Borówno 2012. Zakończenie sezonu z życiówką!

Nawet nie zauważyłem, kiedy właściwie zakończył się mój pierwszy sezon triathlonowy. Nie chciałem, aby ten dziewiczy rok ograniczyć do dwóch startów – połówki w Suszu i olimpijki w Ełku. Rzutem na taśmę – jako czwarty od końca – wpisałem się na listę startową na dystansie 70.3 w Borównie. O imprezie słyszałem już dawno, chociaż przekaz dotyczący jej poziomu był niejasny. Spodziewałem się, że w porównaniu z Suszem jest to impreza o zupełnie innej randze. Zarówno w sensie sportowym jak i organizacyjnym. Zeszłoroczna, stosunkowo niska frekwencja i tyle enigmatyczna, co przerażająca informacja, że „wyścig kolarski zostanie przeprowadzony przy ograniczonym ruchu drogowym” – dawały do myślenia. Z drugiej jednak strony, w co raz lepiej poznawanym przeze mnie środowisku ambitnych triatlonowych amatorów, Borówno cieszyło się zaskakującą sympatią i dużym szacunkiem. W końcu to właśnie tu rozgrywane są Mistrzostwa Polski na dystansie pełnego Ironmana. Mimo wszystko obawiałem się nieco, że impreza ta będzie trochę wyścigiem wokół trzepaka. Dlatego nie mogłem zrozumieć dlaczego mój trener Piotrek Netter całe wakacyjne przygotowania podporządkowywał właśnie temu startowi, traktując Ełk jako trening przed połówką w Borównie.

 

     Jeszcze w piątek, na dwa dni przed zawodami czułem się cholernie przemęczony i wydawało mi się, że przesadziliśmy z ilością obciążeń. Na szczęście 24 godziny odpoczynku dały planowany efekt. Do Bydgoszczy dojechałem już świeży i przede wszystkim chętny do walki na całego. Na dzień dobry pierwsza miła niespodzianka. Miejsce zawodów to praktycznie przedmieścia Bydgoszczy i w okolicy nie brakuję niezłych hoteli, które w dużej mierze zostały zarezerwowane przez uczestników. Mimo, że powoli się do tego przyzwyczajam, to wciąż uwielbiam widok psycholi podobnych do mnie, targających na dachu samochodu miłość swojego życia w postaci roweru. Mających wymalowaną na twarzy minę, która jest mieszanką (nie)zdrowego podniecenia i lekkiego przerażenia. Wiedziałem, że za chwilę, w hotelowym lobby rozpocznie się niekończąca się giełda informacji o trasie, planach i strategii na następny dzień. Dlatego też bardzo się ucieszyłem, że znów mogę poczuć tę stymulującą adrenalinkę. Zaraz po zameldowaniu w hotelu popędziłem z Piotrkiem Netterem oraz kilkoma innymi jego podopiecznymi do biura zawodów, ale przede wszystkim obejrzeć trasę rowerową oraz biegową. Na szczęście razem z nami był zeszłoroczny zwycięzca połówki – Tomek Spaleniak, który trasę znał bardzo dobrze i zdradził parę niuansów, bo oczywiście rekonesans robiliśmy w ostatniej chwili, samochodem i niemal po ciemku. Na przyszłość – nie polecam. Charakterystyki zakrętów, jakości asfaltu, a nawet nachylenia podjazdów nie da się ocenić z tej perspektywy.

 

     Wcześniej jednak wpadliśmy do strefy zmian i tu szok nr 1. Już kilometr przed ciągnął się sznur samochodów. Na głównym placu kłębiły się prawdziwe tłumy, zarówno zawodnicy jak i osoby towarzyszące. Kiedy zobaczyłem kosmiczny sprzęt i umięśnione, wycieniowane sylwetki uczestników, którzy dumnie prezentowali swoje wdzięki w odzieży kompresyjnej, wiedziałem, że co jak co, ale lekko nie będzie. A ja, kretyn, zastanawiałem się, czy występ w kasku aerodynamicznym nie wystawi mnie na pośmiewisko?! Wcześniej , opierając się mylnie na wynikach zeszłorocznych, marzyłem o miejscu w pierwszej pięćdziesiątce. Po tym co zobaczyłem, szybko zrewidowałem swoje plany i na wszelki wypadek wszem i wobec ogłosiłem, że chciałbym zmieścić się w setce.

 

     Szok nr 2. przeżyłem po odbiorze pakietu startowego.   Mało naklejek z numerami, za to dużo innych elementów. No i na psa mi worki na śmieci. Okazało się, że wzorem zawodów na świecie, rowery stoją oddzielnie, a pozostałe elementy wyposażenia wiszą we wspomnianych workach, na specjalnie do tego przygotowanych wieszakach. Trochę czasu minęło zanim ogarnąłem technikę pokonywania T1 i T2, ale w końcu się udało i co najważniejsze wstawiłem rower. Zawsze o jedną czynność rano mniej.   Szok nr 3. to odległość pomiędzy plażą a strefą zmian. Kilkaset metrów brudnego i nierównego asfaltu – dla stóp, które mają później trochę do pokręcenia i pobiegania to perspektywa nieciekawa.   O tym niestety przekonałem się dopiero rano i w naprędce kombinowałem jak sobie z tym poradzić. Stanęło na rezerwowych butach do biegania, które pozostawiłem na plaży.

 

Po krótkiej ( no tak ze dwie godziny ) pogawędce z innymi zawodnikami i po kolejnych inwestycjach w strefie Expo ( jak zwykle trzeba było coś dokupić – tym razem opaski kompresyjne na łydki ) wróciliśmy do hotelu. Noc była dość spokojna. Dość robi jednak wielką różnicę, bo przez cały czas śniły mi się dwa koszmary. Pierwszy o piance, której nie zdążyłem założyć przed startem, bo jak zwykle się z kimś zagadałem. I drugi o ciągnącej się w nieskończoność zmianie pływanie-bieg. W moim śnie trwała ona ze 30 minut. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo sen pokryje się z jawą. Kiedy rano zeszliśmy na śniadanie, nasz kumpel Piotrek Kotarski, wraz z setką innych odważnych, już od godziny płynął na pełnym Ironie. Jednak komfort startu o 11tej jest trudny do przecenienia. Bez większego spięcia zjedliśmy śniadanie i… dostaliśmy smsa od Piotra – „jestem już na rowerze”. Kiedy dotarliśmy na start, powoli zaczynało się robić gęsto. Idąc od parkingu do strefy zmian mijaliśmy pierwszych Ironów na rowerach. Całkiem spore grupy kibiców, lokalni mieszkańcy i już za moment kolejnych niemal 350 zawodników na rowerowej trasie – kulminacyjny punkt zawodów zapowiadał się gorący. Tak jak i pogoda, która wbrew prognozom wcale nie chciała być łaskawa. Zapowiadane maksymalne 21 stopni grzało już o 9tej i na wielu z nas padł blady strach powtórki z Susza.

 

     Jak zwykle tuż przed startem czas zleciał zaskakująco szybko. Ledwo zdążyłem obkleić rower jedzeniem, pozalewać bidony ( a po suszy w Suszu tym razem miałem na rowerze prawie 5 litrów płynów ) i już ktoś dał sygnał, że najwyższy czas ubierać się w pianki. Sam nie wiem, jak to zrobiłem, ale chyba w tym stresie zupełnie nie udało mi się naoliwić nadgarstków i łydek, za to skutecznie zapaskudziłem oliwką okularki, przez co za żadne skarby nie chciały mi się przyssać do oczodołu. W końcu opanowałem ten kryzys i byłem gotów do walki. Start z plaży nie należy do moich ulubionych, ale tym razem obyło się bez nadmiernego kotła w wodzie. Stawka dość szybko się rozciągnęła i można było się skupić na utrzymaniu odpowiedniego rytmu. Zanim zdążyłem się zorientować, pojawił się pierwszy znak, po chwili drugi i już płynęliśmy w kierunku plaży. Przy okazji odniosłem wrażenie, że większość z nas z jakąś masochistyczną przyjemnością utrudnia sobie zadanie, konsekwentnie płynąć zygzakiem. W pewnym momencie sam już nie wiedziałem, czy to ja postanowiłem zostać slalomistą czy może zawodnik obok, ponieważ co chwila, a to się zderzaliśmy, a to znów odpływaliśmy od siebie na znaczną odległość. Generalnie na zakończenie pierwszej pętli mój rywal wylądował za głęboko i musiał się trochę cofnąć, żeby obiec balon wyznaczający nawrót, ja natomiast ciąłem przez tatarak, bo wybrałem trasę zbyt szeroką. Pływamy może nieźle, ale nawigatorzy z nas są kiepscy.

 

Nawrót z wybiegiem na plażę i  z powrotem do wody – to było novum. Na przyszłość nie polecam efekciarstwa po publiczkę w postaci dynamicznego skoku rozbijającego taflę. Swój szołmeński wybryk okupiłem zawiniętym okularem i hektolitrami wody przepłukującymi moją prawą gałkę oczną przez następnych 900 metrów. Ostatecznie dotarłem do mety pływania, a oczom mym ukazał się las… Las kibiców, który skutecznie zasłonił ten fragment plaży, gdzie kilkudziesięciu cwaniaków, w tym i ja, poukrywało swoje obuwie. Próbuję sobie wyobrazić komizm sytuacji, w której zadyszany koleś podbiega do tłumu, starając się jednocześnie jedną ręką zerwać z siebie piankę, a drugą dość histerycznie rozsuwać tłum i błagalnie woła „…przepraszam bardzo, ale ja mam tu gdzieś swoje buty…”. Kiedy w końcu znalazłem obuwie, okazało się, że nie jestem wstanie zdjąć pianki, która skutecznie zaklinowała się na zegarku. Przepraszam wszystkich świadków tego zdarzenia, bo podejrzewam, że w tej nierównej walce mogłem użyć kilku słów nieparlamentarnych. Dodam, że to wszystko działo się jeszcze przed fotocelą, a mi tak bardzo zależało na dobrym wyniku w pływaniu. Po chwili jednak się udało. Dotarłem do swojego wieszaka. Niestety w tym miejscu zabrakło dywaników i zanim oczyściłem stopy z najróżniejszego szlamu, liści i innych elementów runa leśnego, upłynęło wiele cennych sekund. Był to problem, z którym wszyscy musieli się zmierzyć podczas zarówno T1 jak i T2. Tak jak z za małą wysokością poręczy do wieszania rowerów. Co wyżsi zawodnicy musieli się nieźle nagimnastykować, żeby wyciągnąć swój sprzęt, który przodem zahaczał o lemondki i bidony, a tyłem o siodełko.

 

     W końcu po wielu przygodach udało mi się opuścić box i wreszcie byłem na trasie kolarskiej. To znaczy prawie byłem, bo kiedy wpinałem się w pedały nareszcie przypomniałem sobie, co tak mnie dręczyło od wielu dni. Otóż nie mogłem sobie przypomnieć, co nie działa w moim rowerze. Po kilkudziesięciu sekundach i dziesiątkach nieudanych prób wbicia lewego buta w wiązanie już sobie przypomniałem. Na szczęście w końcu się udało i mogłem ruszyć w trasę na 100%. Trasę, która okazała się zaskakująco szybka i przyjemna, nie licząc kilu fragmentów z gorszym, trzymającym asfaltem. Najważniejsze, że nie było dziur. Na wielu płaskich odcinkach bez problemu można było osiągnąć prędkości przekraczające 40 km/h. Wiele zakrętów, skrętów i zmieniający się krajobraz sprawiały, że nawet na ostatniej pętli nie czułem znużenia. Na brak atrakcji i nudę nie mogłem narzekać także z zupełnie innych powodów. Kiedy na trasie rowerowej pojawili się już wszyscy uczestnicy – w sumie 500 rowerów – okazało się, że jest na prawdę gęsto. Dopiero wtedy też zrozumiałem na czym polega ten „ograniczony ruch samochodowy”. Niby policjanci dbali o to, żeby żaden pojazd zmechanizowany nie wpakował nam się pod koła, ale kiedy już taki pojawiał się na trasie to przecież jakoś musiał się po tej drodze przemieszczać. Parę razy podczas wyprzedzania innych zawodników jechałem po tych wąskich drogach na czołówkę z jakąś osobówką. Raz nawet przeciskający się między rowerami motocyklista o mało nie stratował całej grupki kolarskiej. No właśnie. Kolarskie grupki to kolejny problem.

 

Wszyscy wiemy na czym polega zasada no drafting. I szczerze wierzę w uczciwość zawodników. Jednak momentami niektórzy nie mieli wyboru. 500 kolarzy na takiej trasie to stanowczo za dużo. Poza tym nie widziałem po drodze ani jednego sędziego, nikogo kto kasowałby drafting i inne niedozwolone praktyki. Właściwie nie licząc strefy bufetu zawody odbywały się jakby trochę poza kontrolą. Mam również delikatne zastrzeżenia względem oznaczenia samej, dość skomplikowanej trasy. Zabrakło tablic informacyjnych z przebytą odległością i np.zbliżającym się nawrotem. Oczywiście to też moja wina, ale beczka nawrotowa na pierwszej pętli wyrosła mi spod ziemi i o mały włos nie wywinąłem orła, ratując się ostrym hamowaniem, dobrych kilka metrów za daleko. To samo spotkało mnie zresztą chwilę później na ostatnim skręcie przed bufetem. Kiedy zadowolony z udanej ucieczki nie zauważyłem policjanta oraz porządkowego i przeleciałem na wprost. Żeby wrócić możliwie szybko na trasę musiałem ciąć przez jakieś krzaki. No cóż, czasem stan euforii i skulona pozycja czasowa wyłączają zdrowy rozsądek i skupienie.

 

     Niezbyt bezpiecznie czułem się również przejeżdżając przez strefę bufetu. Bo chociaż starałem się stosować do zarządzonego tam ograniczenia prędkości, to jednak biegający po tym odcinku kibice, w tym również małe dzieci, a także osoby odwiedzające Expo, stanowiły spore zagrożenie. Zresztą już chwilę wcześniej należało trzymać nerwy na wodzy, na krótkim odcinku, na którym równolegle poprowadzone były trasy rowerowa i biegowa. Osobiście byłem świadkiem jak jakaś podniecona mama kompletnie zapomniała o swojej dwójce maleńkich dzieci, które jak gdyby nigdy nic szły sobie grzecznie za rączkę…środkiem, wprost pod pędzących zawodników. Podejrzewam, że hasło „…pieszy wtargnął na jezdnie….” tego dnia biło rekordy. Szczególnie w okolicach godziny pierwszej, kiedy wierni parafii w Żołędowie opuszczali kościół po niedzielnej mszy. A niefart chciał, że akurat pod ich kościołem jacyś popaprańcy postanowili pobawić się jakiś triathlon. I to jeszcze w Dzień Święty. Aż zamknąłem oczy kiedy kilkadziesiąt metrów przede mną pewna starsza pani postanowiła właśnie teraz przejść przez jezdnie. Elegancko, zgodnie z prawem, jak przystało na porządną obywatelkę, po pasach. Kompletnie nic nie robiąc sobie z biednego policjanta, który biegnąc do niej i niemiłosiernie gwiżdżąc omal nie rozsadził swojego gwizdka i nie nabawił się rozedmy płuc. Zresztą chwilę później strażak/porządkowy tak się rozemocjonował kierując jadących z naprzeciwka zawodników, że wylądował na moim pasie drogi. Ostry manewr wymijania z łapami na lemondkach do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych nie należy, ale jakoś udało mi się po wielu niespodziewanych przygodach dotrzeć do mety roweru w jednym kawałku, w dobrym tempie i co najważniejsze dobrze odżywiony i napojony. Bo na te dwa aspekty szczególnie zwracałem uwagę. Cały czas żarłem żele, batony i cholernie dużo piłem. Tu wielki ukłon w stronę organizatora. Wody było pod dostatkiem. Była chłodna, w odpowiednio dużych butelkach, które pasowały do koszyków i świetnie się z nich nalewało do bidonów na lemondkach. Słowa uznania także dla wolontariuszy. Byli naprawdę oddani swoim zadaniom i bardzo sprawnie podawali nam wszystko czego potrzebowaliśmy.

    

Do T2 dotarłem stosunkowo świeży i w niezłej formie psychofizycznej. Znów musiałem się zmierzyć z woreczkami, wieszakami i poszukiwaniem swojego miejsca w boksie na rowery. Przy okazji połamałem nowiutki kask aerodynamiczny, próbując wcisnąć go w pośpiechu do worka. Niemniej jednak opanowałem emocję, tętno się uspokoiło i mogłem spokojnie szukać swojego tempa i rytmu w biegu. Zdążyłem jeszcze minąć mój sztab (tzn.rodzina i przyjaciele) i trafiłem na Piotrka Nettera, który oznajmił mi, że jest dobrze i jeśli utrzymam rozsądne tempo to mogę skończyć w okolicach 5 h, a nawet je złamać. Ta informacja od razu dodała mi sił. W najśmielszych snach i marzeniach nie zbliżałem się do tego wyniku. Celowałem raczej w wynik w okolicach 5.10. A tu taka informacja. Szybko jednak przypomniałem sobie wydarzenia sprzed dwóch miesięcy. W Suszu na bieg też wchodziłem po dość mocnym początku, z dużym zapasem czasu i wszystko wskazywało na wynik lepszy od oczekiwań. A potem klops. Kompletny kryzys na biegu i te cholerne 2.08 na półmaratonie, prześladujące mnie przez całe wakacje.

 

   Wiedziałem, że muszę tym razem słuchać trenera. A on od dawna powtarzał jak mantrę – „triathlon zaczyna się na biegu, najważniejsze jest dobre żywienie i picie oraz powolne rozkręcanie tempa”. Czyli najpierw spokojnie, a z czasem jeśli będzie moc, można przyspieszyć. Oczywiście najłatwiej byłoby biec na GPS w zegarku. Policzyłem, że jeśli utrzymam równe tempo 5 minut na kilometr, będzie bardzo dobrze. Niestety moje urządzenie zwariowało i co chwila wskaźnik tempa skakał od 3’45” do 7 minut. Może i nie biegam najlepiej i mało rytmicznie, ale takiej arytmii nie wytrzymałby nawet Emil Zatopek. Nie mając wsparcia w technice uznałem, że będę pokonywał trasę na wyczucie. Te jednak najwyraźniej nie jest moją najmocniejszą stroną, bo po chwili zorientowałem się, że wyprzedzam kolejnych zawodników, którzy z postury i techniki biegu wyglądali na znacznie lepszych ode mnie. W pewnym momencie jeden z nich – Daniel Glajc – zapytał mnie jaki wynik atakuję, bo dość ostro idę. Okazało się, że mamy podobny cel i dość podobne ambicję względem półmaratonu. Gdyby nie ta niewinna zaczepka, pewnie wypompowałbym się na pierwszej pętli i znów ostatnie kilometry kończyłbym w agonii.

 

Daniel okazał się rewelacyjnym pacemakerem. Trzymał rytm jak szwajcarski zegarek, a nasz miła, chociaż szarpana co raz to krótszym oddechem konwersacja, znacznie skróciła monotonię dystansu. W międzyczasie na kolejnych nawrotach mijaliśmy się z głównymi bohaterami zawodów – Adam Kacprem i Tomkiem Spaleniakiem. Adam po rowerze wciąż utrzymywał sporą przewagę, jednak Tomek, który w biegu jest znacznie mocniejszy konsekwentnie, metr po metrze odrabiał straty. Próbowałem z nim złapać jakiś kontakt, podając mu informację o dystansie jaki go dzieli od lidera. On jednak, niczym w transie, kompletnie wyłączony, w imponującym stylu ścigał swojego rywala. Na trasie pojawili się też Ironmani. Ich widok, szczególnie tych, którzy chcieli po prostu zaliczyć królewski dystans, wywoływał we mnie uczucia olbrzymiego szacunku, ale i współczucia, bo wiedziałem jak sam jestem zmęczony, a oni mieli przed sobą jeszcze tyle kilometrów do pokonania.

 

     Na końcówce drugiej pętli wciąż trzymaliśmy się z Danielem i nasza współpraca przebiegała idealnie. Szliśmy równym tempem i wszystko wskazywało na wymarzony wynik z czwórką z przodu. Zacząłem się nawet powoli przyzwyczajać do tej myśli. Mało tego. W wyniku euforii, zapewne wywołanej nadmiernym zastrzykiem endorfin, w połączeniu z coraz większym niedotlenieniem mózgu, szybko zweryfikowałem swoje plany startowe i wynik poniżej pięciu godzin stał się moim jedynym celem. Na nawrocie drugiej pętli popełniłem mały błąd i nie złapałem kolorowej opaski od wolontariuszki. Zrobiło się małe zamieszanie, musiałem się na chwilę zatrzymać i zanim się obejrzałem, Daniel był już kilka metrów przede mną. To niesamowite, że przy tak skrajnym zmęczeniu,, kiedy zawodnik jest na wyciągnięcie ręki, kilka metrów to tak potwornie duża odległość. Próbowałem go doganiać, ale te przyspieszania omal nie skończyły się tragicznie. Mnie złapała kolka, a Daniel zniknął gdzieś daleko przede mną. To trzecie kółko było zresztą najbardziej dramatyczne. Walczyłem z kolką, bardzo spadło mi tempo, dogoniło mnie kilku zawodników, z którymi od początku ustawialiśmy się na ostrą rywalizację, ale przede wszystkim podupadłem psychicznie. Nagle dystans do pokonania stał absurdalnie długi, cały ten triathlon przestał mi sprawiać przyjemność i w ogóle to zdałem sobie sprawę, że znam co najmniej 1000 lepszych i przyjemniejszych sposobów na spędzenie leniwego, niedzielnego popołudnia.

 

   Kiedy ja walczyłem ze swoją słabą silną wolą, liderzy stoczyli jeden z najbardziej efektownych i epickich pojedynków w historii polskiego triathlonu. Tomek był już na plecach Adama, kiedy obydwaj wbiegli na ostatnią prostą. Wycieńczony desperacką ucieczką Adam, upadł tuż przed metą i doczołgał się do niej na czworakach, przerywając wstęgę ręką. Tomek Spaleniak wpadł dwie sekundy za nim. Dwóch herosów walczyło ze sobą przez ponad cztery godziny, po to, aby o zwycięstwie decydowały trzy szybciej postawione kroki. Wzorem największych światowych triathlonów, mieliśmy w Borównie nasz polski „CRAWL”. Lepszej promocji tej dyscypliny w naszym kraju nie wymyśliliby hollywoodzcy scenarzyści. Ale co ja mogłem o tym wiedzieć. W tym czasie miałem przed sobą jeszcze dobrych 8 kilometrów i z trudem mobilizowałem się do dalszej walki. Fantastyczna atmosfera i wrzawa na głównym nawrocie oraz nieoceniona pomoc moich najbliższych sprawiły, że do ostatniego kółka zabrałem się ze sporą werwą. Co prawda miałem świadomość, że złamać pięć godzin będzie bardzo ciężko, ale wciąż była szansa na bardzo dobry dla mnie rezultat. Dlatego postanowiłem się zmobilizować. Na jakieś nadzwyczajne przyspieszenie nie miałem już siły. Mięśnie nóg, a szczególnie uda bolały co raz mocniej. Muszę przyznać, że w znacznie lepszej formie były łydki, co zapewne zawdzięczałem świeżo zakupionym opaskom kompresyjnym.

 

Mimo wszystko starałem się z całych sił przeć do przodu. Skupiłem się na obliczeniu, jak szybko muszę biec i ile minut mi pozostało do granicy pięciu godzin. Wielkie dzięki temu, kto wymyślił 60 sekund w minucie. Komplikacje z policzeniem odpowiedniego tempa, pomnożenie go przez pozostały do pokonania dystans i inne niuanse czasowe, sprawiły, że nagle znalazłem się na finiszu. W oddali zobaczyłem tylko zegar. Na efektowny sprint szans nie było, ale udało się przeciąć metę dość prężnym krokiem. Po jej przekroczeniu wyczerpany padłem na asfalt. Wiem, że tego dnia nie mogłem z siebie dać wiele więcej. I szczerze mówiąc właśnie z tego jestem znacznie bardziej dumny niż z czasu czy też miejsca. Bo w sporcie przede wszystkim chodzi o to, by dać z siebie wszystko. Niestety nie wszyscy sportowcy, szczególnie Ci profesjonalni, świetnie opłacani, o tym pamiętają.

 

Jak już złapałem oddech, podbiegła do mnie moja trzyletnia córeczka, najpierw mnie ucałował i powiedziała, że jest ze mnie dumna, po czym spytała… czy oddam jej medal.

 

P.S. Po starcie zdążyliśmy pojechać do hotelu, wykąpać się i zjeść obiad. Niestety nie mogliśmy zostać do końca rywalizacji na dystansie długim. Około 21.30 kiedy mijaliśmy rogatki Warszawy dostaliśmy wiadomość. Piotrek Kotarski jest na mecie. Po 14 godzinach, 25 minutach i 28 sekundach. Nieżywy, ale szczęśliwy i samozrealizowany. Dla mnie Piotrku jesteś największym bohaterem. Ty i 99 innych twardzieli. I chciałbym Wam jeszcze podziękować za jedno. Widziałem Was na trasie i już wiem, że na pełnego Ironmana jeszcze chwilę poczekam. Pokora w triathlonie to podstawa.

 

Poprzedni artykułdr Jakub Czaja
Następny artykuł5.30

Powiązane Artykuły

15 KOMENTARZE

  1. @Miłosz – świetna relacja!!! wypunktowane wszystkie braki i potwierdza się to z innymi relacjami i nawet obejrzeniem krótkiego filmu z 2011 – masa „nie zawodników” na trasach i dobieg do strefy zmian z wody i sama strefa – widać nic się zmieniło na lepsze – jak już pisałem impreza o randze mistrzostw ale ze sponsorem który robi sobie reklamę więc niech się postara o właściwą organizację – jestem ciekawy jaka jest odpowiedzialność organizatorów kiedy dojdzie do wypadku na trasie rowerowej bo jakiś cymbał kierowca wyjedzie mu pod koło? Rozumiem, że oprócz kosztów leczenia zwraca również nowy rower taki sam jaki został zniszczony?:-)

  2. Szybko wyjaśniam. Kask jest super, chyba coś tam daję, a na pewno poprawia nastrój bojowy. Ten mój jest nawet dość bezpieczny. Wiadomo, że kaski tradycyjne sa bardziej trwałe. A to co mi się ułamało, to element aerodynamiczny, bardzo delikatny, ale nie wpływający na bezpieczeństwo. Taki odstający nausznik. Zresztą połamał się pod wpływem nacisku butów kolarskich, więc raczej miał prawo. Po prostu upychanie wszystkiego w pośpiechu do jednego wora nie jest optymalną metodą dla tego typu urządzeń. Generalnie kaski aero polecam 😉

  3. Super relacja, dzięki. Moją uwagę zwrócił ten fragment:

    > Przy okazji połamałem nowiutki kask
    > aerodynamiczny, próbując wcisnąć go w
    > pośpiechu do worka.

    Słyszałem, że kaski aerodynamiczne to makiety ale żeby się rozwalił przy pakowaniu? To jak niby taki kask ma chronić mój łeb gdyby zdarzyło mi się zatrzymać na jakimś płocie? Planowałem taki zakup, ale to chyba nonsens

  4. @zdroof – relacja ze zdjęciami pojawi się w weekend. Sporo pracy zawodowej i musiałem odłożyć w czasie pisanie. Ale dziękuję za ponaglanie 🙂 Co do zbierania uwag dotyczących organizacji zawodów. Masz rację i myślę, że w miarę rozwoju AT takie relacje będą bardzo szczegółowe i na bieżąco. W tym roku powstało kilka takich opisów z bardzo szczegółowym wyliczeniem, co naszym zdaniem było dobre, a co do poprawki (Susz, Malbork, Środa Wielkopolska). Relacje Maćka i Kuby również spełniają takie zadanie. Moim marzeniem jest, aby wszystkie duże imprezy w Polsce szczegółowo dokumentować w formie foto – video i na tej podstawie wystawiać świadectwa organizatorom. W przyszłym roku będzie już łatwiej organizować takie podsumowania, bo jesteśmy bogatsi w wiedzę i doświadczenie z tego sezonu. Myślę, że w ciągu najbliższych dwóch lat uda się w taki sposób wypełnić Kalendarz Imprez, że wybierając zawody będziecie mogli przejrzeć bogatą ilustrację i opis organizacji. Oczywiście zachęcam do włączenia się w ten proces. Jeżeli jedziecie na jakiekolwiek zawody, róbcie dokumentację foto-video i przesyłajcie.

  5. Ahhh te 48 sec… ale przynajmniej jest o jeden cel więcej na 2013 rok (tak jak u Łukasza w IM vide Kalmar). Gratulacje
    Ale jak czytam o tych „niedoróbkach” to mnie trafia – ja oczekuje od takich zawodów 100% profesjonalizmu i przygotowania pod startujących – samochody na drodze? ludzie biegający po trasie z dziećmi? ta dobiegówka z wody do T1? (widziałem to na filmie z ub roku o koszmar!) 500 rowerów jeden za drugim i brak sędziów ale i warunków z uwagi na ruch żeby jechać osobno? Dlaczego wszyscy to tak pobłażliwie traktują? W końcu Panasonic robi sobie reklamę jako sponsor to niech zadba o to, żeby było lepiej! Niech będzie droższe wpisowe ale za to lepszy serwis. Grzegorz pisze, że złapał gumę przez ruch samochodowy i czas – czy kogoś to obchodzi z organizatorów? Myślę, że słabo – wpłaciła rzesza wariatów kasę za wpisowe i na tym koniec przyjemności. Oczywiście przejaskrawiam ale w moim zawodzie za takie niedoróbki płaci się większą cenę i jestem zdania, że nie można tak po prostu machnąć ręką. AT powinna zbierać takie uwagi i publikować i wymuszać na organizatorach zmiany. Odnoszę na razie wrażenie że na wielu zawodach startujący są traktowani jako dostawcy kasy i robi się dużą reklamę tri, żeby takich dostawców było więcej ale poziom organizacji wiele się nie zmienia. Ja bym np. wstydził się tego dobiegu do T1 w Borównie i zrobił wszystko, żeby wyglądał inaczej – piasek z pustyni, sztuczna trawa, cokolwiek – chyba takiego Panasonica stać na taki gest?
    Dlatego też czekam i doczekać się nie mogę – Łukasz – na szczegółową relację z Kalmar i porównanie organizacji – pamiętam obietnicę artykułu;-) Cenne są też dokładne relację z innych zawodów zagranicznych z podaniem kosztów bo być może lepiej dopłacić i startować zagranicą jak u nas nic się nie będzie zmieniało na lepsze.

  6. Gratulacje!!!
    Maciej jesteś GIGANT triathlonowy i dziennikarski.
    Miło sie czytało, tym bardziej, że tam byłem i czułem się tak jakbym jeszcze raz pokonywał tą trasę..
    Dzięki.

  7. Marzy mi się takie tempo pływackie.
    Gratulacje wyniku i wspaniałej relacji.
    Macieju nie ociągaj się! Najważniejsze to postawić sobie kolejny poważny cel. Ja rok temu kończąc w Borównie połówkę z podobnym czasem wiedziałem już co będę robił w 2012 w Borównie.

  8. Gratulacje, piękny opis – czuję się jak bym tam był. Z tym medalem to tak jak bym swoją pociechę słyszał 🙂 Ja też mam zamiar spróbować swoich sił za rok w Suszu na tym dystansie ale muszę jeszcze nad pływaniem popracować.
    Pozdrawiam z osiedla Krzywa Iwiczna (mieszkam na tym osiedlu co pana mama i nawet raz podczas biegania mijaliśmy się jak pan na rower się zbierał 🙂 ).

  9. Bardzo przyjemnie się czyta, gratuluje wyniku. Im więcej czytam o triathlonie tym bardziej mi się chce trenować 🙂

  10. ja „ograniczony ruch samochodowy” opłaciłem wymianą dętki i utratą 8 minut … ale nic to. Fajna impreza, przy której jednak trzeba jeszcze popracować (np. asysty przy zawodnikach na dystansie 140,6 którzy sami biegli po zmroku). Gratuluję wyniku !!

  11. jak dobrze że w sród nas jest ktoś kto lubi pisać :). Miło poczytać.
    Ja podobnie jak Ty zabawę w TRI zaczołem w tym roku, a w Suszu byłem sekundy przed Tobąi jesteś moim wykładnikiem „postępu” w budowaniu formy.
    Ja w Borównie robiłem IM i to było super 11.53
    pozdrawiam i dzięki za artykóły na AT

  12. Hejka, dzięki za relację, ja trenuję od Maja i skończyłem na 281 miejscu. Wiem, że mam rezerwy ale taki wynik to marzenie. W przyszłym roku zasadzę się na jakieś 5:50. Dla mnie wystarczy. Pozdrawiam Witek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,618FaniLubię
1,009ObserwującyObserwuj
293SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X