HardaSuka Ultimate Triathlon Challenge – cz. 1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

HardaSuka to trasa. Bardzo trudna triathlonowa trasa. Możliwe, że jest nawet tą najtrudniejszą, na jakiej przyszło się żelaznym ludziom ścigać do tej pory. Swą niewdzięczną nazwę zawdzięcza temu, że sama jest bardzo niewdzięczna i śmiertelnie zdradliwa. Kiedy myślisz, że już ją ujarzmiłeś, że masz nad nią kontrolę ona podnosi łeb i szczerzy swe kły. To jest wspomnienie i opis tego, co działo się w ostatni weekend w polskich i słowackich Tatrach. Nie jest on pisany na zachętę. Wręcz przeciwnie. Jeśli myślisz, że dasz radę się z HardąSuką uporać, przeczytaj to i mocno się zastanów, zanim zrobisz głupotę. Porozmawiaj z tymi, którzy ją ukończyli, jak i tymi, którzy w pełni sił podjęli rozsądne decyzję o rezygnacji z tego przedsięwzięcia. Wiem jednak, że znajdą się nowi śmiałkowie, którzy będą chcieli się z nią zmierzyć, a Ona będzie chciała zebrać swoje żniwo, którego na szczęście nie zebrała tym razem. Mnie i moim czterem kolegom się udało. Co prawda nie wszyscy dotarli do mety, ale jesteśmy wszyscy cali i zdrowi, no może stosunkowo zdrowi. Skończyło się dobrze – jednak mogło całkiem inaczej, a zaczęło się to w moim przypadku tak niewinnie…

 

W pochmurny listopadowy dzień, kiedy powoli wznawiałem treningi po minionym sezonie, jakiś kumpel jajcarz podesłał mi taką informację: 

 

„Sprawdź się z HardąSuką, która udowodni Ci, czym jest PRAWDZIWA STAL. HardaSuka to najtrudniejsze wyzwanie, jakie sobie możesz wyobrazić. 4.5 kilometra nocnego pływania w lodowatych wodach Zalewu Orawskiego, 225 kilometrów rowerem dookoła Tatr, a na koniec 55 kilometrowy ultra bieg przez całe polskie Tatry. Całość to ponad 7 tysięcy metrów przewyższenia. Myślisz, że dasz radę? Prześpij się i przemyśl to dobrze, bo kiedy będziesz w nocy płakać z zimna i bólu na ostrej tatrzańskiej grani, nie będzie komu Cię przytulić i pocieszyć. Będziesz tylko Ty, Twoje cierpienie i Twój strach. Zostałeś ostrzeżony. Chcesz się sprawdzić? Spotkajmy się na starcie i być może zobaczymy na mecie.”

 

hardasuka1

Po przeczytaniu tego przeszył mnie niemiły dreszcz. Moja babcia powiedziałaby „Śmierć cię powąchała”. Zastanawiałem się, kim jest szaleniec, który rzucił takie wyzwanie? Kim są ludzie, którzy się go podejmą?  Od tej pory HardaSuka śniła mi się po nocach. Tatrzańska grań pojawiała mi się przed oczami niemal w każdej chwili zamyślenia.

 

Harda Suka_Swim_Bike_Run_-_profil_trasy

 

HardaSuka była czymś, o czym kiedyś marzyłem, ale marzenia te dawno już zakopałem. Była jednak jak kornik, który głowie wiercił dziurę, nie dając zapomnieć o sobie. Wiem, że nie jestem szybki, wiem że nadal za ciężki, ale wiem też, że jestem wytrzymały, odporny na ból, uparty, że mam łeb, który w trudnych sytuacjach nie pęka. A poza tym… chcę sobie coś udowodnić. Rok wcześniej zaraziłem się biegami ultra i w tym roku chciałem to kontynuować, ale zgłosić się do tego szaleństwa nie miałem odwagi i nagle jest! Ktoś pierwszy podniósł rękawice i napisał:  

 

„Cokolwiek cię ukształtowało, kimkolwiek jesteś i cokolwiek skłoniło cię do wymyślenia takiego ultratriathlonu – to sprawia, że gdzieś tutaj siedzi człowiek – zgięty wpół, wpatrzony w ekran swojego komputera, ze zjeżoną na karku sierścią… Czas… on jest wyznacznikiem. Podaj datę. Widzimy się za pół roku.”

 

I już wtedy wiedziałem, że też stanę na starcie i jak dobrze odrobię lekcję jestem w stanie zmierzyć się z HardąSuką. Czasu jednak nie było wiele. Do planów startowych, oprócz triathlonu, dołożyłem niespodziewanie kilka biegów ultra, co mój trener skwitował tylko głupim spojrzeniem. Zacząłem potajemne przygotowania do tego wyzwania. Chciałem się do tego przyznać dopiero jak będę pewien, że dam radę. Trening był czystą siłową orką. W rowerze zablokowałem lekkie przełożenia. Z braku czasu mogłem go robić tylko w drodze do pracy, więc były to krótkie, ale „twarde” treningi. Zaczęły się częste wypady w góry, by próbować się w różnych warunkach. Dodawanie rozpisanych obciążeń i dystansów. Starty biegowe na dystansach od 50 do 100 km, aż wreszcie w maju paru osobom przyznałem się, w czym chcę wziąć udział. Nikt jednak chyba nie potraktował tego poważnie. Ktoś stukał się w głowę, a na forach internetowych przewalała się właśnie dyskusja o tym, że ten wyścig to idiotyzm, narażanie życia i chęć udowodnienia nie wiadomo czego. Częściowo trudno się z tym nie zgodzić i ciężko z tym dyskutować, ale jest coś takiego jak marzenia, które mówią o tym, jakim jesteś człowiekiem, a ich realizacja sprawia, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Tymczasem ja nie mogłem skompletować supportu. Jak na złość kumple albo łapali kontuzje albo mieli już inne plany. Zastanawiałem się, czy to nie jest jakiś zły omen. Jednak w końcu udało się! Trzy osoby będą ze mną. Podejrzewam, że gdyby wiedzieli z czym to się wiąże, nie zdecydowaliby się pewnie na to. Jednak nie wiedzieli i są. 

 

27 czerwca spotkaliśmy się późno czerwcowej nocy nad Zalewem Orawskim. Z 26 zgłoszonych śmiałków pojawiło się tylko pięciu. Artur, Marcel, Marcin, Tomek i ja. Każdy z nas ma świadomość, że startuje na własną rękę i odpowiedzialność. Zero organizatorów, zero wpisowego, zero ratowników, zero punktów żywieniowych, zero medali na mecie. Wszystko trzeba zapewnić sobie samemu. Zmiany w T1/T2 i odżywianie na trasie musi ogarnąć Twój support. Jeżeli nie dasz rady, nie możesz liczyć na jakąkolwiek pomoc, sam będziesz musiał sobie poradzić.

 

start

 

Start punktualnie o północy. Mamy przepłynąć zalew w linii prostej nawigując na mrugające światła awaryjne ustawionego po drugiej stronie samochodu. Samochodu oddalonego k..sko daleko, bo aż o 4,5 km. Ktoś dla rozluźnienia żartuje, że myślał, że to będzie dalej. Jednak nikt z nas chyba jeszcze nie płynął na wprost tak daleko. Pomarańczowe światełka są ledwo widoczne. Pierwszy strach. HardaSuka pokazała swoje głębokie trupio czarne ślepia. To dziwne uczucie, kiedy nagle pięciu facetów, którzy zaraz zaczną rywalizację, ma dużą ochotę zewrzeć szeregi. Poklepać się po plecach, strzelić koleżeńskiego misia. Wkładamy zielone flary chemiczne pod czepek, by mieć iluzję, że będziemy widoczni przez nasze supporty. Czerwoną wkładamy w rękaw. Mamy ją złamać i zaświecić w razie jakiegoś problemu. Zerkam kątem oka na moją ekipę i na ich twarzach widzę duże zdenerwowanie. „Śmiałkowie” natomiast mają przyklejone sztuczne uśmiechy, które mają sygnalizować, by pozostali się nie martwili. Słychać sapanie HardejSuki, szybsze oddechy, którym nie można się poddać, by móc swobodnie płynąć. Chcę jak najszybciej wejść do wody i nikogo już nie widzieć. 

 

http://youtu.be/vs6Woj3SuY0

 

Start! Zanim się zanurzyłem na brzegu pojawiło się jeszcze kilka postaci. Mój support powiedział mi później, że ludzie mieszkający w letnich domkach nad jeziorem, wyszli na falochron zobaczyć, co się dzieje. Ponoć byli przerażeni. Tym bardziej, że ekipy wspomagające w ciągu kilku minut bez słowa wsiadły do aut i odjechały, by czekać na nas po drugiej stronie zalewu.      

 

start1

 

A my płynęliśmy, choć w zasadzie tkwiliśmy w ciemności. Pływanie w nocy nie można porównać do niczego. Jest niemal tak samo ciemno z głową pod wodą jak i nad nią. Dobrze, że woda nie jest aż taka zimna. Ma 16 stopni. Strategia długiego, głębokiego oddechu sprawdza się. Pierwsze kilkaset metrów płynę powoli, maksymalnie rozciągając się na wodzie. Stres mija. Kilka metrów przede mną widzę zieloną flarę pod czyimś czepkiem. Mocniejsze pociągnięcia rękami i podpływam. Nie widzę jednak pomarańczowych świateł awaryjnych, na które mamy nawigować. (Później okazało się, że lekko zmieniając kąt światła zasłoniły krzaki.) Płyniemy w złym kierunku?! Przed wejściem do wody ustaliłem sobie jeszcze dwa inne punkty, na które w razie czego będę płynął. Zmieniam kierunek, bo taki wydaje mi się słuszny. Wcześniej jednak na chwilę staję, wystawiam wysoko głowę, rozglądam się, ale nic nie widać. Lekka mgiełka unosi się nad lustrem wody. Moją uwagę przykuwa jednak głucha cisza. Dopiero po chwili słyszę ciche rytmiczne chlapania gdzieś z lewej, z prawej strony, z tyłu. Nie jestem sam, chłopcy płyną, jest dobrze. Ustawiam się równolegle do linii brzegowej i płynę na oślep. Ćwiczyłem to na basenie. Po prostu zamykasz oczy i starasz się płynąć w równej linii. Teraz idzie to szybko i sprawnie. Przestałem się przejmować, że nie wiem dokąd płynę. Jednak jakiś ukryty w głowie kompas kieruje mną. Później okaże się, że wcale nie kierował tak źle. Nadrobiłem raptem ok 500 m na tak długim dystansie. Do tej pory nie patrzyłem na zegarek, byłem zawieszony w czasoprzestrzeni. Wiedziałem, że ten dystans spokojnie przepłynę w 1h 30 min, ale bałem się spojrzeć, bo nie wiedziałem, co zobaczę? Czy minęła już godzina czy dopiero np. 20 minut od startu. Czas i dystans podczas nocnego pływania rozciąga się jak guma. Tymczasem zaczynają łapać mnie lekkie kurcze w stopach. To u mnie oznaka, że 3,5 km mam już za sobą.

 

wernik woda

 

Czuję też teraz chłód. Chcę przyspieszyć, włączyć do pracy nogi, rozgrzać się trochę, ale za każdym mocniejszym kopnięciem stopa wygina się w bolesny łuk. Zaczynam łapać lekkiego nerwa, że tracę cenny czas i wychładzam organizm, aż nagle jest! Pulsujące pomarańczowe światła znów się pojawiły. Patrzę na zegarek i widzę, że nie jest źle, do brzegu mniej niż kilometr, a to dopiero 1h 23 min aktywności. Nabieram wigoru. Pojawiają się też światła czołówek. Czekają na nas. Już z tej odległości widać jak skaczą z radości. Po 1h i 40 min wychodzę z wody trzeci.

 

 

Wszyscy szczęśliwi jakbyśmy wrócili po długiej rozłące. Cieszą się wszystkie supporty. Ja też się cieszę. Cieszę się, że trupio czarne ślepia HardejSuki patrzą na mnie spode łba, ale nic już nie mogą mi zrobić. Po chwili wychodzi Marcin. Ja piję gorącą herbatę, a on z mocno sportowym zacięciem przebiera się w czasie jak na dystansie 1/4 Ironmana. „Suka” jeszcze 20 min. będzie męczyła Tomka. Tomek zdecydował się na start bez pomocy osób z zewnątrz. Proszę mój team, by na niego poczekali. Marcel jest już na rowerze, Artur klepie mnie po ramieniu i wsiada na swój. Po tym etapie moja ekipa wspomagająca mówi mi, że teraz już są spokojni ale ja wiem, że to była dopiero rozgrzewka…

 

O tym, co działo się po rozgrzewce, dowiecie się jednak dopiero w poniedziałek…  

Powiązane Artykuły

8 KOMENTARZE

  1. Na profilu Pejsbukowym HardejSuki są też podlinkowane relacje zwycięzkiego Artura i Wernixa. Warto też przeczytać.

  2. Dobrze że ktoś podnosi poprzeczkę w ten czy inny sposób dając motywację i sprawiając że człowiek nie może mieć poczucia że cel został osiągniety. No chyba że celem jest samo dążenie do tego czy innego celu i to jest największą w tym sporcie frajdą. Bo jak się po wielu godzinach takiego „umierania” ma ochotę na więcej to znaczy że właśnie o taki cel chodzi. Gratulacje i podziękowanie za dołożenie kolejnego „celu”

  3. Czytałem kilka dni temu dyskusje na temat tych zawodów na portalu xtri… Różne myśli przelatywały przez głowę, w tym tez taka „ja nie dam rady?” :-). Na razie jednak nie podejmuje się takich hardcorowych wyzwań… Na razie… 😀

  4. niesamowite 🙂 wiedziałem, że wyzwanie jest z „kosmosu”, ale ten opis jak z najlepszej książki….czekam na następną część…
    Gratuluje !!! jesteście WIELCY !!!

  5. Musze sobie tylko wymyślić równie harde imię do promocji, zeby potem nie brać za nic odpowiedzialności;)) organizator widmo;)

  6. „Takich triatlonów mogę Wam „zorganizować” do woli jeszcze cięższych i bardziej hardych”

    Zorganizuj, jak będą ciekawe na pewno podejmiemy wyzwanie 🙂

  7. Gratuluje podjęcia wyzwania i ukończenia (ukończyło chyba 3 śmiałków)… choć normalne to nie jest do kwadratu;)) A skoro większość na dźwięk dystansu IM robi oczy jak 5-złotówka z rybakiem to o tym nawet nie warto w towarzystwie wspinać:)) Z drugiej strony jak mogą istnieć zawody… które nie istnieją? „Zero organizatorów, zero wpisowego, zero ratowników, zero punktów żywieniowych, zero medali na mecie. Wszystko trzeba zapewnić sobie samemu.” Takich triatlonów mogę Wam „zorganizować” do woli jeszcze cięższych i bardziej hardych nie ma problemu;)) Jest to stopień szaleństwa, którego jeszcze nie pojmuje, nie ogarniam no ale ja dopiero zaczynam przygodę z triatlonem… choć jak tak ma wyglądać przyszłość to to trochę jestem przerażony;))) Z niecierpliwością czekam na cz.2 relacji. Pozdr;)

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.

Śledź nas

18,455FaniLubię
2,468ObserwującyObserwuj
442SubskrybującySubskrybuj

Polecane