“Nie chodzi o pokonanie przeciwnika, lecz siebie” – Maciej Dowbor o Półmaratonie Warszawskim

6

Poniedziałek 26 marca – dzień po Półmaratonie Warszawskim

Siedzę w mieszkaniu. Jest słoneczne popołudnie. Popijam piwo, celebrując każdy jego łyk. To już drugie. Wczoraj było pierwsze – w nagrodę. Taka rozpusta to ostatnio rzadkość. Przed chwilą przejeżdżałem przez Most Poniatowskiego obok Stadionu Narodowego. Świeże obrazy z poprzedniego dnia przemknęły mi przed oczami. Nerwowe wyczekiwanie na debiutancki start, a dwie godziny później niecierpliwe wyszukiwanie wzrokiem bramki z metą. I oczywiście niepowtarzalna atmosfera po jej minięciu. Ni stąd ni zowąd ponad siedem tysięcy biegaczy powoli napływających do strefy pod Narodowym stało się na tych kilkadziesiąt minut najbliższymi mi ludźmi. Ten sam uśmiech, czasem grymas bólu wywołany skurczami, oczy przepełnione satysfakcją. W tym momencie każdy z nich był moim przyjacielem. Byłem gotów go uściskać, wycałować, wyskoczyć razem na piwko i pogadać o życiu. Zaraz o jakim życiu?! Raczej o bieganiu, treningach, o wrażeniach z trasy, najtrudniejszych momentach, osiągniętym wyniku i zrealizowanych marzeniach. Czyli właściwie… o życiu!! Bo nawet nie zauważamy kiedy ta zabawa, niedzielne hobby zamienia się w pasję, której potrafimy podporządkować wszystko. Jeszcze kilka dni temu gdyby ktoś mnie spytał po co to robię, plątał bym się w zeznaniach. Od wczoraj dokładnie wiem! Robię to dla uczestnictwa w tym zbiorowym katharsis. Dla startu, dla klimatu na trasie, dla pikania chipów na checkpointach, dla zastrzyku endorfin i satysfakcji przy przebieganiu przez bramkę z metą, a nawet dla durnego medalu za ukończenie. Dla uczucia, którego nie da się porównać z niczym innym. Bo nie wiem jak inni, ale ja tam pod Stadionem czułem się jak …Bóg. Zrobiłem coś, co jeszcze rok temu wydawało się kompletnie poza moim zasięgiem. Udało mi zrealizować wszelkie założenia przedstartowe, a co być może jeszcze bardziej satysfakcjonujące – otrzymać pochwałę i wyrazy uznania od naszego trenera Piotrka Nettera, który przyznał ( sorki Piotrze, że zdradzam nasze tajemnice ), że nie do końca we mnie wierzył.

Teraz, 30 godzin po pokonaniu mety wszystko wygląda pięknie. Pokonałem swój największy strach triathlonowy czyli półmaraton, zebrałem dużo pochlebnych opinii, ale wbrew pozorom wszystko nie było takie proste, jakby się mogło wydawać. Oto krótki dziennik mojego startu Półmaratonie Warszawskim.

 

Jakieś 3 tygodnie przed Półmaratonem

Rozmawiam z trenerem Netterem. Namawia mnie na start w imprezie. Podobno to dobry sprawdzian przygotowań biegowych, a poza tym szansa oswojenia się z odległością przed Suszem. Ociągam się. Ale co ja słyszę???? Dorociński startuje??? Ok. To ja też. Nie mogę być gorszy. Aż ten cwaniak Netter. Znów nas na siebie napuścił. Potem okaże się, że Marcinowi wcisnął ten sam kit.

 

Piątek 16 marca – 9 dni do startu

Rozmawiam z trenerem Netterem o treningach biegowych. Dostaje polecenie, aby po raz pierwszy zmierzyć się z dłuższym dystansem. Dotychczas biegałem po 40-50 minut. Tym razem mam biec minimum godzinę i 10 minut. No cóż. Jak trzeba to trzeba.

 

Sobota 17 marca – 8 dni do startu

Trochę dla jaj wrzucam stronę internetową Półmaratonu Warszawskiego i sprawdzam listę startową. Jasna cholera. Oni naprawdę mnie zapisali. Dorociński też jest. Czyli to nie była ściema. Kurcze. Teraz głupio się wycofać. Chyba muszę potrenować.  

 

Poniedziałek 19 marca – 6 dni do startu

Zgodnie z zasadą co masz zrobić, dziś zrób jutro, nadal nie zaliczyłem długiego biegu. Ale dziś muszę . Okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Zaczynam ostrożnie, ale kończę w normalnym tempie. Szybki, gorący prysznic i co ważne, żadnych skurczów, bólu, dyskomfortu. A może jednak dam radę??!!

 

Środa 21 marca – 4 dni do startu

Dostaje specjalny pulsometr z GPSem. Wreszcie będę mógł sprawdzić czy faktycznie szybko biegam czy tylko się wlokę. Po poniedziałku czuję moc. Dzielę się swoim entuzjazmem z naszym drugim trenerem Miłoszem. Netter mnie uspokaja i utrzymuje w przekonaniu, że każdy wynik poniżej 2 godzin będzie dobry. Jest dobrze. Jestem przekonany, że mam moc.

 

Czwartek 22 marca – 3 dni do startu

Poranny trening biegowy z Miłoszem. O dziwo, pomimo, że przygotowania do Suszu idą pełną parą od kilku miesięcy, dotychczas bieganie wolałem trenować sam, stosując się jedynie do zaleceń szkoleniowców. Wreszcie jest okazja do zweryfikowania moich możliwości. Miłosz jest raczej zadowolony. Biegam niezłą techniką, trochę za bardzo pochylam się tułowiem do przodu. To niestety nawyki z koszykarskiego sprintu. Pierwsze kółko po Polach Mokotowskich raczej na luzie. Znów czuję siłę. Cały czas obserwują moją nową zabawkę do treningu. Zamiast koncentrować się na biegu co chwila sprawdzam prędkość i inne parametry. Zaczynamy drugą pętlę. Miłosz ostrzega, że teraz pójdziemy szybszym tempem. Tak na 4’40” na kilometr. Jasna cholera. Jeśli to ma być 4’40” to ja chrzanie to bieganie. Momentalnie skacze mi tętno na 174, a zegarek pokazuję, że biegniemy dużo szybciej niż zakłada Miłosz. Lekki w założeniu poranny rozruch kończę niemal na czworakach. W drodze do domu walczę z najgorszymi myślami. Po co mi ten bieg, po co mi ten triathlon, ale się wkopałem. Dzwonię do Miłosza i oświadczam mu, że chyba nie dam rady, bo jeśli mam się doczłapać do mety w ogonie to ja pieprzę takie wczasy.  

Po południu dostaję SMSa od Miłosza, który oznajmia, że też poczuł w kościach naszą przebieżkę i może trochę się pomylił z tym tempem. „Sratatata” – myślę. Kolejny cwaniak próbuje mnie wkręcić.

 

Piątek 23 marca – 2 dni do startu

Jadę do siedziby SportEvolution – organizatorów Suszu, odebrać sprzęt do startu. Na miejscu spotykam min. Michała Drelicha, głównego sprawcę całego triathlonowego zamieszania, który w niedzielę ma być moim pacemakerem. Dzielę się z nim moimi wątpliwościami. Tłumaczę, że się nie nadaję, że to był błąd i w ogóle to nie wiem czy się nie wycofać też z Suszu. Stwierdzam, że jestem za ciężki do biegania, nie mam predyspozycji fizycznych, a tak w ogóle to nie cierpię sportów wydolnościowych. Są męczące, nudne i w ogóle. Rzucam to. Wole grać w kosza i w tenisa. Przynajmniej się coś dzieję, są mecze co tydzień, a nie durna harówka przez 8 miesięcy tylko po to , aby przez jeden dzień w lipcu skatować się na śmierć. Na twarzach chłopaków ze SportEvolution pojawiają się cyniczne uśmieszki. Skąd mogłem wiedzieć, że rok wcześniej niemal identyczne rozmowy mieli z Adamczykiem i Topą. Dowiaduję się, że mój stan to nic wyjątkowego, a w niedzielę rano będzie jeszcze gorzej. Ścięty opuszczam biuro i jadę do domu. Sam już nie wiem co myśleć. Przed oczami mam cały czas trasę biegu. W domu obliczam, że w środku tygodnia samochodem przejechałbym ją dłuższym czasie niż oni każą im ją przebiec. Pieprzę. Nie biegnę

 

Sobota 24 marca – 1 dzień do startu

Wpadam na genialny pomysł. Po południu zagram w kosza. Na pewno ktoś uderzy mnie w łydkę lub udo i będę usprawiedliwiony. Jeszcze raz sprawdzam stronę internetową Półmaratonu. Jak na złość moje nazwisko nadal widnieje na liście startowej. Co gorsza doczytałem się, że trasa jest dłuższa o prawie kilometr. Okazuje się, że zamiast iść na koszykówkę muszę zająć się dzieckiem. Jasna cholera. Bóg chyba chce, żebym jednak jutro pobiegł. Cały dzień jestem dziwnie poddenerwowany. Wszyscy widzą, że coś jest ze mną nie tak. Wieczorem przygotowuje sobie playlistę na Ipoda. Załadowałem 180 minut muzyki. Czyżbym miał biec aż trzy godziny? To nie wygląda ciekawie. Na dobranoc oglądam film Baader-Meinhoff. 150 minutowa epopeja o terrorystach z RAF nie jest najlepszym motywatorem, a późna kolacja z ostrych kabanosów i serów pleśniowych nie szczególnie dietetyczna. Przed zaśnięciem siedem razy sprawdzam budzik w telefonie. W końcu jutro zmiana czasu, a ja nigdy nie wiem czy telefon automatycznie przechodzi na czas letni czy trzeba go przestawić.

 

Niedziela 25 marca – poranek przed startem

Noc jest straszna. Ciągle się budzę. W końcu po pięciu szarpanych godzinach uznaję, że i tak trzeba w końcu wstać. Jem lekkie śniadanie, popijam wodą. Żadnego nabiału. Zgodnie z zapowiedziami doświadczonych kolegów kilka razy zaliczam wizytę w toalecie. Wsiadam na skuter i jadę na Saską Kępę, gdzie umówiliśmy się z naszą ekipą. Taaaak. Jak zwykle mój szatański pomysł okazał się idiotyczny. Niby skuter łatwiej zaparkować, ale nie przewidziałem, że będzie tak cholernie zimno. Na miejsce zbiórki przyjeżdżam skostniały z zimna, oczywiście pół godziny przed czasem. Na ulicach czuć już atmosferę imprezy. Wszędzie widać zawodników w strojach do biegania. W najśmielszych snach nie przewidywałem, że 7 tysięcy biegaczy to aż tak dużo ludzi. Zaczynam być dumny, że biorę w tym udział. W miedzy czasie pojawia się moja ekipa. Michał przekazuję mi zestaw startowy. Zaczynam zdawać sobie sprawę z tego co za chwilę mnie czeka. Wszystko jest nowe. Siedem razy zmieniam zestaw ciuchów. Sam nie wiem czy ubrać się cieplej czy może lekko. Zastanawiam się czy czip nie będzie mnie uwierał. Najprostsze czynności wydają się być nieosiągalne. 5 minut walczę z ułożeniem słuchawek do Ipoda w uszach. Drżą mi ręce.

Idziemy na start. Michał, Marcin Dorociński, Roksana czyli pacemaker Marcina, Miłosz i ja. Cała Saska Kępa zalana biegaczami i kibicami. Robimy krótką rozgrzewkę. Klimat się rozluźnia. Zaczynamy żartować z Marcinem, że właściwie to my już pobiegaliśmy i możemy iść do domu. Próbuję zwizualizować sobie trasę. Nie dam rady. Nie ma szans. Szukamy naszej strefy. O Boże. Ci wszyscy ludzie będę biec z nami. Zdejmujemy ostatnie warstwy ubrań i oddajemy Miłoszowi, który dziś będzie nas dopingować. Jest potwornie zimno, dlatego wbijamy się w środek tłumu zawodników. Jesteśmy w samym środku grupy biegnącej na 1:50. Przede mną i za mną nie kończąca się rzeka biegaczy. Wszyscy tak samo skoncentrowani, lekko spięci. Spotykam kilku kumpli. To oni też biegają? Wow. Okazuję się, że wewnątrz peletonu panuje jakaś niewymuszona atmosfera przyjaźni i wspólnoty. Panie i Panowie pozostali za taśmą oddzielającą kibiców od uczestników. Tu wszyscy są per Ty i wszyscy mają te same cele i obawy. Pokonać siebie i dystans.

Co chwila słyszymy okrzyki w stylu „… o koledzy triathloniści, jak przygotowania? To co? Widzimy się w Suszu…”. Strach, który wcześniej paraliżował mi nogi powoli ustępuję. Tętno spada. Następuje jakiś dziwny spokój. Chce już startować. Niestety wciąż musimy czekać. Zaczynam się niecierpliwić. Rozglądam się dookoła i przecieram oczy ze zdumienia. Kilka metrów ode mnie ustawia się w szyku bojowym oddział starożytnych Spartan w pełnym uzbrojeniu. Mają hełmy, tarcze, elementy zbroi, włócznie i długie historyczne peleryny. A ja narzekam, bo mi czip przeszkadza?! O nie. Jeśli facet, a może i babka, z tarczą (bo i takie się tam znalazły) mnie pokonają to osobiście nabiję się na ten kij od szczotki imitujący włócznie. Dobrze, że chociaż mają buty do biegania, a nie sandałki z epoki, bo wtedy to już bym się na pewno pochlastał.

Od startu chartów z pierwszej, wyczynowej grupy minęło już ze dwadzieścia minut. Michał słusznie zauważa, kiedy my wystartujemy, najlepsi będą w połowie trasy. Mało pocieszający news. Jesteśmy już na odkrytej części mostu. Zimny wiatr od rzeki daje się nam we znaki.

Wreszcie rusza nasz sektor. Niczym dziecko oczekujące prezentów na gwiazdkę pytam co chwila Michała czy już mam odpalić stoper w moim zegarku. Jeszcze nie? Dlaczego? „Teraz” pada komenda. Orientuję się, że dopiero w tym momencie minęliśmy bramkę startową. Wolnym tempem , w gigantycznym tłumie rozpoczynamy nasze zmagania z półmaratonem. Podniecenie podsycone długim wyczekiwaniem sprawia, że zapominam o wszystkich wątpliwościach i obawach jakie miałem przed biegiem. Po prostu biegnę przed siebie, ciesząc się, że jestem częścią tego wielkiego wydarzenia, które prawdę mówiąc sparaliżowało Warszawę. Widzę pierwszych kibiców już na trasie. Są fotoreporterzy i ekipy telewizyjne. Kurcze. To jest naprawdę coś wielkiego, a ja jestem w samy środku. Trzymamy stałą prędkość nieco ponad 5′ na km. Taki był plan. Wolno się rozkręcamy i później jak będzie paliwo zaczynamy trochę przyspieszać. Humor mi dopisuje. Gęba mi się nie zamyka. Gadam z Michałem i Roksaną, ale i z przypadkowo spotkanymi biegaczami. Jest super.   Moja ekipa zaczyna sobie ze mnie żartować: „ Zobaczymy czy będzie taki wygadany na 15 km”. To brzmi jak ostrzeżenie. Postanawiam się zamknąć. Wsłuchuję się w muzykę płynącą ze słuchawek, ale to nie takie proste, bo dookoła panuję zgiełk, poza tym co chwila mijamy a to grupę zagrzewających nas do walki kibiców, a to zespoły muzyczne. Cały czas coś się dzieję.

Zaczynam się trochę frustrować, bo wyprzedzają nas kolejni zawodnicy. Nogi same wyrywają do przodu. Jak to? Mnie ktoś wyprzedza? Michał szybko hamuję moje samobójcze zapędy. „ Wyluzuj” – mówi – „Jeszcze ich wyprzedzisz, po 15 km”. Ach ten magiczny 15 km. Co w nim takiego jest, że cały czas wszyscy o nim mówią. Tymczasem mijają kolejne kilometry i nic. Nie ma żadnego kryzysu, znużenia, nudy. Wprost odwrotnie. Jestem cały podniecony, ciągle się rozglądam dookoła.   Jestem ciekawy wszystkiego, jak mały kociak, który pierwszy raz życiu opuścił ciepłą kryjówkę matki i poznaję tajemniczy zewnętrzny świat. A atrakcji nie brakuje. Na Nowym Świecie mnóstwo gapiów. Dostrzegam grupkę ładnych dziewczyn, pokrzykujących jakieś hasła w stylu „ Do Boju”. Natura samca bierze górę. Bezwiednie wypinam pierś, przyspieszam krok i przyjmuję minę rodem z filmu Braveheart. Imprezą zainteresowali się także balangowicze, którzy właśnie zakończyli afterparty w pobliskich barach i nie są do końca pewni czy kilkutysięczna rzeka kolorowych biegaczy to zdarzenie realne czy tylko wybryk ich zdopingowanej promilami wyobraźni. Na wszelki wypadek jeden z nich postanawia dołączyć do zawodników, ale po chwili stwierdza, że z kuflem piwa raczej nie utrzyma tempa i nieco zasapany wraca do kolegów.

Kiedy dobiegamy do Starego Miasta skocznymi rytmami wita nas kilkudziesięcioosobowa orkiestra reprezentacyjna policji. Ale czad. Nawet nie zauważam kiedy mija 25 minut biegu i powoli zbliżamy się do piątego kilometra. A gdzie kryzys? Gdzie katastroficzne myśli i siadająca psychika? Gdzie ból łydek i ud? Wszystkie moje obawy okazały się kompletnie bezpodstawne. Tymczasem przed nami pierwszy sprawdzian z koordynacji – punkt z napojami. Jak w słynnej scenie z Igrzysk Olimpijskich bodajże w Atenach kiedy Korzeniowski podawał swojemu największemu rywalowi kubki z wodą, Michał przekazuje mi wodę. W sumie to nie czuję w ogóle pragnienia, ale nie wypada w takiej patetycznej sytuacji odmówić. Próbuję uformować z papierowego kubka dziubek, bo tak nas przed startem instruowano. Oczywiście nic to nie daje. Jeszcze gorzej idzie mi z izotonikiem, który niemal w całości wylewa mi się na koszulkę. Jestem cały lepki i nieco zły, bo trochę mnie ta cała sytuacja wybija z rytmu.

Ale i tak czuję się jak Justyna Kowalczyk podczas Tour de Ski. Nawet trochę żałuję, że w przeciwieństwie do wybitnych narciarek nie toczę śliny z ust, nie mam zamglonego wzroku i właściwie to w ogóle nic mi nie dolega. Dlatego też chcąc być choć trochę bardziej epicki, po zwilżeniu języka, wyrzucam energicznie pełen kubek wody, z taką samą energią jaką w transmisjach sportowych widziałem to w wykonaniu mistrzów olimpijskich. Niefart sprawia, że trafiam nieszczęsnym kubkiem grupkę wolontariuszek, które z wrzaskiem rozbiegają się w różnych kierunkach, kompletnie nie rozumiejąc moich górnolotnych intencji. Zanim zdobywam się na ciche „przepraszam” dziewczyny pozostają kilkadziesiąt metrów za nami. Po raz pierwszy sprawdzam tętno. Jest w porządku . Około 150 i raczej stabilne. Kolejne kilometry mijają. Nadal sam nie mogę się nadziwić, że ten cały półmaraton jest aż tak przyjemny. Tak. Przyjemny!!. Jak jeszcze dwa dni temu gdyby ktoś mi próbował wmówić, że biegnięcie ponad 20 km może mieć cokolwiek wspólnego z przyjemnością, wysłałbym go do psychiatry, a tymczasem dziś sam szczerzę kły i jakoś w ogóle jestem przeszczęśliwy. Kibice nas pozdrawiają, my nie pozostajemy im dłużni. Jakieś dzieciaki wyciągają ręce, żeby im przybić piątki. Normalnie kiedy biegnę sam, po 30 minutach mam w głowie tylko jedną myśl – ile zostało do końca. A tu?? To sobie pogadam z sąsiadem, to porozglądam, pomacham do dzieciaków, a tu jeszcze piątki? Czy ja aby na pewno biorę w tym udział, czy może wciąż śpię, a to wszystko dookoła, to moja pobożna senna wizja?

Wbiegamy do tunelu na Wisłostradzie. Nie mogę zrozumieć czemu panuje tam taki hałas. W środku tunelu zagadka się rozwiązuje. Okazuje się, że zawodników do boju zagrzewa a capella chór soulowy. Przecieram oczy ze zdziwienia. Zresztą nie pierwszy raz. Co chwila mijamy grupki , spontanicznie dopingujący kompletnie obcych ludzi. Bębniarze, ludzie z fletami i bóg wie czym jeszcze. Tysiące osób, które w ten czy inny sposób chcą też brać udział w tej niezwykłej imprezie. Połykając kolejne metry uświadamiam sobie, że właśnie w tym momencie po piętnastu latach życia w stolicy wreszcie pokochałem to miasto i jego mieszkańców, którzy właśnie w takich momentach tworzą barwny, zróżnicowany kolektyw. Pozytywnie i lokalnie-patriotycznie naładowany, zupełnie podświadomie zaczynam przyspieszać. Zresztą nie pierwszy raz podczas tego biegu. W ogóle czuję się cholernie świeży, mocny i odnoszę wrażenie, że mam zmagazynowane jeszcze mnóstwo energii. Jednak Michał wciąż tłumi moje zapędy. Przypomina, że na razie nie znam swojego organizmu, a największą głupotą byłoby teraz docisnąć i paść na końcowych kilometrach. Podobno nie tacy kozacy już wymiękali. Umawiamy się, że po 15 km ocenimy formę i zobaczymy co dalej.

Nieco frustruje mnie moment, w którym widzę jak mijamy finiszujących w przeciwnym kierunku zawodowców, którym do mety pozostało niewiele ponad 1000 metrów, a my jesteśmy dopiero w połowie trasy. Jeszcze większym ciosem jest moment, kiedy w tej grupie antylop zauważam żwawo przebierającego nogami faceta w wieku mojego ojca. A myślałem, że to my jesteśmy twardzi.

Po chwili humor powraca. Znów czuję wielką siłę i kompletny brak zmęczenia. W pewnym momencie widzę przed sobą bardzo zgrabną zawodniczkę. Trochę dla żartu, a trochę dla szpanu zaczynam biec skipem A, co wywołuję śmiech wśród całej grupy biegaczy. Kompletnie mi odbiło. Tracę energię, a Michał tradycyjnie musi mnie okiełznać. Najważniejsze, że nie opuszcza mnie dobre samopoczucie.

Tuż przed Agrykolą Marcin Dorociński przechodzi kryzys. Zapada decyzja, że ja z Michałem urywamy się, a Marcin z Roksaną walczą dalej wolniejszym tempem. Marcin pokazuje jednak charakter i mimo chwilowych problemów nie daje za wygraną. Na najgorszym podbiegu na Agrykoli znów idziemy w grupie. Michał mnie ostrzega przed szarżowaniem i instruuje, jak zaliczyć podbieg bez dużych strat energii. Mamy zwolnić, aby nie skoczyło nam za wysoko tętno, a straty w czasie odrobimy na zbieganiu. I bez tych złotych myśli nie jest lekko. Na szczyt wbiegam z tętnem powyżej 170, a co gorsza ni cholery nie chce spadać. Tyle, że to wszystko dzieje się na pulsometrze, a mi w ogóle nie przeszkadza. Trochę czuję uda, ale ani serce, ani płuca, ani w sumie nogi nie są zmęczone. Znów chce się wyrwać, mam moc, mógłbym szybciej. Ustalamy z Michałem , że po 17 km idę już swoim tempem na odcięcie tlenu. W końcu co to jest 4 km w obliczu już pokonanych kilkunastu.

W pewnym momencie słyszę jak ktoś mnie woła. To moja sąsiadka, która kibicuję mężowi. Miał biec w tej samej grupie co ja. Pytam czy już ją mijał, a ona odpowiada, że już dawno. O co to, to nie. Sąsiad mnie pokona i to jeszcze z taką przewagą. Rwę się do przodu jak szalony.

Wybiegamy na ul. Czerniakowską. Ostatni punkt z napojami, Znów solidarnie sobie pomagamy. W sumie te momenty są w całym biegu najfajniejsze. Taka praca w zespole. Ja biorę dwa kubki czystej wody, Michał zbiera izotoniki, potem wymiana. Sprawdzanie czy Roksana i Marcin mają wszystko. Rewelacja. W całym tym zamieszaniu trochę pogubiłem się w liczeniu kilometrów. Jednocześnie padam ofiarą złudzenia. Nie wiem czy to bardziej kwestia zmęczenia czy też nie doceniam wielkości Stadionu Narodowego. Biało-czerwony gigant wydaje się być na wyciągnięcie reki. Właściwie czuję jakbym tuż przed metą. Przede mną most Łazienkowski, w oddali rysuje się już most Poniatowskiego. A po nim to tylko rzut beretem i jestem na mecie. Michał widząc, że znów mnie ciągnie do przodu, daje mi ostatni łyk wody i woła ”Możesz już się urwać”. Na to hasło czekałem od ponad godziny. Właściwie cały czas podczas biegu wyobrażałem sobie tę chwilę, kiedy swoimi długimi nogami przestanę wreszcie dreptać w miejscu i będę mógł lecieć ile fabryka dała. Trenowaliśmy to nawet na ostatnim treningu z Miłoszem. Czuję wiatr w żaglach. Lewym, pustym pasem, wielkimi susami zaczynam wyprzedzać kolejnych zawodników. Zegarek pokazuje obłędne jak dla mnie tempo 4′ na km. Po kilku minutach zaczynam czuć to w nogach. Tak jak przez 80 minut nic mi nie dolegało, tak po chwili czuję wszystkie mięśnie nóg i nie tylko. Gdzieś w oddali łopocze flaga z oznaczeniem kolejnego pokonanego kilometra. Nie wierzę. O jasna cholera. Pomyliłem się w obliczeniach. To dopiero 18 km???!!!!

No nie! W tym tempie to ja jeszcze ponad trzech kilosów nie dźwignę. Nie ma szans. Tętno wali ponad 180, a ja tu sobie sprinty urządzam. Kompletnie oszalałem. Kilku twardszych zawodników, których chwilę wcześniej z taką satysfakcją wyprzedzałem, z nie mniejszą frajdą odchodzi ode mnie jak od taczki z gnojem. Kurcze. Nie tak to sobie wyobrażałem. Miał być heroiczny finisz i hołubiec na mecie w geście tryumfu, a jak zaraz się nie ogarnę, to linię końcową minę na czworakach. Zaciskam zęby, jeszcze raz spoglądam na zegarek. Nie wygląda to dobrze. Tempo jest ok. Nadal grubo poniżej 5′, ale tętno zawałowe – ponad 180 i nie chce spaść. A pieprzyć to. Przypominam sobie, że Kowalczyk zawsze wygrywa na podbiegach, a przed nami jeszcze wbieganie serpentyną na Poniatowszczaka. Wchodzę w wiraż niczym żużlowiec na Grand Prix. W końcu jestem chłopakiem z Torunia – stolicy Speedwaya. Początek po wewnętrznej, trochę muszę się przepchnąć. Przede mną duża grupa. Czuję, że stracę rytm, a jadę na odcięciu. Szybka decyzja i już jestem na zewnętrznej. Wiem, że jak pokonam wzniesienie to jakoś dolecę do mety. Hop siup i już jestem na moście. Nie było tak źle. Ale zaraz. A gdzie jest meta????? Już mam się zbierać do ostatecznego zajechania organizmu, a tu sobie waśnie uświadomiłem, że w sumie nie zainteresowałem się gdzie kończymy tę zabawę. Resztką powietrza w płucach wykrzykuję do jakichś kolesi koło mnie – „Meta tam gdzie start?”. Okazuję się, że jest kilkaset metrów dalej, pod stadionem. Fuck. Nie tak to sobie policzyłem. Na szczęście już widzę, jak Ci przede mną zbiegają w dół, a więc z górki. Jakoś to będzie. Jeszcze przyspieszam. Przede mną flaga na 20 km. No to pełnym gazem. Okazuję się , że mam jeszczę rezerwę. Nogi bolą, ale niosą do przodu. Nie myślę o niczym, tylko o tym, żeby wreszcie przestać biec. Znowu wyprzedzam. To pomaga wyzwolić z siebie energię. Wychodzi mi na to, że zbieganie na zmęczeniu jest gorsze od wbiegania, ale zostało już tylko ze 200 metrów. „Pamiętaj o Justynie Kowalczyk, pamiętaj o Justynie Kowalczyk” – próbuję się zmobilizować. No i pamiętaj, żeby minąć fotocelę, bo to będzie siara, jeżeli po takim wysiłku nie przetniesz mety. Jeszcze dziesięć metrów, pięć, dwa i jestem. Końcówkę lecę jak Usain Bolt. To znaczy tak mi się wydaje, bo i tak nie czuję nóg. Wpadam na metę i jest. Udało się zrobiłem to. Muszę na chwilę kucnąć, bo końcówka trochę mnie kosztowała. Wszystkie zmysły nagle nienaturalnie się wyostrzają. Czuję mocniej zapachy, kolory stają się nadzwyczaj wyraziste, a przede wszystkim jest cholernie głośno. Tylko w głowie trochę się kręci. Słyszę nad sobą mocny kobiecy głos – „Mam Dowbora, mam Dowbora, wchodzimy na żywo, Dowbora mam, słyszysz!!!”.

„Maćku, zaraz wejdziemy na żywca do Polsat News” – to moja koleżanka ze stacji wypatrzyła mnie w tłumie i postanowiła wyciągnąć przed kamerę. Podnoszę się z kolan, rozglądam dookoła i widzę tysiące zmęczonych, ale szczęśliwych ludzi, którzy przed chwilą tak jak i ja zrobili coś, co trudno wypowiedzieć słowami. Coś czego nie zrozumie nigdy ten kto sam tego nie przeżył. Ja przynajmniej tego nie rozumiałem. A dziś nie myślę o niczym innym niż o lipcu i o chwili, w której wystrzeli pistolet startowy, a my rozpoczniemy finałowy etap naszej przygody. Przygody, w której nie chodzi o pokonanie przeciwnika, lecz o pokonanie siebie i zaszczyt przynależenia do grupy ludzi, którzy mimo, że różni i obcy są sobie nagle tak bliscy.  

 

P.S. Udało mi się wykonać założenia – mój wynik to 1:46.28. Marcin Dorociński przybiegł tylko 2 minuty później.

P.S.2. Niczym nie zmącona euforia nie trwała długo. Kiedy pojawiły się pierwsze wyniki zdałem sobie sprawę, że pewien Pan w wieku emerytalnym sprał mi tyłek o 20 minut.

P.S.3. Po sprawdzeniu pulsometru wyszło, że w finałowej fazie sprintu miałem tętno na poziomie 191.      

6 KOMENTARZE

  1. Coraz fajniejsze te felietony.

    Dlaczego na liście startowej Triathlonu w suszu nie ma nazwisk ambasadorów tylko nazawy “ambasador, ambasadorka 2012”??

    To jest jednak trochę wkurzające – to tak jakby ukrywać bóg wie jak ważne postaci, a wiadomo przecież kto to jest.
    Nie wiadomo jakimi celebrytami/gwiazdami byście byli a jesteście zwykłymi ludźmi z imienia i nazwiska i pesela tylko gracie w filmach i występujecie w telewizji – taki zawód…

  2. Felieton – rewelacja! Pięknie ubiera Pan w słowa emocje, które nam triathlonistom nie są obce. Mój półmaraton za dwadzieścia parę dni… No i do zobaczenia w Suszu! 😉

  3. Świetnie się to czyta 😉
    Sama biegam i na razie mierzę w nieco krótszy dystans tzn. 10 km. No cóż może kiedy spotkamy się na starcie/mecie?
    Powodzenia w dalszych treningach!

  4. Mocno exhibicjonistyczne jak każda z tzw. pierwszych relacji 😉 ale bardzo ładnie napisana. To “zbiorowe khatarsis” to piękny termin. pozdrowienia i wytrwałości życzę

  5. Panie Maćku, uśmiałam się jak nigdy i jak zawsze! Uwielbiam Pana felietony, są takie… realne i prawdziwe. Żadnej ściemy, choćby tekst “Chrzanię, nie biegnę!”. Powiedziałabym na Pana miejscu dokładnie to samo. Jesteśmy (czytelnicy) z Pana dumni pomimo chwil zwątpienia 🙂 Jesteśmy pewni, że Bóg się nad Panem zlituje i ukończy Pan triathlon Suszu :-)) W końcu półmarton za Panem! GRATULUJEMY!!!! Najważniesze, to mieć z tego wszystkiego pewnego rodzaju frajdę i radość. Czego Panu nie brakuje. Tak trzymać!

  6. Maciek marudzisz jak “baba” weźsię za robote i tyle chłopie albo nosisz spodnie albo nie!!!!! Nikomu z nas nie jest łatwo!! Tak czy inaczej za Ciebie i innych trzymam kciuki w przygotowaniach do zawodów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here