Agnieszka Jerzyk: „Podczas startu na Hawajach dokonałam jedynego słusznego wyboru”

Agnieszka Jerzyk spełniła swoje marzenia i poleciała na mistrzostwa świata IRONMAN na Hawaje. Tam jednak nie obyło się bez problemów z rowerem, które dały się zawodniczce mocno we znaki. – Wydaje mi się, że dokonałam jednego słusznego wyboru podczas tego startu. Cieszyłam się z tego, co jest i co udało mi się zrobić – mówi.

Akademia Triathlonu: Awans na mistrzostwa świata był Twoim wielkim marzeniem. Teraz, kiedy minęło już trochę czasu. Czy „to było to” – słynna Kona, z jej całą magią?

Agnieszka Jerzyk: Zdecydowanie awans na MŚ był moim marzeniem i cieszę się, że udało mi się go odhaczyć. Sam wyścig, trasa, atmosfera tego wyścigu na pewno jest magiczna, naprawdę bardzo wyjątkowa. Życzę wszystkim, którzy marzą o tym starcie by, mogli je zrealizować i poczuć tę atmosferę. Hawaje na pewno będę wspominać z sentymentem. Choć było mi dane wykonać tylko swoje minimum.

AT: Wspominałaś, że pojawiły się problemy z rowerem. Nie wszystko poszło zgodnie z planem?

AJ: Niestety. Na początek po przylocie okazało się, że moje przednie koło startowe o stożku 80 mm nie trzyma powietrza. Na szczęście miałam ze sobą jeszcze jedno przednie koło treningowe 50 mm i to na nim zdecydowałam się wystartować. Powiedzmy, że problem był rozwiązany, więc nie zaprzątałam sobie tym głowy. Poza tym, że szkoda, że nigdy w życiu nie miałam ze sobą mechanika na żadnym wyjeździe.

Kolejny problem wyszedł na jaw po zawodach. Podczas startu nie mogłam pojechać tego, co zawsze. Wszystkie dziewczyny mnie mijały, a ja nie mogłam ich utrzymać nawet na moment. Myślałam, że to moja głowa jest tak słaba. Przez wszystkie lata mojego ściągania silna głowa była elementem, który pomagał mi na zawodach. A teraz nie mogłam zrozumieć, dlaczego moje nogi nie jadą. Odbierając rower ze strefy zmian, sprawdziłam, czy hamulce nie ocierają, ale wszystko było ok. Dlatego pomyślałam sobie, „ale byłam słaba”. Później oddałam rower trenerowi, który prowadził rower do auta. I w pewnym momencie mówi „co ten twój tak ciężko jedzie”?

Każdy z naszej ekipy porównywał prowadzenie roweru mojego z rowerem Gosi Nowak z naszego teamu. Okazało się, że samo prowadzenie roweru mojego a Gosi jest jak niebo a ziemia. Mój rower jest nadal złożony w walizce i od Hawajów pozostaje nietknięty. Nie miałam i nie mam jak na razie siły zajmować się tym dlaczego miał takie opory. Po rozmowie z Juanem, partnerem Ewy Komander, który jest jednym z najlepszych mechaników kolarskich grup pro tour, mogę podejrzewać zakleszczenie się łożyska w kole.

AT: Na wszystkich zdjęciach z Kony jesteś uśmiechnięta. Z perspektywy czasu można chyba powiedzieć, że po przezwyciężeniu wszystkich problemów, pokonaniu przeszkód, ten optymizm niósł Cię aż do mety?

AJ: Wydaje mi się, że dokonałam jednego słusznego wyboru podczas tego startu: cieszyć się z tego, co jest i co udało mi się zrobić. Cieszyć się i bawić się tym, co było mi dane, co zrobiłam tak naprawdę z niczego. Mam wrażenie, że bardzo niewiele osób zdaje sobie sprawę, co się u mnie działo w ostatnim czasie. Nawet tych najbliższych.
Wydaje mi się, że użalanie się, złości czy fochy na to, że nie ma się tego, co by się chciało na trasie Hawajów, nie wypada. Wolę postrzegać siebie jako szczęściarę niż pechowca.

Przy okazji pragnę podziękować Agnieszce Gebhardt, Michałowi Szarszewskiemu i firmom: Advanced Protection Systems, Awilux, Moma Aurveda, Ambit Leszno, Miasto Leszno, Creative, Fundacja Gebhardt, Konstruktor i GL Grześkowiak, dzięki którym udało mi się pokryć wyjazd na Hawaje i małą cześć wydatków obozu w Sierra Nevada.

fot. Agnieszka Jerzyk – Instagram.

AT: Po IRONMAN Poznań napisałaś, że musiałaś podczas startu „rozmawiać ze sobą”. Czy podczas MŚ, też prowadziłaś taką rozmowę?

AJ: Na pewno był to już inny rodzaj rozmowy niż w Poznaniu. W Poznaniu było mi ciężko przede wszystkim, że byłam zmęczona treningiem. Zjechałam na start z Sierra Nevada, gdzie trening ciągnęliśmy do samego końca. I brakowało mi świeżości. Na Hawajach musiałam skupić się na tym, by nie zejść z trasy, kiedy wszystkie dziewczyny mijały mnie na rowerze, a ja nie miałam pojęcia jak to możliwe, że nie mogę pojechać nawet kilometra z dużo słabszymi rywalkami. Wiedziałam, że będę bardzo daleko.

Musiałam znaleźć w sobie ten mój optymizm, żeby mimo tego cieszyć się tym, że tutaj jestem. Że tak naprawdę zrobiłam coś, o czym marzy wiele triathlonistek, a nie każdej się udaje. Chodzi mi tutaj i o start na igrzyskach i na Hawajach. Więc optymizm, który znalazłam, wynikał raczej z całych wspomnień mojej historii triathlonowej i z tego, w jaki sposób udało mi się to wszystko osiągnąć. A przede wszystkim z jakim zapleczem. Podczas samotnej jazdy musiałam też zadecydować, jak chcę zapamiętać Hawaje.

Tak jak wspomniałam wcześniej. Jedynym sensowny wyjściem podczas tych zawodów było cieszenie się tym startem, tym dniem i tym gdzie jestem. Dlatego zaczęłam bawić się z kibicami i zawodniczkami (często zawodniczki z age grup, często Polki, ale i też te, które mnie mijały z PRO, coś krzyknęły, więc nie pozostawiałam tego bez odpowiedzi). Uśmiechałam się do wszystkich, często pozdrawiałam, machałam, przybijając sobie piątki i podrygiwałam sobie w rytm muzyki, na wszystkich punktach z wesołymi kibicami.

Zaakceptowałam to, że te zawody wyglądają tak, a nie inaczej. Choć miałam wiele nieudanych startów, nigdy nie powiedziałam, że któryś ze startów był moją porażką, nie chciałam, żeby ten otrzymał takie miano. Cieszyłam się, że wystarczyło mi sił i odwagi, by dotrzeć do mety. A biegło mi się naprawdę przyjemnie!

Podkreślałaś, że droga do mistrzostw świata była naprawdę bardzo ciężka. Złożyło się na to wiele rzeczy. Teraz, niecały miesiąc po mistrzostwach, zastanawiałaś się już nad tym, jak będzie wyglądał 2024 rok? Czy Aga Jerzyk będzie w PRO?

AJ: Tak, tak, tak… triathlon mnie przeorał konkretnie. Jak na razie odpoczywam i nadrabiam czas z rodzinką. A w przyszłym roku nadzieję, że w 2024 uda mi się zrealizować kolejne z marzeń.

Fot. Agnieszka Jerzyk – Instagram.

AT: W jednym z postów napisałaś taki cytat: „Odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu, lecz na uznaniu, że coś jest ważniejsze niż lęk”. Co miałaś na myśli?

AJ: Wiedziałam, że mój wynik na mistrzostwach będzie poniżej oczekiwań moich i innych. Co może wiązać się ze słowami krytyki i poniżeniem, a tego nie lubi i boi się każdy. Jednak uznałam, że ukończenie zawodów jako pierwsza kobieta PRO jest ważniejsze.

AT: Dziękujemy za rozmowę.

Grzegorz Banaś
Grzegorz Banaś
Redaktor. Lubi Lionela Sandersa i nowinki technologiczne. Opisuje ciekawe triathlonowe historie, bo uważa, że triathlon jest wyjątkowo inspirującym sportem, który można uprawiać w każdym wieku. Fan dobrej kawy i książek Jamesa S.A. Corey'a.

Powiązane Artykuły

Śledź nas

18,455FaniLubię
2,451ObserwującyObserwuj
440SubskrybującySubskrybuj

Najpopularniejsze