„Kompletnie zwariowałem na punkcie triathlonu” – Maciej Dowbor

Zbliżający się wielkimi krokami debiut w Suszu wywołuje we mnie skrajne doznania. Przede wszystkim odczuwam ekscytację. Autentyczne podniecenie, które objawia się kompletnym zwariowaniem na punkcie triathlonu. O Ironmanie, jego sensie, o najlepszych zawodnikach i historycznych wydarzeniach tej dyscypliny mógłbym mówić godzinami. Ciągle ściągam filmy z wielkich imprez z internetu, analizuję wyniki z poprzedniego sezonu, dzwonię do trenerów. Każdego chce zarazić swoim entuzjazmem i miłością do czegoś co niby jest poza zasięgiem przeciętnego śmiertelnika, a tak naprawdę każdy może to osiągnąć. Rozpoczęcie dyskusji o triathlonie nie jest trudne. Przyczynkiem do moich elaboratów są niewinne z założenia i mające raczej charakter troski pytania o moją dość wyraźną utratę wagę w ostatnim czasie. Biedni nieszczęśnicy nie zdają sobie jeszcze sprawy, że ich kurtuazyjna i powierzchowna zazwyczaj ciekawość skazuje ich na wielogodzinne męczarnie, w których usłyszą, zazwyczaj wbrew swej woli, całą historię naszej dyscypliny. Poznają abstrakcyjne nazwy, dane, odległości. Zanim pożałują swojej nadgorliwości, dowiedzą się o istnieniu kompletnie im obojętnych postaci takich jak Julie Moss czy też Craig Alexander. I kiedy będą chcieli wykręcić się po angielsku z objęć mojej obsesji, zdążę im jeszcze puścić na YouTubie epicki pojedynek Macca vs. Realert, licząc, że tak jak ja, będą patrzyć na tę scenę ze łzami w oczach. Czasem się zastanawiam, czy niektórzy ludzie nie zaczęli mnie już traktować jak świra, który oderwał się od rzeczywistości i funkcjonuje w jakimś swoim własnym świecie, z dala od trudów codziennego życia. Ale czy przypadkiem nie oto w amatorskiej odmianie naszego sportu chodzi? Czy jednym z niezwykle ważnych elementów treningu, przygotowań i koncentracji na celu nie jest właśnie puszczenia naszej energii, naszych emocji i zaangażowania na zupełnie inny tor? Czy właśnie nie po to trenujemy i budujemy sobie dalekosiężne plany startowe, żeby chociaż przez chwilę skupić się na innych wyzwaniach niż codzienne zmagania z prozą życia – karierą zawodową, domem, wychowywaniem dzieci, finansami etc. ?

 

Kiedy zaczynam myśleć o triathlonie, przestaję się stresować kursem franka, który od lat spędza mi sen z powiek, bo tak jak 700 tysięcy rodzin w Polsce, właśnie kredytem w tej walucie sfinansowałem zakup własnej nieruchomości. Kiedy wychodzę biegać, przestaję się zastanawiać czy w pracy wszystko ostatnio zrobiłem jak należy, czy ktoś docenia moje zawodowe zaangażowanie. Kiedy pływam nie myślę o problemach prywatnych, przestaję odczuwać negatywne emocje. Wypacam z siebie nienawiść, złość czy zawiść. Obolały i zmęczony po treningu spoglądam na codzienne sprawy z większym spokojem, wręcz chłodem. Decyzje, które podejmuję są co raz rzadziej spontaniczne, a co raz częściej przemyślane, stonowane. A czym bliżej do startu tym bardziej moje życie koncentruje się wokół triathlonu. Oczywiście staram się nie zawalać obowiązków, ale głowę mam zajętą układaniem treningów i wizualizacją przebiegu zawodów. Myślę gdzie mógłbym przyspieszyć, a gdzie zwolnić, żeby nie postawiło mnie na biegu. Zastanawiam się jak należy się ustawić na starcie, tak by z jednej strony być blisko tych najszybszych, z drugiej żeby nie zostać staranowanym przez tych, którzy na triathlonie zjedli zęby.

 

Tak, przyznaję się. Kompletnie mi odbiło, ale w końcu start zbliża się wielkimi krokami, a ja poświęciłem przygotowaniom ponad 6 miesięcy życia i chciałbym, jak chyba każdy z nas, aby ten czas nie poszedł na marne. Mam swoje cele, głównie czasowe, których przynajmniej na razie nie zdradzę. Ich realizacja dałaby mi olbrzymią satysfakcję. Więc moje podniecenie i zaangażowanie nie powinno dziwić. Dość jednak tego filozofowania. Teraz kilka słów o konkretach. Poprzednio przedstawiałem swój dekalog na ostatnie tygodnie przed Suszem. Niestety muszę się przyznać, że nie wszystkie punkty udaje mi się zrealizować, jak chociażby cotygodniowe oddawanie felietonów dla Akademii Triathlonu. Mam lekki poślizg, ale lepiej późno niż wcale. Jeszcze gorzej idzie mi ze słodyczami. A właściwie to idzie mi znakomicie… z ich pochłanianiem. Lecz teraz najważniejsze, czyli treningi. Więc… no nie jest źle. Trenuję prawie codziennie. Odpuszczam sobie tylko w wyjątkowych sytuacjach. Średnio zaliczam 7-8 jednostek treningowych w tygodniu. Ostatnio dużo czasu poświęciłem bieganiu i widać efekty. Wspominałem o tym zresztą na facebooku, gdzie staram się dawać Wam w miarę regularne relację z przygotowań. Ostatnio zacząłem biegać naprawdę żwawo i odnoszę wrażenie, że przychodzi mi to całkiem naturalnie. Co raz częściej utrzymuję stałe tempo poniżej 5 min/km i sprawia mi to mnóstwo frajdy. Znacznie trudniej jest mi się zmobilizować do pływania i obawiam się, że w tej konkurencji spadła mi trochę forma. Mam jednak zamiar w najbliższych tygodniach nadrobić te zaległości. Na szczęście w przyrodzie nic nie ginie. Chociaż początki miałem tragiczne, wreszcie zacząłem się przekonywać do roweru. W końcu czuję, że stanowię z nim jedność, a mój tyłek nie jest masakrowany przez siodełko. Przekłada się to na średnie prędkości i odległości, które pokonuje na każdym treningu. Na co dzień staram się wyrabiać minimum 45 km, ale raz na jakiś czas zdarzają się też większe objętości dochodzące do 90 km. Oczywiście nie zapominam o zakładkach, które wywołują u mnie mieszane uczucia. Czasami nawet po dwugodzinnym ostrym jeżdżeniu czuję się jak młody Bóg, a niekiedy ledwie 40 km trasa w średnim tempie sprawia, że na biegu czuję jakbym miał nogi z kamienia, a każdy krok wymagał skrajnego wysiłku. Niestety po treningach rowerowych odzywa się u mnie stara kontuzja, a właściwie pozostałości po operacji prawego kolana. Niby nie jest to ból nie do zniesienia, ale coś mnie ciągnie pod kolanem i zawsze następnego dnia mam mniejszy zapał do ćwiczeń.

 

Nikt jednak nie mówił, że będzie lekko. W końcu nie bez przyczyny jest to IRONMAN.

 

ZAPRASZAM NA FACEBOOK, gdzie znajdziecie więcej informacji o moich treningach.

Powiązane Artykuły

8 KOMENTARZE

  1. Wojtek. W Mławie to mają cię za świra nie za gadanie o triathlonie ale za przekraczenie prędkości na rowerze na E7 😉

  2. Panie Maćku. Bardzo dobry falieton a właściwie komentarz dotyczący ogarniającego nas wszystkich szaleństwa. Ja również mam wrażenie, ze trening to najlepsza terapia na stress. A ciężki trening to terapia jeszcze lepsza. Powodzenia w Suszu i życzę podjęcia kolejnego wyzwania – czyli ukończenia IM 😉

  3. Mam idento:”Boże co tak schudłeś?”-zamiast dzień dobry-zwracają się często do mnie ludzie,bardziej z troski niż z podziwu.Wtedy mam ochotę odpowiedzieć coś w stylu „chemia,stary.”Ale po chwili uświadamiam sobie ,że to nie jego wina-on nie wie…I się zaczyna,nieważne gdzie,ulica, hipermarket,kolejka do kasy,przejście dla pieszych-zaczynam nawracanie:) Nawijam o triathlonie,dystansach,treningach itd.Mieszkam w Mławie,nieduże miasto,tak mają mnie za świra ale jak mnie widzą to jeszcze nie uciekają na druga stronę ulicy :)Pozdrawiam,mocno chory na triathlon.

  4. a ja myślałem że już w to wpadłem po uszy, trenując od października do pierwszych zawodów niemal codziennie …

  5. Na 100% nikt łatwo mieć nie będzie. Znacznie więcej zależy od tego jak głowa poradzi sobie z bólem i zmęczeniem. Maćku trzymam kciuki za Ciebie i pozostałych. DAMY RADE 😉

  6. Dacie radę Panowie! Miejcie tylko świadomość…a raczej uprzedźcie swoich bliskich, że po pierwszym triathlonie wpadniecie w to po uszy…dopiero się zacznie. Trzymam kciuki 🙂

  7. To byly tylko slowa dopingu, nie krytyki:) Dzięki za kolejny super felieton! Z tymi zmaganiami w poszczególnych dyscyplinach to prawda. Juz sie wydaje,ze wszystko idzie dobrze i nagle zjazd w dol… Z zakładkami wychodzi mi zwykle dobrze, ale ostatnio po 75km roweru 6km biegu bylo walka z olowiem w nogach. Ucza pokory takie sytuacje… Trzymam kciuki! Za siebie tez:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,569FaniLubię
997ObserwującyObserwuj
291SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X