Pralka, strach i stromy podjazd – czyli mój pierwszy triathlon

2
fot.Piotr Naskrent/Maratomania.pl;

Garmin Iron Triathlon Radków. Zalew Radkowski. Patrzę na tafle wody i widzę swoją twarz pełną strachu. Przyglądam się dłużej i widzę w niej także olbrzymią motywację. Mam szybkie myśli. Obaw jest mnóstwo. Bardzo słabo pływam, boję się pływania w otwartych wodach i obawiam się startu, czyli tzw. pralki, gdzie wszyscy zawodnicy naładowani energią i adrenaliną, w tym samym czasie chcą płynąć w kierunku najbliższej boi kierunkowej.

Najważniejsze jednak jest to, że jestem teraz tu, gdzie chciałem być. tutaj. Przecież rok temu o tym marzyłem, a teraz jestem kilka minut przed moim debiutem w 1/8 Ironmana w Radkowie. Szukam wewnętrznego spokoju i próbuję się wyciszyć.

Droga do tego momentu nie była łatwa. Poprzedziło ją wiele trudnych decyzji, bardzo dużo pytań, na które nie zawsze potrafiłem znaleźć odpowiedź. Był rok 2013, a triathlon swój rozkwit miał jeszcze przed sobą. W polskim internecie było mało informacji na temat tej dyscypliny sportu. Na szczęście znałem 2 triathlonistów, od których próbowałem dowiedzieć się jak najwięcej. Jednym z nich był mój klient, więc żeby zachować klasę i fason zadawałem bardzo fachowe pytania, ale po jego minie widziałem, że patrzy na mnie jak na „Janusza triathlonu”.

Drugim triathlonistą był Marek. Miał za sobą kilka starów i wykazywał otwartość na moje pytania, ale ja często nie wiedziałem, o co mam pytać. Miałem dużo informacji, których nie potrafiłem uporządkować. Zadawałem chaotyczne pytania typu: Co zrobić z pianką po pływaniu? Czy musze mieć kogoś, kto ją ode mnie weźmie? Co mogę mieć ze sobą w strefie zmian? Czy mogę do niej wrócić w trakcie zawodów?

To właśnie za sugestią Marka zdecydowałem się, żeby mój debiut w triathlonie był na dystansie 1/8 IM. Trzeba tam przepłynąć jedynie 475 metrów, a pływanie to cały czas moja pięta achillesowa. Przed zawodami przepłynąłem co prawda podobny dystans na basenie, ale tam można było się zawsze przytrzymać ściany, odetchnąć chwilę przy nawrocie, w dowolnym momencie chwycić się liny i zatrzymać. Tutaj jestem ja, woda i… nawigacja. Nie ma torów i przejrzystej wody, czarnej linii na dnie, według której można nawigować. Tylko ode mnie zależy, czy płynę w dobrym kierunku i właściwie omijam boje.

Ubrany w piankę, dryfuję w wodzie, wyczekując wystrzału z armaty, który daje znak startu.

(relacja z zawodów oraz wspomniany wystrzał z armaty 6:52)

Zaczynam płynąć.  Dostaję jeden kopniak w żebra, drugi w udo i na szczęście stawka zaczyna się rozciągać. Swoim tempem pokonuję kolejne metry.  Z wody wychodzę po 11 minutach i 35 sekundach. Przepłynąłem 475 metrów w tempie około 3 min/100m. Po zawodach sprawdziłem, że pierwszy zawodnik wyszedł z wody po 6 minutach i 12 sekundach. Kiedy to zobaczyłem, wiedziałem, że czeka mnie tytaniczna praca. „Jest jeszcze z czego urywać” – analizowałem swój słaby czas.

Byłem tak podekscytowany faktem zapisania się na pierwsze zawody triathlonowe, że umknęła mojej uwadze informacja, że jest to górska odmian triathlonu i trzeba w niej pokonać 12-kilometrowy podjazd z Radkowa do Karłowa z 370 metrów przewyższenia. Od kilku do kilkunastu procent nachylenia. Cały czas pod górę. Nie ma nawet metra wypłaszczenia. Dobrze, że uzmysłowiłem sobie ten fakt na 2 tygodnie przed zawodami, a nie w dniu startu. „Zrobiłem sobie super prezent na debiut w TRI – pomyślałem. Z pewnością lekko nie będzie. Na szczęście głowa miała jeszcze czas, żeby to przetrawić i zaakceptować.

Jadę rowerem. Jest ciężko, bo cały czas pod górkę i tak będzie jeszcze przez prawie 40 minut. Cały podjazd to bardzo dużo zakrętów i czasami średniej jakości asfalt. Dodatkowo w nocy padał jeszcze deszcz i cała nawierzchnia była wilgotna. Podczas podjazdu, nie przeszkadzało mi to, ale wiedziałem, że będę musiał się z tym zmierzyć, podczas zjazdów z bardzo dużą prędkością. Momentami było niebezpiecznie. Na kilku zakrętach organizatorzy namalowali farbą 3 duże wykrzykniki oraz napis HAMUJ. W Radkowie jest słynny zakręt śmierci. Nazwa niestety nie wzięła się znikąd. Sam byłem świadkiem, jak zawodnicy wyskakiwali z zakrętów, bo weszli w nie ze zbyt dużą prędkością. Na szczęście nic poważnego im się nie stało.

Pomimo trudnej trasy i panujących na niej warunków, rower ukończyłem  z 10 czasem na 42 zawodników. Teraz czas na bieg. Moja najsilniejsza konkurencja. Zostawiłem rower w T2 i rozpocząłem bieg. Na początku swojej przygody z triathlonem, nie słyszałem o treningach zakładkowych. Teraz boleśnie przekonałem się, co to znaczy bieg po rowerze. Próbuję biec, ale mam uczucie jakbym przesiedział w końskim siodle z pół dnia lub przepłynął okrakiem na beczce w podobnym czasie. Mam uczucie, że przebieram nogami w miejscu. Po pierwszym kilometrze to uczucie zaczęło powoli ustępować. Jednak siły w nodze nie było. Zawodnicy, nad którymi wypracowałem przewagę na rowerze, zaczęli mnie wyprzedać. Trasa szła lekko pod górę, a do agrafki, czyli miejsca gdzie się zawracało, trzeba było podbiec pod dość stromą górkę. Była na tyle wymagająca, że niektórzy musieli pod nią podchodzić.

fot.Piotr Naskrent/Maratomania.pl

Zacisnąłem zęby i wbiegłem ale na szczycie poczułem, że w mięśniach mam palący ogień. Zostało jeszcze 2,6 km z górki. Próbowałem wykorzystać nachylenie i przyspieszyć, ale nic z tego. Wysiłek podjazdu pod Karłów i dobiegnięcie do tego miejsca kosztował mnie zbyt dużo energii. Przeforsowałem tempo i nie było już mocy, żeby przyspieszyć. Wtedy zrozumiałem, co to znaczy trzy konkurencje w triathlonie.  Zmęczenia dawało mi się we znaki coraz bardziej i regularnie zwalniałem. Widząc już zbliżającą się metę wykrzesałem  z siebie resztki sił i przyspieszyłem, wiedząc, że zaraz będę mógł paść na ziemię i odpocząć. Wbiegam na metę, czuję ogromną radość, a w nogach potworny ból. Zawody ukończyłem w czasie 01:39:32, ale nie czas był tutaj najważniejszy. Istotne było to, że poznałem triathlon i spełniłem pierwszy etap mojego wielkiego marzenia – przekroczenia mety pełnego Ironmana.

W kolejnych felietonach opiszę szczeble zdobywania IM, profesjonalną opiekę trenerską i to, w jaki sposób zmieniła ona mój trening, moje myślenie o sporcie, mój triathlon.

2 KOMENTARZE

  1. To jeszcze jest praktykowany start wspólny ? Pralka to maniana powinni tego zabronić tzn takich startów. Start tylko rolowany czyli 6 osób max i następni 6 osób pyk i następni. I tak każdy ma chip więc jaki sen na wspólny start.

  2. Ja swój pierwszy Triathlon w Radkowie miałem w roku 2014 i był to mój debiut.
    Startowałem na 1/4 i nie ukończyłem pływania, po czasie wiem że wystraszyłem sie pralki w wodzie.
    Do Radkowa wracałem potem jeszcze ze 3 razy, zawody mają swój urok.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here