrawiam serdecznie 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

12,861FaniLubię
549ObserwującyObserwuj
0SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X