Mój “przyjaciel” ból. Ironman dla zuchwałych #3

5

Kończy się 6 tydzień przygotowań. W trakcie 2 najbliższych tygodni będę trenował już 7 razy w tygodniu; 6 treningów zgodnie z pierwotnym planem plus 1 dodatkowy trening kalisteniki. Z wagi znikły 2 kg, ale zakładam, że tkanki tłuszczowej było w tym ok. 60%. Myślę, że to rozsądne tempo i tak zostawiam aż do osiągnięcia 10-12% tkanki tłuszczowej w organizmie pod warunkiem, że nie wpłynie to negatywnie na wytrzymałość czy samopoczucie. Generalnie patrząc na samą wagę, to od momentu rozpoczęcia planu treningowego jest mnie o 6 kg mniej.

Przez cały czas monitoruję i ujarzmiam moje wrodzone umiłowanie do skrajności, które czyha na mnie z nadzieją, że strzeli mi gola w postaci przetrenowania, ale nie, nie strzeli … tak myślę.

Z niecierpliwością czekam na zakończenie 9 tygodnia planu treningowego, ponieważ to będzie czas podsumowania całego pierwszego etapu przygotowań. Wówczas zakończę okres wprowadzający i wejdę we właściwy okres przygotowawczy. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy przeglądałem ten plan treningowy to z jakichś powodów właśnie 9 tydzień wydawał mi się momentem przełomowym. Momentem, kiedy mógłbym stwierdzić, czy ukończenie całego planu z założoną intensywnością jest w ogóle w zasięgu moich możliwości. Świadomie napisałem „mógłbym stwierdzić” zamiast „stwierdzę”, ponieważ to nie jest tak, że kiedy trafiłem na ten plan, to postanowiłem w to wejść. Kilka razy mu się przyglądałem i ważyłem, bo mimo wszystko wydawał mi się ponad moje możliwości. Pomimo mojej porywczości, należę do osób, które zanim się zdecydują podjąć jakieś wyzwanie, najpierw dość wnikliwie analizują wszystkie za i przeciw. Kiedy w coś wchodzę, to tylko z przeświadczeniem, że idę w to na 100% – bez półśrodków, wymówek i wątpliwych usprawiedliwień. Jasne, że nie wszystko można przewidzieć, a życie jest niezwykle złożone i wiele może się wydarzyć. Ja wychodzę z założenia, że wkładam 100% siebie, a czy w moim przypadku to wystarczy, okaże się za kilka miesięcy. Ważne, żeby było to 100 a nie 99%. Nie zastanawiam się, co będzie jak mi się nie uda i nie dlatego, że nie chcę brać tego pod uwagę. Żyję tu i teraz. Czy to, że zacznę układać plan B i zastanawiać się nad tym, „co będzie jeśli…” pomoże mi w zrealizowaniu tego konkretnego celu? No właśnie. Szkoda, że musiały minąć, aż 44 lata mojego życia zanim to poczułem. Ile obaw, strachu, niepokoju, a czasem nawet paniki mogłem uniknąć? Jak absurdalne wydaje się odczuwanie strachu, kiedy uświadomimy sobie, że strach zawsze dotyczy czegoś, co tak na prawdę nie istnieje – przyszłości. Czegoś, co być może się wydarzy, a może się nie wydarzy. Co więcej, dotyczy czegoś, co w zdecydowanej większości nigdy się nie wydarza…

Tym samym wytrąciłem sobie moją najświeższą obawę związaną z Ironmanem, mianowicie że dystans 3,8 km będę musiał przepłynąć w Bałtyku. Paradoksalnie, pomimo tego, co napisałem, ta obawa pewnie powróci. To taka pozostałość w naszych mózgach po czasach, kiedy mieszkaliśmy w jaskiniach, a strach pozwalał nam unikać niebezpiecznych sytuacji i przeżyć. Szmer w zaroślach w określonych okolicznościach potrafi uruchomić alarm w naszych ciałach i wywołać wszystkie fizjologiczne tego następstwa, jak np. skok ciśnienia. To reakcja ciała na sygnał płynący z najbardziej pierwotnych części naszych mózgów, który w jakiś niezrozumiały sposób nie zauważył, że nie mieszkamy już w jaskiniach. Nie zauważył, że w roku 2020 zdecydowanie bardziej prawdopodobne jest, że z zarośli wyjdzie grzybiarz niż lew chcący nas pożreć.

Tak, teoria teorią, ale z dużym prawdopodobieństwem z 3,8 km w Bałtyku zrobi się  znacznie dłuższy dystans biorąc pod uwagę fale, prądy i trudności z nawigacją. Kiedy nałoży się na to kiepska pogoda i większe niż zazwyczaj fale, to zadanie może się okazać najtrudniejszą z trzech dyscyplin. Postanowiłem szczególną atencję poświęcić właśnie pływaniu, zwłaszcza, że do morza mam ok. 600 km i wszelkie spontaniczne wypady aby się „oswoić” będą bardzo trudne do zrealizowania. Tutaj bardzo pomocne będzie włączenie elementów treningu mentalnego i wiedza z zakresu psychologii, a zwłaszcza psychologii sportu. Nie wspominałem o tym wcześniej, ale psychologia to moje największe zainteresowanie. Do tego stopnia, że pomimo moich 44 wiosen na liczniku, jestem w trakcie studiów magisterskich tego kierunku.

Skoro piszę o pływaniu w Bałtyku, to jasne staje się, że zawody, które wybrałem to IRONMAN w Gdyni, który w tym roku po raz pierwszy w Polsce odbędzie na pełnym dystansie. Termin zawodów został ustalony na 8 sierpnia, co trochę komplikuje moje przygotowania, ponieważ koniec planu treningowego i co za tym idzie szczyt formy wypada w czerwcu. Kiedy przyjdzie czas podsumowania pierwszego etapu planu, podejmę decyzję, co z tym zrobię. Na ten moment wydaje mi się, że zwrócę się do autora planu z prośbą o skorygowanie go w taki sposób, aby dostosować go do kalendarza zawodów.

W poprzedniej części felietonu wspomniałem o szczypcie goryczy, czy igle w zadzie (jak kto woli), która mogła zaburzyć mój rytm przygotowań, mianowicie o tym, że zwichnąłem nogę.

Kolano jest chyba najbardziej skomplikowanym stawem i tego typu urazy potrafią być naprawdę niebezpieczne, więc absolutnie nie można ich lekceważyć. Niestety był to mój „drugi raz”, więc z jednej strony miałem świadomość, jak długo może potrwać powrót do pełnej sprawności, ale z drugiej miałem wrażenie, że mój mózg w ogóle nie odczytał tego jako ryzyko jakiegoś znacznego zaburzenia rytmu moich przygotowań.

Tak, jakby moja psychika zupełnie nie zauważyła „powagi sytuacji”, pomimo tego, że kolano spuchło i bolało. Co dziwne, byłem niezwykle spokojny i wręcz czułem, jak mój mózg zmusza organizm do wytworzenia wszystkiego co niezbędne, aby naprawić szkodę i to w ekspresowym tempie. Jedyne co mi przychodzi do głowy, żeby to jakoś podsumować to, że moja podświadomość od samego początku doskonale wiedziała, co się dzieje i jak ten problem rozwiązać „w tle”. Tak się stało, bardzo szybko wróciłem do pełni sprawności.

Przy tej okazji uświadomiłem sobie, że my ludzie zaczęliśmy demonizować niemal każdy ból fizyczny. Ból jest niezwykle ważnym sygnałem, który niejednokrotnie pozwala uniknąć kalectwa, a nawet śmierci. Tylko czy to oznacza, że za każdym razem, kiedy go poczujemy powinniśmy bezrefleksyjnie sięgać po farmaceutyki? Uważam, że zamiast zwalczać można go oswoić i nauczyć się nad nim panować – oczywiście wyłączając urazy i wszelkie sytuacje zagrożenia zdrowia czy życia, gdzie bezwzględnie należy poddać się zaleceniom fizjoterapeutów, lekarzy czy trenerów.

Pod wpływem marketingu przemysłu farmaceutycznego nauczyliśmy się z niemal każdego błahego powodu sięgać po tabletkę przeciwbólową. Przemysł farmaceutyczny odcina kupony, ale nasza naturalna odporność na ból fizyczny i sposób jego interpretacji zostały bardzo zaburzone. Ból coraz częściej nie jest już sygnałem czy informacją, jaką wysyła nam ciało, bo tłumimy go w zarodku. Nie słyszymy, kiedy ciało mówi: odpocznij, zwróć uwagę na to, co jesz i jak żyjesz, zwolnij, bo nie nadążam się regenerować, zwróć uwagę na technikę, itd., itd.

Sport i ból, a zwłaszcza sport wytrzymałościowy są ze sobą nierozerwalne. Pomimo tego wydaje mi się, że konieczna jest tu wyjątkowa uważność i umiejętność interpretacji takich sygnałów.

Dla mnie osobiście umiarkowany ból fizyczny – pod warunkiem, że nie jest związany z jakimś urazem – jest wręcz pożądany podczas treningu. To dlatego że duży wysiłek i ból z tym związany spycha mnie do teraźniejszości. Tak jak medytacja pozwala skupiać się na chwili obecnej, tak samo ból ucina wszelkie wewnętrzne dialogi i fantazje, zmuszając mnie niejako do pełnego skupienia na wykonywanym ćwiczeniu. Oczywiście znów pojawia się ryzyko przetrenowania, ale ucząc się przebywania w teraźniejszości, lepiej czytamy nasze ciało.

Jak to wszystko się skończy? Jaki ślad w moim życiu, w mojej psychice i w moim otoczeniu pozostawią te 34 tygodnie? Co wydarzy się dalej, co zyskam, czy coś stracę…? Wiele razy czytałem o tym, że ukończenie IRONMANA na pełnym dystansie potrafi trwale zmienić człowieka, a to perspektywa jednocześnie tak samo przerażająca jak i podniecająca. Oczywiście nie chodzi o samo przekroczenie mety, ale o to, jak się zmieniamy podczas procesu przygotowań, kiedy często konieczne jest przewartościowanie własnego świata. Wizja dotarcia do granicy moich możliwości jest niezwykle kusząca, a przecież nie ma co ukrywać – dotknę tej granicy.

Realizacja tego wyzwania dotyka nie tylko mnie. Wydaje mi się, że moje dzieci tego nie odczuwają, ale na pewno wplątałem w to pośrednio moją żonę i to nie pozostawiając jej wyboru. Ewelinko, jesteś najcudowniejszą żoną na świecie i bardzo Cię kocham, ale pamiętaj, że kiedy znów zachowam się jak troll…to nie byłem ja, to zmęczenie.

5 KOMENTARZE

  1. Rozpocząłem swoją przygodę z Ironmanem w podobnym wieku jak Ty. Mając 40 lat ukończyłem zawody z czasem 11: 05,00, ale już w wieku 45 lat po świadomym przygotowaniu, bez jakiejkolwiek pomocy zaliczyłem ten dystans w 9:40,25 i wiem ile trzeba włożyć pracy w przygotowania. Ważne jest, aby słuchać własnego organizmu i wiedzieć kiedy na chwilę odpuścić żeby nie zrobić sobie krzywdy na dłużej. Ja miałem to szczęście, że rodzina zawsze mnie wspierała w tym co robię i nigdy nie miałem z tego tytułu problemów czego i Tobie życzę.

    • Dzięki 🙂
      Jestem bardzo uważny jeżeli chodzi o odpuszczanie bo już się na tym kiedyś przejechałem. Mam nadzieję, że do końca przygotowań uda mi się odserwować samego siebie z wystarczającym dystansem…to.chyba konieczne 🙂

  2. Dzięki 🙂
    Faktycznie trzeba być uważnym żeby za mocno się nie odsunąć od najbliższych…mam nadzieję, że do końca będę umiał zachować balans. IM jest dla mnie super ważny, ale nigdy nie będzie u mnie na tej samej półce co rodzina 🙂

  3. Obserwuję Twoje przygotowania z nostalgią – przeżywałem to 5 lat temu. Nie zaniedbaj rodziny, nawet jeśli trzeba przesunąć start o rok, dwa, a na mecie ich radość będzie najlepszą nagrodą.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here