Hej młody Junaku, czyli Dąbrowa Górnicza Triathlon 2017

0
Dariusz Nowak

Hej młody Junaku smutek zwalcz i strach, czyli Dąbrowa Górnicza Triathlon 2017.

To już trzecia edycja rodzimego trósjportu i zapowiadała się równie pysznie jak poprzednie. Pozytywnie Zakręceni i CSIR DG zorganizowali wszystko, co trzeba było włączając w to pogodę i pianki do wypożyczenia na miejscu. No pychota. Dwie poprzednie edycje przygotowane były równie świetnie, więc tutaj nie było się czego obawiać. Ciekawostką była absencja naszego lokalnego, i nie tylko, matadora Sylwestra Kustera. Osobnik ten znany jest z tego, że szybciej leży niż większość śmiertelników biega. Amatorzy odetchnęli z ulgą, że mniej będzie dubli na rowerze, a ci najmocniejsi mogli się ścigać o pierwszą lokatę, a nie tylko o drugą.
W tym roku ekipa ma była w sile… wieku. Jedna sztafeta w składzie: Przemysław „Tytan”- pływacz, Szymon- „Pendolino” kolarzysta, Dario „Marchewa”- biegacz.
Jeden start solo w składzie: Ja-pływacz/rowerzysta/biegacz.
Ania „Jawor”- moja prywatna kobieta spędzająca ze mną, bez przymusu, swój na czas na tej planecie- wokalny wolontariat.
Urszula- żona Tytana- chórki, znaczy support na trasie.
Do zrobienia po raz trzeci była połowa ćwiartki czyli jedna ósma IM.

„Proszę wyjść z wody!”


Frontmanem imprezy ponownie był nasz dąbrowski weteran triathlonu Jerzy Sufranowicz. Pełnił rolę konferansjera oraz sędziego głównego zawodów.(i dobrego ziomala przy wydawaniu rowerów. Zainteresowani wiedzą „o co cho”). Jego syn Tomasz już rośnie w siłę i idzie pięknie w jego ślady.
-Dobra idę się rozgrzewać- rzekłem do sztafecistów i podreptałem do wody. Zanurzam gabaryt, gdy nagle sędzia nawołuje do wyjścia z wody i zakończenia rozgrzewki. No świetnie. Popłynąłem więc za pomost by mnie nie widzieli. Przepłynąłem kilka metrów, wychłodziłem nieco zad i ruszyłem nazad. Przybiłem piątkę Tytanowi, który ruszał 5 minut po solistach i zacząłem szukać swego miejsca pośród dziczy wspólnego startu. Jako, że strój miałem wyprany nie zależało mi za bardzo by się znaleźć w pralce więc taktycznie ustawiałem się maksymalnie z lewej strony w jakimś trzecim rzędzie piankowatych. Płyniemy po trójkącie. Do pierwszej bojki, zakręt w prawo, następnie do drugiej bojki, znów mijamy prawym ramieniem i powrót do mety, czyli do startu. Zaczęło się odliczanie. Syrenowym był Prezydent Miasta Pan Prezydent Zbigniew Podraza, który to palcem wskazującym zadął w róg i kawaleria ruszyła na podbój jeziora Bogoria III. Nieśpiesznym krokiem pląsałem do wody by zaś jeziorem w twarz nie dostać jak się to w przyszłości zdarzało. Parę delfinków i jedziemy. Tradycyjny but na maskę zaliczony, odhaczony. Zwalniam. Nie płynę po złotą płetwę. Próbuje się trzymać za zawodnikiem przede mną. Nic z tego. Ktoś chwyta mnie za nogę, a zawodnik z lewej uderza mnie w nadgarstek. Cóż, czyli jednak przyspieszam. Przy pierwszej bojce klasyczny kociokwik więc znowu nadrabiając płynę po zewnętrznej. Droga do drugiej bojki obyła się bez większego dramatu ani demonstracji rządowych. Po minięciu drugiej bojki zauważam kilku obywateli płynących w poprzek mojego kursu.
– Co jest do diaska?- pytam się bezgłośnie. Wyławiam więc łeb i spozieram w kierunku celu. Nie no dobrze płynę! Rzeczeni jegomoście dość mocno zaimprezowali się przy bojce i pomknęli najkrótszą drogą do brzegu. Skapnęli się jakieś kilkadziesiąt metrów od brzegu. Widziałem ich kątem oka (tak, mam taki kąt) jak płynęli wzdłuż brzegu kierując się do nadmuchanej mety. Kilka delfinków, dźwigam nadwagę z wody i obieram azymut na strefę T1.

„I on ją zaczyna widzieć powoli jakby, tą trasę”


W strefie jak zwykle wisi kilka milionów złotych w karbonie. Podbiegam do swojej grzędy, zrzucam drugą skórę, sprawdzam czas. Patrzę, a tu pulsomierz wskazuje normalnie godzinę a nie czas z pływania. Okazało się, że ktoś mi tak przywalił, że mi się sprzęt wyłączył. Ustawiłem wszystko tak jak miało być, zakładam kask, obucam się, ściągam węgiel firmy Specialized i ahoj przygody. W tym roku ku uciesze wszystkich lokalnych kierowców ścigamy się po głównej ulicy miasta. Trzy pętle plus dojazd. W sumie 20,5 km. Szeroka jak morze trasa łazienkowska, dwa pasy dla partycypantów a skrajnie prawy zostawiony dla samochodów. Słońce wieje, wiatr świeci. Cudo. Jako, że nie posiadam roweru szosowego jeno górski, tym razem jechałem na pożyczonym sprzęcie od kolegi Szymona, za co mu wielce dziękuję. Po raz pierwszy na zawodach jechałem na średniej 32 km/h. Zazwyczaj to jest może 26-27 km/h.
Mimo wszystko szybko utworzyły się wesołe pociągi, które pozdrawiały mnie przyjacielsko
– LEWA WOLNA!!- Krzyczał jeden z drugim i zaraz znikali za widnokręgiem. Nie miałem ani biletu ani nóg by się do nich przyłączać, więc spokojnie robiłem swoje. Przeskakiwałem sobie z pleców na plecy. Całą ostatnią pętle spędziłem na podziwianiu widoków pod tytułem Zabierzów Water Knights. Wiatr rozwiewał kask, asfalt szemrał z wolna. No mioder. Na końcówce trzeciej pętli podłącza się jakiś zawodnik pytając czy to już zjeżdżamy do strefy. Szybko sprawdzam liczydło. Oznajmiam, że tak i kierujemy się do T2.

 

Szymon „Pendolino” zawiaduje pociągiem. Foto Dariusz Nowak

…i z brzegiem zepnie drugi brzeg, na którym twój ojciec biegł.
Po przetoczeniu się przez T2 i wymianie ogumienia na biegowe, ruszam na trasę. Do zrobienia 4 pętle po ok. 1,2 km. Na każdej podbieg, podczas którego w myślach niecenzuralnie dziękuję organizatorom. Na szczycie owego stoi moja żona Zofia i ryczy na biegnących łabędzim głosem:
-Kto ma cztery gumki biegnie na metę, kto ma mniej biegnie kolejną pętlę!- Kurcze ja rozumiem, że trzeba się zabezpieczać, ale organizator faktycznie wolał nie ryzykować. A tak na poważnie to były oczywiście po to by w ferworze walki nie „skończyć” za wcześnie lub nie pobiec za dużo okrążeń. Po odhaczeniu czwartej pętli mijam moją wokalistkę i zmierzam na metę. Po drodze dyszeniem prawego płuca pozdrawiam organizatora. Po robocie. Wynik ja na mnie całkiem niezły. Potem posiłek, odbiór rowerów. Potem idziemy pokibicować ostatnim na trasie.
-Odpoczywać będziesz w trumnie!- Wydzieram się na dwóch ostatnich kawalerzystów. Taki mój mały sympatyczny rytuał.
Podsumowując imprezę powiem tylko że było wybornie i że czekamy na kolejną edycję. Życzę wszystkim by imprezy triathlonowe były zorganizowane na takim poziomie. Jedyne do czego można było mieć pretensje i niektórzy słusznie mieli to brak wody na trasie biegowej ale to detal, który na pewno zostanie poprawiony w przyszłości.

 

Szymon, ja, Tytan, Marchewa. Foto: Dariusz Nowak

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here