Półmaraton w Krakowie – historia pewnego debiutu

12

Jest marzec 2012 r. W życiu pewnego 42-latka pojawia się sygnał ostrzegawczy. Zawał serca? Nic z tych rzeczy. Aż tak dramatycznie nie było. Było tragikomicznie. Sylwetka zdecydowanie odbiegająca od normy powodowała, że zawiązanie butów wymagało nie lada wysiłku nawet na siedząco. Chyba trzeba kolejny raz w życiu zabrać się za siebie. Powrót do pływania, rower wyciągnięty na światło dzienne po kilku latach, dieta. W okolicach czerwca zupełnie przypadkowe natknięcie się na portal AT. Triatlon? Ja? Hahaha… A może jednak? Ale jest jedno “ale”. Ja nie potrafię biegać. Nigdy nie biegałem (wychowania fizycznego w liceum nie liczę). Po 100 m truchtu łapię zadyszkę. Może spróbuje? Jak się nie uda to trudno. Miesiąc czytania fachowej literatury, portali biegowych, for internetowych i mniej więcej wiem, jak się za to zabrać. Kupuje buty. Jest sierpień 2012 r., ważę już 10 kg mniej, zaczynam od marszobiegów 2-3 w tygodniu po 30 minut. Po ok. 6 tygodniach we wrześniu w Krakowie truchtam bulwarami nad Wisłą po raz pierwszy odcinek ok. 8-10 km.  Kolejne kilka miesięcy to coraz większe zafascynowanie triatlonem, nowe znajomości i budowana dzięki temu wiara, że to może się udać. W styczniu 2013 r. podejmuje decyzję o kilku startach: docelowo w Herbalife Triathlon Gdynia, wcześniej w serii Garmin Iron Triathlon, a po drodze krakowski Półmaraton Marzanny.. Zapisuje się. A co jeśli pogoda spłata figla?

 

Trzeba być czujnym.
Na początku marca przypominam sobie o fakcie uczestnictwa w zawodach i zaczynam śledzić prognozy pogody. Długoterminowe mają to do siebie, że rzadko się sprawdzają. Na ok. 2 tyg. przed startem wykres pokazuje, że w weekend będzie ok. 8 st. C. Do 17 marca mogę dokonać opłaty przez internet i robię to w ostatniej chwili. Jest jeszcze półmaraton w Żywcu, niedaleko mnie, tydzień wcześniej, ale tu prognoza jest bezlitosna – ma być ok. -5 st. C. Ale mi się udało…

16 marca 2013
Dzień po tym, jak dokonałem opłaty prognoza na przyszły weekend zmienia się. Co?!? -15 w nocy i -10 w ciągu dnia?1? Zaczynam kalkulować. Przecież ten start i tak niczego nie zmieni w przygotowaniu do zawodów triatlonowych, więc po co ryzykować. A jak się rozchoruje i stracę potem tydzień albo i więcej? Nie, nie jadę. A poza tym – mam do Krakowa ok. 100 km, miałem jechać z rodziną, która „dezerteruje” z uwagi na niskie temperatury (syn ma 5 lat i może nie „czuć” radości kibicowania w takim zimnie, a dla żony nawet +10 to ekstremalnie zimno, więc nie nalegam). Rozmawiając z bardziej doświadczonym kolegą, już triatlonistą, dowiaduje się, że taki bieg nie jest dobrym sprawdzianem przed zawodami tri. Tak więc argumentów „na nie” nie da się tak po prostu zbyć.

18 marca 2013
A może jednak pojadę? Prognoza nadal nieubłaganie pokazuje -10 st. w ciągu dnia i -15 st. w nocy. Po drodze rozwiązuje się jeden problem – znajoma organizuje mi „prywatny” parking bardzo blisko miejsca startu (dziękuję!), czyli jedna przeszkoda niespodziewanie znika. Mniej więcej co 2-3 godziny zmieniam zdanie bijąc się z własnymi myślami. Ok. Podejmę decyzję w ostatniej chwili. Tydzień planuje luźny – wtorek rower, środa spokojny bieg, czwartek rower i piątek pływanie. Wszystkie treningi po ok. 60 minut. W sobotę mam podróż służbową do Warszawy, więc trening odpada. Cały dzień w podróży – taka sobie ta regeneracja. Prognozę pogody sprawdzam kilka razy dziennie i to na trzech różnych portalach! Bezsensownie, bo jaki serwis aktualizuje ją tak szybko?

21 marca 2013
Rodzina dopytuje, czy jadę? Pyta żona, pytają rodzice. Żona z synkiem delikatnie dają mi do zrozumienia, że to już będzie kolejny dzień, w którym wyjeżdżam sam, bez nich. No to może pojedziecie? „W taki mróz? Chyba oszalałeś” – słyszę. Jak to rozumieć? Chyba powinienem zostać z nimi. No to takiego argumentu „na nie” nikt mi z ręki nie wytrąci!

22 marca 2013
Żona kupuje ostatnie dwa bilety do Teatru Lalek Banialuka na niedzielę. Idą razem z synem na Jasia i Małgosię. Już im nie będzie żal, że jadę… tzn. jeśli pojadę. Prognoza pogody zmienia się – ma być słońce, ale temp. nadal ok. -8 st. w ciągu dnia. Ale ale… odnajduje w regulaminie zapis, że pakiety wydawane są w niedzielę tylko do 9:30 – musiałbym wyjechać bardzo wcześnie, żeby zdążyć. Jeśli się spóźnię, to nie wystartuję. Bardzo poważny argument, żeby nie jechać – po co ryzykować? Dzwonię do biura zawodów, gdzie potwierdzają moje „obawy”. Hurra! Nie jadę – pomyślałem i zanim zdążyłem się zastanowić…
Słucham?! – bardzo miła Pani oferuje przez telefon swoją pomoc. W końcu jadę z daleka. Załamałem się. Taki piękny argument „na nie” i tak szybko runął jak domek z kart.

23 marca 2013
Pobudka o 4:45. Pociąg do Warszawy. Konferencja. Wykład. Szybki lunch. Jem lekkie potrawy choć w sumie nie wiem dlaczego… przecież ja nie biegnę! Koleżanka upewnia mnie, że z parkingiem nie ma problemu. Ale w tej Warszawie zimno. Co prawda taksówkarz mówi, że jest tylko -5 st. ale powietrze tnie twarz jak brzytwa. 14:20. Wracam. Dworzec Centralny. SMS – pisze Artur Pupka – kończy labę, tzn. odpoczynek po katordze na Majorce – właśnie skończył trening 2h trenażera z zakładką biegową 2 km w tempie 4:34. Dobrze, że jestem zmęczony. Nie mam siły się denerwować. Eureka! Artur nie jest miłośnikiem imprez biegowych. Jak mu napiszę jakie miałem plany to zważywszy na pogodę na pewno odradzi mi ten głupi wybryk. Piszę. Jest Odpowiedź. „Przeziębiłeś się? Jak nie to biegnij. Ma być słońce. Dasz radę.” Dostać nożem w plecy czekając na pociąg na Centralnym…I Ty przeciwko mnie?!?

5 minut póżniej…
Warszawa Zachodnia. Ding dong. „Z przykrością informujemy, że z powodu awarii lokomotywy pociąg ma 40-minutowe opóźnienie”. Skończyło się na 1h. No to teraz już na pewno nie biegnę! Jestem zły, zmęczony, jaki to ma sens? Pójdę rano na basen, a potem mogę sobie pobiegać u siebie i też będzie dobrze. Do domu docieram ok. 19:00. O 22:30 jestem już nieprzytomny ze zmęczenia, idę spać. Budzik nastawiam na 6:30 rano na wszelki wypadek ale i tak nie jadę!

24 marca 2013
Kraków. Jest przeraźliwie zimno. Na drogach lód. Okazuje się, że na miejsce nie dotarła połowa zawodników. Organizatorzy rozpaczliwie szukają tych, którzy mieli walczyć o zwycięstwo i rekord trasy. Nie ma ich. Podejmują decyzję. Zawody zostają odwołane. Co za ulga. Nie muszę się męczyć w taką pogodę…

6:00. Budzę się bez budzika. Nieprzytomny ze zmęczenia? Nic z tych rzeczy. Jestem wyspany. Zawody odwołane? Niestety to był tylko sen. Uświadamiam sobie, że właśnie nadszedł ten moment, w którym muszę podjąć ostateczną decyzję. Wstaje powoli. Agrafki! Muszę mieć agrafki żeby przypiąć numer startowy… chyba. Biorę zegarek, czujnik tętna, picie, czekoladę. Zjadam na śniadanie 2 kromki pieczywa z pełnego ziarna z dżemem pomarańczowym, wypijam mleko z miodem i w drogę. Zegarek naładowany? Idę do auta. Ooooo… szyby zamarznięte także od środka. Budujące. Jest -10 st., co jak się później okazuje nie jest niczym szczególnym, bo niektórzy mieli rano -19…

Kraków
Po ok. 90 minutach jestem na miejscu. Parkuję. Ale ta strefa daleko. Na drugim końcu Błoni, a biuro jeszcze dalej. Idę. Taka rozgrzewka. Po śniegu i nierównym terenie. Zegarek naładowany? Odbieram pakiet. Wracam do znajomych. Przebieram się. Jest 10:15. O której mam być na starcie? Nie wiem. To mój pierwszy raz. Temp. -7 st. ale zimno jest przeraźliwe. Muszę się dobrze rozgrzać przed biegiem. 10:20 – truchtam do miejsca startu. Jestem już na miejscu i jest mi nadal zimno. Ile do startu? Co? 35 minut? Truchtam, wymachuje ramionami, jakbym komary odganiał. Trochę cieplej. Staje. Zegarek naładowany? Zimno. Truchtam. Jak dalej będę tak truchtał to zrobię kilka km i nie dobiegnę do mety. Staje. Ludzi coraz więcej. Staje w środku. Zawsze trochę cieplej, tym bardziej, że trochę powiewa. Ile do startu? 5 minut. Gdzie stanąć? Jaki ja mam plan? Czy ja w ogóle mam jakiś plan?!?

Plan
Ukończyć. Oczywiście traktuje to z przymrużeniem oka. Ja miałbym nie ukończyć? Na treningach przecież biegam po 10-11 km, kilka razy przebiegłem 13-16 to chyba ukończę. Ukończyć w ok. 2 h… no dobra przyznam się, poniżej 2 h. Jakie to tempo? Hmmm… może dam radę. Ukończyć poniżej 2 h… ale tak wyraźnie poniżej. Ustawiam się w strefie 1:45-2:00. Dostrzegam pecemakerów z balonikami – niebieski 1:50 i biały 2:00. Czas włączyć zegarek. Jest sygnał gps, puls, wszystko ok. Ciekawe jak z baterią? Co? Jedna kreska? 2 h biegu? Aaaaaa!

Start!
Powoli dochodzimy do linii startu… w drogę, ku nowej przygodzie! Piiiii… low batery… piiii… zegarek wyłączył się po 100 m od startu. Co robić? Gdzie baloniki? Aaaaaa! Ratunku!!!! Biec za niebieskim? Nie, oddala się w zbyt szybkim tempie. Czekam na białego. Ale tłum. Gdzie biały balonik? Jest ok. 30 m przede mną, dobra, będę go pilnował. Tempo jak na mnie komfortowe. Dwie małe butelki z piciem w kieszeni, bo rozdawana woda może mieć temp. bliską zeru. Ok. 5 km przebijam się i biegnę obok białego balonika. Punkt z wodą. Nie biorę. Pije swoje. Upsss, też już zdążyło się mocno ochłodzić. Co robić? Biec dalej tym tempem „białego”, czy może przyspieszyć? Ale jak przyspieszę to skąd będę wiedział jak szybko biegnę? Jaki mam puls? Wypatruję w tłumie grupkę kilku osób, która planuje trochę przyspieszyć – raz kozie śmierć, biegnę za nimi. Oglądam się za siebie. Biały został w tyle. 10 km – kolejny punkt z wodą, jem czekoladę (żeli nie mam choć ktoś mówił, że warto). Trasa płaska z kilkoma niewielkimi podbiegami. Dla mnie biegającego na co dzień po większych górkach nie jest to utrudnienie. Robi się trochę cieplej – w środku i na zewnątrz. Po zrobieniu rundy bulwarami nad Wisłą wbiegamy w miasto, obiegamy Wawel i wracamy nad Wisłę, skąd kierujemy się już w stronę Błoni. Czuję, że nogi robią się co raz cięższe. Dobiegamy do Błoni. Biały balonik jest kilkadziesiąt metrów za mną czyli przyspieszyłem tylko na chwilę, a potem biegłem cały czas jego tempem? Trochę mnie to załamało, bo myślałem, że biegnę dużo szybciej.

Jest ok. 15 km. Pierwsze, zewnętrzne okrążenie Błoni w kierunku mety pokonuje z narastającym zmęczeniem, piję resztę napoju i zjadam ostatnie dwie kostki czekolady. Kiedy dobiegam do linii mety, tzn. mijam po zewnętrznej miejsce, do którego muszę dobiec po kolejnym pełnym okrążeniu Błoni, prowadzący wita na mecie kolejnego uczestnika i podaje czas 1:37 (potem okazuje się, że mój czas na 18 km to było ok. 1:37). Czyli zostały mi niecałe 23 minuty na ukończenie poniżej 2 h. Krótko lekko pod górę i czuję jakbym odzyskiwał siły. Mijam parę osób. Rozpoczynam przeciwległą długą prostą. Co robić? Ile mi zostało do mety? Przyspieszyć już, czy jeszcze czekać? Ryzykuje. Przyspieszam. Biegnę jak na siebie tempem bardzo szybkim, jakim? Nie wiem ale „na oko” wyraźnie poniżej 5 min/km na pewno. Mijam kolejne osoby, jestem już na ostatniej prostej. Ale co to jest za prosta! Ma chyba 1 km, biegnę, nie zwalniam, gdzie ta meta?! Jeszcze paręset metrów. Zaczynam chyba słabnąć. Mnie też mijają, a ja mijam już z trudem tych, co przede mną. Dam radę! Wytrzymam! 50m… 40 m… 30 m… aaaaaaaaaaa!!!!! W jednej sekundzie łapie mnie skurcz w obu łydkach, jest tak silny, że unosi mnie na palce i nie mogę kroku zrobić… teraz?!?! 30 m przed metą mam paść na ziemię? Staje i próbuje maszerować ale jest jeszcze gorzej… robię przysiad… wstaje… rozciągam łydki… jedna puściła, biegnę… boli… biegnę… meta! Grymas na twarzy przed metą mówi wszystko (nr 1581). A miałem metę minąć z uśmiechem.

 

Nie poddałem się przed startem. Ukończyłem! Czas? Jaki ja mam czas? Nie wiem! Mijając metę widziałem kątem oka 1… z przodu więc chyba jest poniżej 2 h. Numeru telefonu komórkowego nie podałem, więc nie otrzymam wyniku sms’em. Sprawdzę w necie. Zjadam tzw. posiłek regeneracyjny, czyli grochówkę (nie ważne co, ważne, że ciepłe). Każdy kończący zawody otrzymuje też folię termoizolacyjną – brawo! Bardzo się przydała. O 13:20 dostaje sms’a – to Artur gratuluje mi czasu poniżej 2 h… dziękuję! Nadal jednak nie wiem jaki miałem czas? Strona zawodów zablokowana, sprawdzę w domu.

Epilog 1
Po godzinie jestem już w samochodzie, a po kolejnych 90 minutach w domu. Wejście po schodach na pierwsze piętro nie jest przyjemne. Żona wita mnie z honorami. Upssss… zostawiłem portfel na siedzeniu o czym z nieskrywaną nadzieją w głosie informuję żonę… wiadomo na co liczę… a co słyszę? „To przeleć się” – to miało być śmieszne?

Epilog 2
Przekazuje synowi pamiątkowy medal, który otrzymałem na linii mety. Pyta się mnie, czy wygrałem – tak, sam ze sobą, jeszcze tego nie rozumie. Wiesza sobie medal na szyi, przegląda się w lustrze, wraca do mnie i pyta – „Tatusiu, to czy już teraz możemy zagrać w chińczyka?” Oczywiście.

Epilog 3
Jaki miałem czas?! Strona zawodów nadal zablokowana. Ok. 20:30 znajduje informację o firmie obsługującej pomiar czasu i na ich stronie sprawdzam wynik (że nie wpadłem na to wcześniej!)… jest… 1:55:35. Nie potrafię tego krytycznie ocenić. Na usprawiedliwienie słabego (?) wyniku powiem, że był to mój debiut (nie tylko w półmaratonie ale jakimkolwiek biegu, a nawet zawodach w ogóle), biegam od pół roku, mam 43 lata, był mróz i biegłem „na oko” bez możliwości monitorowania tempa, pulsu i kilometrów i oczywiście nie przygotowywałem się do tego startu w żadem specjalny sposób.

P.S. 
Ciekawe jak poradzili sobie nasi Redaktorzy w Warszawie? Młodzież w sile wieku, nie to co ja. Łukasz Grass i Maciek Dowbor… sprawdzam… szok! Niech się sami pochwalą! Gratuluje! Maciek kończył w ub. roku z czasem 1:46:28… może coś ze mnie będzie?

 

Dr n. med. Marcin Stajszczyk (Ekspert Akademii Triathlonu)
Jest specjalistą reumatologiem i specjalistą chorób wewnętrznych, absolwentem Wydziału Medycznego Śląskiej Akademii Medycznej (obecnie Śląski Uniwersytet Medyczny) w Katowicach, na której w 1998 r. obronił pracę doktorską. Aktualnie pracuje w Śląskim Szpitalu Reumatologiczno-Rehabilitacyjnym im. Gen. J.Ziętka w Ustroniu, w którym pełni funkcję kierownika Oddziału Reumatologicznego oraz koordynatora leczenia biologicznego.

 

marcin stajszczyk

12 KOMENTARZE

  1. @MKON – wynikoholik? Dobre, nie znałem tego uzależnienia:)
    @Artur – bardzo ciekawy aspekt poruszyleś, z niecierpliwością czekam na Twój felieton, masz racje, ze często wizerunek medialny pewnych amatorow moze być mylący dla ogółu zaczynających swoją przygodę ze sportem. Jesli beda im chcieli szybko dorównać a w wielu przypadkach dorównać kiedykolwiek przeżyja ogromna frustracje a nawet jak piszesz mogą narazić swoje zdrowie. Nie wiedząc o tym, ze ten bądź inny “amator” w Tri ma jednocześnie za sobą karierę lekkoatletyczną, kolarską, plywania nawet jesli była to tylko kariera amatorska, będzie miał błędne wyobrażenie o tym jakie on jako amator bez żadnego przygotowania w przeszłości moze osiągnąc postępy. Oczywiscie każdy z nas ma inne predyspozycje i zdarzają sie osoby, które po kilku miesiącach przygotowań są w stanie zrobić dobry wynik, nie mozna jednak tego traktować jako normę. Dlatego takze z pewna rezerwa należy podchodzić do znakomitych wyników osiąganych przez niektórych ambasadorów już na starcie “po zaledwie kilku miesiącach treningow”, program ambasadorów ma na celu pokazać, ze każdy moze ukończyć 1/2 IM po 6-8 miesiącach trenowania od wstania z kanapy i to jest prawda natomiast wynik to już inna sprawa, nie każdy moze osiągać tak dobre wyniki jak wybitne jednostki:) Osobiście tez nie moge uwierzyć, ze mozna ukończyć polmaraton w 1,35 w debiucie po kilku miesiącach trenowania od wstania z fotela;) Jeszcze raz dziekuje za wsparcie i motywacje!

  2. Brawo Marcin! Noż w plecy?!?! Absolutnie! To taki psychologiczny doping był…:)) Gratuluję wyniku prawdziwemu amatorowi. Czyli takiemu “od zera do bohatera”:))) Takiemu amatorowi, który faktycznie trenuje od kilku miesięcy, a wcześniej nie uprawiał nigdy sportów wytrzymałościowych. Twój przykład pokazuje jakie faktycznie osiągi możliwe są do uzyskania po kilkumiesięcznym trenowaniu. Gdybyś “zrobił” 1.30 to myślałbym, że to “Taniec z Gwiazdami”, a Ty jesteś Gwiazdą, która lata tańczyła profesjonalnie i tylko na 10 lat zrobiła sobie przerwę…:) Już pisałem o tym w komentarzach do jednego z blogów, że warto pisać wszystko o swoich przygotowaniach i też o swojej przeszłości sportowej. Dzięki temu stawiający pierwsze kroki w triathlonie będą mieli właściwy pogląd na trening i osiągane wyniki w zawodach. Właśnie piszę felieton-artykuł o tym problemie. Uważam, że jest to problem ponieważ znam początkujących, którzy szkodzą swojemu zdrowiu próbując dorównać “amatorom” robiącym rekordowe wyniki po “kilkumiesięcznym” treningu. Artykuł niedługo pojawi się na łamach AT:)

  3. @Krzysztof. czy forma na 2:30 w maratonie jest to sprawdzę w czwartek, kiedy to będe leciał 30km w tempie maratonu. Od tego dużo zależy. Ale rzeczywiście coraz mocniej w to wierzę. I w tym sezonie jak ktośby dał mi wybór 4:15 w 1/2HIM czy 2:30 w maratonie – brałbym w ciemno to drugie 😉 W triathlonie mam jeszcze takie rezerwy na rowerze i przede wszystkim w pływaniu, że na 4h15 jest jeszcze czas. Na 2:30 czasu moze już nie być 😉
    @ Marcin. Jeśli już to czujesz to witaj w klubie wynikoholików 🙂

  4. Hmmm sam nie wiem co mnie bardziej cieszy – czy gratulacje za start czy za felieton;) @Marcin Konieczny – “Panie Marcinie…” proponuje prościej “Marcin” to będzie dla mnie zaszczyt:) a wracając do meritum to już mnie ciągnie;) ale wszystko powoli jak dotychczas bez podpalania sie systematyczna praca i wierze, ze wszystko z czasem przyjdzie “samo”;) mam tez Artura jesli wolno mi tak powiedzieć i on już pilnuje żebym nie szarżowal:)))

  5. Ja jestem ciekaw jaki wynik osiągnie w tym roku marcin konieczny na 1/2 IM. Bo forma na 2:30 w maratonie jest. Nie jednemu małolatowi w suszu pewnie będzie mina zrzednie :). 4 :15?

  6. Panie Marcinie. Świetna relacja! Gratuluje wystepu ale ostrzegam przed dość niebezpiecznym zjawiskiem. teraz będzie Pana ciągnęło do osiągania coraz lepszych wyników…
    Ciekawe też czy (a własciwie kiedy) Panowie redaktorzy sporządzą podobne po starcie w PMW 😉 Ja w każdym razie czekam z niecierpliwością

  7. Jak źle jak dobrze :)?

    Ja mając 31 lat przebiegłem po 4 miesięcznej przygodzie z “bieganiem” (bieganie= szybki trucht) zrobiłem połówkę w 2.06….z tym że spóźniłem się na start 3 minuty i biegłem “pod prąd startujących” . Dokładnie rok mnie męczyła kontuzja i odpuściła (została oszukana specjalną opaską 🙂 )i debil zapisałem się na połówkę w tym roku. Hmmm, miesiąc czasu od zera…..ciekawe czy ukończę 🙂

    Bardzo fajnie się czytało.

    No dobra chciałbym mieć 1.59 🙂

  8. Dziekuje Wam za słowa otuchy:) tez tak myśle ze takich historii jak moja są setki i oby było ich jak najwiecej! Lukasz – mróz sam w sobie w bieganiu mi nie przeszkadzał choć oczywiscie nie wiem o ile lepiej by sie biegło w temp +8 ale z pewnością tak niska temp utrudniala mi właściwe nawadnianie w trakcie zawodow; Bartku – z przyjemnością przegram z Tobą ten zakład:) Debiutantom gratuluje wyników! na pewno spotkamy sie na nie jednych zawodach. Pozdrawiam!

  9. podbudowałeś mnie Marcin, biegłem w Warszawie,przygody podobne tylko dzieci dużo starsze 53 lata, debiut 1,51,01
    21.04 spróbuję maratonu. Obeszło się bez skurczów i otarć. Pozdrawiam i do zobaczenia na trasie.

  10. Marcin, gratulacje. Na pierwszy raz poniżej 2 h super. Założę się że za rok złamiesz 1:45. Możemy się założyć o dobrą czekoladę 🙂

  11. Czytałem ,,historie pewnego debiutu” i nie wierzyłem, śmiałem się do siebie! Jest bliźniaczo podobna do mojej…Niemalże kopia!Podobna historia, fascynacja tri.. Te same rozterki, znaki zapytania a w rezultacie debiut. Pewnie z podobnym finałem w Gdyni 🙂 Do zobaczenia.

  12. Marcin, 1:55:35 w debiucie to dobry wynik. Nie wiem jak Ty, ale ja kiepsko znoszę bieganie w zimnym, więc podejrzewam, że na plusie mógłbyś kilka minut odjąć od tego wyniku :-)) Ja od swojego mam nadzieję odjąć 3 min…a było 1:28:00, co w skrócie znaczy: PIKNIE! jestem zadowolony. Pzdr.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here