5 najczęstszych usprawiedliwień własnej porażki

19

Wygraliśmy, pobiliśmy życiówkę, zrealizowaliśmy swój cel. Jest radość i wszystkim wokół opowiadamy, że taki właśnie był plan. Pod ten cel ułożyliśmy sobie cały rok treningów, zaplanowaliśmy grafik rodzinno-zawodowy tak, żeby spełnić również i to marzenie. Oczywiście były drobne problemy po drodze, jakieś małe kontuzje, ale walczyliśmy! Nie poddaliśmy się na żadnym etapie przygotowań. W zasadzie to… wiecie, jestem dobry, „smart guy”, dbam o regenerację i rozsądnie trenuję – dlatego takie wyniki. To argumentacja sukcesu.  Aż tu nagle przychodzi porażka (w zasadzie statystycznie porażek jest zdecydowanie więcej niż zwycięstw), a ilość wymówek i usprawiedliwień, jaka się wówczas pojawia, jest zadziwiająca. Mało kto powie wprost: „Dałem ciała. Byłem słabo przygotowany i byli zdecydowanie lepsi ode mnie”. Spośród wielu wymówek wybrałem pięć, które słyszę najczęściej. Dodajcie swoje.

 

1. Kontuzja 

 

kontuzja marzec2016

 

Czasami mam wrażenie, że niektórzy dowiadują się o swojej kontuzji na minutę przed wyścigiem. Część zawodników stara się już zawczasu napompować balonik usprawiedliwień i informuje o swojej kontuzji na dzień lub dwa przed startem, aby nie było wątpliwości, że ewentualna przegrana lub słaby wynik, to nie efekt kiepskiej formy a jedynie “trudny” do przewidzenia przypadek naderwania tego czy owego. A że kilka dni po takich zawodach możemy już trenować, to już zawdzięczamy “magikowi” fizjoterapeucie, którmu zawsze dziękujemy na Facebooku, że w kilka dni “wyleczył” nas z naderwania mięśnia lub innej, podobnej kontuzji. 

 


2. Kłopoty żołądkowe 


kopoty brzuch_marzec2016

 

Moja ulubiona wymówka (to znaczy nie moja, ale uwielbiam się z niej śmiać, kiedy słyszę takie historie). Gdzie wy się stołujecie na dzień przed zawodami? – chciałoby się zapytać. Cały rok nie było rozwolnienia, a w godzinie W okazało się, że obiad zjedzony dzień wcześniej był przygotowany z nieświeżej ryby i lekko cuchnących warzyw (kto je warzywa na dzień przed startem?!)

 

3. Kłopoty ze sprzętem 


rower kierownica_marzec2016

 

Przez wszystkie miesiące treningów wszystko ze sprzętem było OK. Nawet zdjecia butów i roweru po bikefittingu klikały się na Facebooku jak nigdy!  Aż tu nagle, podczas zawodów coś nie pasowało w ułożeniu siodełka, mocowaniu bidonu, itp. Jan Frodeno zgubił bidony we Frankfurcie już na pierwszym kilometrze. I wgrał. Raelert złapał gumę i wskoczył na podium Ironman Hawaii. Chrissie Wellington była po wypadku, złapała gumę i wygrała IM Hawaii. Ale nam zawsze coś się psuje akurat w dniu zawodów i zawsze jest to coś, co definitywnie przekreśla realizację planów. 

 

4. Prawie w ogóle nie trenowałem 

 

 notrain marzec2016

dankrueger.net

 

To zdanie pada albo na Pasta Party przed zawodami (z nadzieją, że znajomi rozniosą wieści przez Facebooka) albo tuż po zawodach w strefie regeneracji. Nagle dowiadujemy się, że te wszystkie wrzutki na fejsie przez cały okres przygotowawczy to fake, żart jakiś… albo złudzenie. 

 

5. To miał być start rekreacyjny! 

 

runfun marzec2016 

 

Tu nie ma już wątpliwości, że jest to wymówka, która pada bezpośrednio po przekroczeniu mety, kiedy na zegarze widać cyferki nieco inne od założonych. Gorzej jeśli przed startem ogłaszamy, że „idziemy w trupa” – wówczas nie ma już wyjścia i trzeba okazać skruchę.  Ale najpiękniejszy moment jest jednak zawsze wtedy, gdy uda się osiągnąć cel. Nagle okazuje się, że… mogliśmy pobiec lepiej! Gdyby nie ten fragment buta ocierający najmniejszy palec… Gdyby założyć szytkę zamiast dętki… 

 

No! To oby w sezonie 2016 było jak najmniej kłopotów ze sprzętem, przeterminowanych jogurtów albo źle dopasowanych slipek! Powodzenia! 

 

19 KOMENTARZE

  1. Łukasz, ja zawsze wszystko traktuje z dystansem – tylko ten tekst pisany inaczej się odbiera niż słyszany :))) Ale co najważniejsze, co mnie tłumaczy w bardzo dużym stopniu i to będzie moją wymówką na najbliższe lata – ja mieszkam w tej części polski gdzie robi się / testuje broń elektromagnetyczną na mieszkańcach. Tym bardziej co jest niepodważalne kiedy tak mówi człowiek ze strefy 51 on tam był i zwiał im. Rany, gdzie nam przyszło żyć:) 🙁 🙂 🙁 🙂 🙁 🙂 🙁

  2. Arek, Przyjaciel zaniemówił, bo jest daleko stąd i mocno trenuje w grupie twardzieli ale możesz być pewny, że jak tylko nastuka odpowiednie objętości da znać i niby mimochodem o nich wspomni;)))

  3. Osobiscie, lubie powtarzac po zawodach, ze “byl zapas”. Na pytanie dlaczego go nie wykorzystalem, odpowiadam, ze mi nie zalezalo az tak bardzo. Choc jakby bylo trzeba, to pewnie bym dobiel z jedna noga pod pacha! 🙂

  4. Marcinie ależ oczywiście, nasz przyjaciel, który jakoś ostatnio zaniemówił, widocznie skupiony tylko na treningu…. Sam don Arrturo de Profesorre. :-))) A przy okazji, przypomniała mi się moja wymówka, zatwardzenie w T2 :-)))

  5. @Krzysiu, spokojnie. 🙂 Po pierwsze to trochę z przymrużeniem oka, a po drugie, to gdybym chciał tak o wszystkich równo pod kreską pisać, to by dopiero był kiepski pomysł. No i co ważniejsze piszę o wymówkach, a u Ciebie jak czytam, to raczej nie wymówka, a solidnie “udokumentowany” powód ;))) oby jak najmniej takich przygód!

  6. Cześć,
    a ja tak do autora tekstu: Łukasz pomimo tego że zawsze jem to samo przed zawodami dwa razy zdarzyło mi się wtopić z kłopotami żołądkowymi (w zasadzie trzy) i to nie wymówki tylko życie. Raz na maratonie po 10 km musiałem zaliczyć pitstop i wierzcie mi żadna przyjemność na estakadzie rozglądać się za “miejscem intymnym” i radość kiedy wyjawiła się z otchłani niebieska budka. 🙂 i dwa razy na finiszu nawet minimalnie szybciej nie mogłem biec – powiem tylko tyle: wyobrażcie sobie sytuacje przed stadionem narodowym w stolicy kiedy same barierki dookoła a wy……… no właśnie i we Wrocławiu podobnie. Bieg z zaciśniętymi zębami nie daje radości. Oj nie daje. Dodam tylko tak na marginesie, przez ostatnie dwa miesiące prawie codziennie robię zakładki, bieg / rower (suma ok 2h) wczoraj dzień jak co dzień a ledwo do domu się doczołgałem – tempo biegu 4.36/km pomimo fajnej pogody -jakaś masakra. Ale roweru nie odpuściłem. I niby nic nie zmieniałem. Po prostu dzień słonia. I tak czasami bywa……

  7. Przypomniała mi się jeszcze jedna niezawodna wymówka! Jest ktoś, kto ją bardzo ją lubi… Arek, Łukasz, kto to taki?
    “Zawody zrobione z bardzo mocnego treningu bez odpuszczenia przed startem”;)))

  8. Dyspozycja dnia to nie jest wymówka, to jest życie;) Żadnego z powyższych nie stosuje ale też nigdy nie startowałem w trupa. Wynik na mecie jest wypadkową przygotowania, dyspozycji dnia (nie zawsze wynika wprost z przygotowania) i szczęścia. Robisz tyle ile możesz i nic więcej. Ale czy wynik słabszy niż oczekiwania własne lub innych to jest porażka, która wymaga wymówek? Nie sądzę. Jak ktoś tak uważa to musi popracować nad sobą;)) A tak na marginesie profilaktycznie ogłaszam, że każdy start traktuje treningowo, męczą mnie kontuzje, mało trenuje a podeszwa w butach odpada… brzuch też mnie boli na samą myśl startu;)))

  9. 🙂 Arek moja najczęstsza wymówka jest inna – “dyspozycja dnia” – hehehe. Starty treningowe zawsze wolę ogłaszać przed sezonem, żeby nie było wątpliwości. W tym roku nie mam startów treningowych. Wszystkie 2 może 3 są w trupa 😉 … chyba, że stwierdzę, że za mało trenowałem 😉

  10. Aaaa! Przypomniało mi się coś z Poznania 2014. Po średnim starcie Naczelny stwierdził, że ,,to tylko start treningowy”… hihi..

  11. Dodam jeszcze niesprzyjające warunki pogodowe. Przecież zawsze jesteśmy w sezonie letnim zaskoczeni wysoką temperaturą. Przez cały sezon przygotowań do startu zakładamy, że woda będzie miała 21 stopni, podczas jazdy rowerem będzie 16 stopni i bezwietrznie a na koniec podczas biegu ochłodzi się do 12 stopni. Jakakolwiek inna konfiguracja okoliczności przyrody powoduje, że wymówka jest gotowa:)

  12. Punkt 4 i 5 to moje ulubione. Prawie w ogóle nie trenowałem jest bardzo częste i chyba jest jednoczesnym przyznaniem się albo do lenistwa, albo zwykłym kłamstwem 🙂 .
    Ja jeszcze dodatkowo często słyszę nie mam czasu… To jest mój osobisty faworyt 🙂 (nie mnie dotyczy, ale najczęściej słyszany)

  13. Podpisuje się pod Wizz. Własna głupota jest nr1. Wydaje się, że człowiek zna zasady, teorię a mimo wszystko próbuje przechytrzyć… Drugi raz po długiej przerwie próbowałem coś nadrobić i skończyło się jak w ubiegłym roku, kontuzją…

  14. Łukaszu, jak zwykle w samo sedno – brawo. Ale mi coś zgrzyta i te wątpliwości nasuwają między innymi do głowy taką myśl księdza Tischnera: „Świenta prowda, Tyż prowda i…” stop tak daleko bym się nie posunęła”.
    Znam przynajmniej jednego triatlonisty który mówi prawdę, a gorsze wyniki uzyskiwał praktycznie z wszystkich wymienionych wyżej powodów i dodam że amatorom trenującym jak zawodowcy to się będzie zdarzać.
    Ze swojej strony dorzucę do puli powodów dlaczego nie wyszło, że jestem zarobiona:)

  15. Za swoje porażki odpowiadam sam, bo zazwyczaj wynikają z mojej głupoty. Świadczyć może o tym to, że życiówki zazwyczaj robię mając jakąś kontuzję 😉 Gdy się nie udaje, to czasami wynika też z tego, że mnie np. poniosło na początku zawodów, a potem głowa nie wytrzymuje, bo ciało dało by radę. Moje sukcesy to zazwyczaj efekt pracy grupy ludzi (tzw. najbliższa grupa wsparcia, narzeczona, trenerka ;))

    A z takich wymówek usprawiedliwiających porażkę to zacne jest “dzisiaj po prostu nie był mój dzień” 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here