“Pudełko od butów a odżywianie” – MKon w fazie wytopu

19

Szkolę 140 dni w roku. Dużo. Nawet jak na nietrenującego, przeciętnego konsultanta. Nienawidzę jedzenia hotelowego. Czkawką odbija mi się również standardowy zestaw szkoleniowy: w przerwach ciasteczka i ewentualnie ciasto (rzadko owoce), a na obiad krem z pomidorów przyprawiony benzoesanem sodu oraz na 90% jakaś forma piersi z kurczaka. Mam silne poczucie potrzeby dbania o jedzenie, szczególnie w okresie treningowym (bo w roztrenowaniu to wiadomo), więc wymyśliłem sobie, że im więcej robię sam, tym jakoś łatwiej mogę nad tym wszystkim zapanować. Zarówno nad jakością jak i kalorycznością posiłków. Kończymy właśnie okres roztrenowania i zaczyna się okres wytopu – warto więc rzeczywiście zajrzeć w to, co i jak jemy. Mój patent (sprzedany mi pierwszy raz przez Adama „Ziębola”) polega na zdejmowaniu z codziennej diety około 200 kalorii tak, żeby być blisko bilansu, ewentualnie lekko tuż poniżej. Ale jak tu liczyć kalorie, żyjąc na walizkach lub w delegacji? Moje sposoby są następujące:

 

1. Kolacje. W okresie wytopu nie jadam. W sensie nie takie klasyczne. Jeśli szkolenie kończę około 17.00, a potem mam dwugodzinny trening, to wiadomo – coś trzeba zjeść. Wtedy zazwyczaj uruchamiam swój super hiper blender, który wożę ze sobą jako stałe wyposażenie delegacyjne, i pakuję do niego mrożone owoce, banany, owoce goji, karob, migdały ewentualnie pół kostki twarogu. Wszystko można kupić w sklepie lub… mieć ze sobą w samochodzie. Potem trzeba się pilnować, żeby nie dać się namówić na tzw. kolację po I dniu szkolenia i jakoś ujdzie. Jeżeli nie mam blendera, a „najdzie mnie” dość ostry napad głodu, to mam 3 sprawdzone zapychacze:
a) Ananas – w całości lub w puszce – oczywiście wożę ze sobą nóż umożliwiający pokojenie tego typu owoców
b) Puszka groszku – tutaj jest najprościej – wystarczy łyżka
c) Fasola z puszki ze świeżymi pomidorami z oliwą (skąd oliwa? O tym niżej)

 

2. Jak najwięcej przygotowuję w domu, a potem zabieram ze sobą. Napisałem wyżej o blenderze – zajmuje mało miejsca, a jest naprawdę przydatny. Teraz o posiłkach “podróżniczych”, jakie sprawdzają się najbardziej. Wyjazd z domu na 2 -3 dni oznacza dla mnie co najmniej czterdziestominutową pracę przygotowawczą w dzień poprzedzający nad posiłkami „do samochodu”. Raz zdarzyło mi się policzyć to wszystko i okazało się, że miałem w samochodzie 12 pudełek po posiłkach. Żeby nie latały po całym aucie, przydają się pudełka po butach. Umiejscowienie ich na siedzeniu pasażera, ułatwia dostęp i daje jako takie poczucie bezpiecznego przewożenia. Żona narzeka, ze wszystkie pokrywki od pudełek mają dziury – ale to najlepszy sposób trzymania łyżki w sposób bezpieczny i w miarę higieniczny. Mam też zestaw „do przeżycia” – jeździ ze mną w tylnej kieszeni fotela pasażera. Jest to mała butelka oliwy z oliwek, vegeta w opakowaniu po paskach dla cukrzyków (bo małe) no i miód w formie płynnej w małej wyciskanej tubce.

 

 wytop 2015_3   wytop 2015_2

 

Jest to zestaw ratunkowy, uruchamiany w nastepujących okolicznościach: jadę ze szkolenia, jestem bardzo głodny i nie mam nic. Wtedy zatrzymuję się w piekarni, kupuję ciemne, zwykle żytnie pieczywo, i jem z oliwą lub z miodem. Da się wtedy ominąć szerokim łukiem wszystkie hot-dogi na stacjach benzynowych.

 

3. W samochodzie największym wyzwaniem dla jedzenia jest… nuda. Zwykle kusi mnie żeby coś podjadać. Orzeszki, żurawina suszona, czekolada gorzka. Niby zdrowe, ale podczas wytopu to są kalorie. Czasami nawet ciężkie. Sprawdzonym przeze mnie sposobem jest zestaw owocowo – warzywny. Wymaga oczywiście przygotowania wcześniej, ale pokrojone jabłka, wysuszona dzika róża – którą żuje się jak gumę, pokrojone marchewki – zajmują gębę i czasami dają spokój. Czasami nie dają i wtedy trzeba sięgnąć po królową wytopu – gorzką czekoladę. Ale tutaj też mam limit. Nie więcej niż 200 kal, czyli 2 paski dziennie.

 

4. W wytopie staram się nie jeść mięsa. Na szkoleniach zamawiam posiłki bezmięsne (ale nie smażony ser). W podróży nie kupuję kabanosów na drogę, a w domu… od czasu do czasu jadam wołowinę. No i ryby. Pod każdą postacią. Przygotowując sobie porcję obiadową do samochodu, sprawdza się zestaw: 100 gram jakiejkolwiek kaszy z oliwą z oliwek i curry, a jeśli ma być na bogato, to dodaję do tego pomidory z puszki. Odkryciem ostatnich tygodni (przypominam mówimy o wytopie) są pieczone warzywa. Te można przygotować na podróż tam i z powrotem – nie zepsują się. Pieczone w piekarniku cukinie, seler, ziemniaki, marchewka – polane oliwą oraz sosem sojowym i przyprawione jakimikolwiek ziołami – bajka…

 

Ale pewnie każdy ma swój patent na wytop – to mój. Ciekaw jestem Waszych.

 

wytop 2015

19 KOMENTARZE

  1. Spoko, każdy ma swoje poglądy ale, że frytki są rakotwórcze? Tym tokiem rozumowania idąc to większość pożywienia poddanemu obróbce termicznej pochodzenia roślinnego, w której występuje skrobia (rozumiem że akrylamid ma być powodem rakotwórczość frytek) jak kawa, piwo, pieczywo, płatki, suszone owoce itp. jest rakotwórcza. Co tu jeść? Nic tylko zostać frutarianinem (ale tylko świeże owoce bo suszone też są rakotwórcze). Każda przesada na dłuższą metę jest szkodliwa. Czekolada jest toksyczna, frytki rakotwórcze, gluten zabija, hodowla bydła i drobiu jest obrzydliwa, pustoszenie oceanów barbarzyńskie, ryby hodowlane karmione są sztucznymi paszami z barwnikami żeby mięso było ładnego koloru, śledź bielony bo szary się nie sprzedaje, kiełbasa za 9.99 PLN / KG. Apokalipsa nadchodzi…

    Dla poprawienia humoru proponuję: http://southpark.cc.com/full-episodes/s18e02-gluten-free-ebola

  2. jako niskokaloryczny zapychacz głodu polecam takie klasyczne okrągłe chlebki ryżowe (np. Sonko): kilka sztuk zapić wodą i działa 🙂

  3. @MKon – też lubię koktajle:) Przeczytaj dokładnie Marcin, co napisałem nt jedzenia poza domem, “wszystko co lubię” co jednocześnie nie znaczy “wszystko”, a że lubię raczej to co zdrowe to z ilością się wtedy nie oszczędzam jak jest coś dobrego:) Pomijam też fakt, że jak już mam przyjemność jadać poza domem to raczej frytek tam nie podają, że tak powiem;)))

  4. dzięki Panie za przerwy na szkoleniach – można coś skrobnąć 🙂
    @Marcin miksuję nie dlatego, że (cytując Marszałka Zycha) zębów mi nie staje 🙂 ale dlatego, że nie ma nic przyjemnego w gryzieniu zrożonej truskawki albo owocu dzikiej róży. Ale do tego dodaję już pokarmy twarde – argument może mało naukowy ale praktyczny – im więcej gryzienia w koktajlu tym bardziej jest on pożywny – w sensie bardziej angażuje aparat żerczy i daje poczucie sytości.
    Niestety nie zgadzam się z teza, ze w gościach to wszystko bo nie jest to kwestia tri ale po prostu np. frytki są rakotwórcze i tyle. Nie ma znaczenia czy jestem sportowcem czy nie. Nie jadam. Tak jak z papierosami – nie palę nie dlatego, że ograniczają wydolność 🙂

  5. @MKon, czuje się trochę lepiej że nie jestem osamotnionym pączkożercą w tym towarzystwie. Jak na spotkaniu AA taka analogia przy TT. :)). Choć pewnie zjadasz ich mniej niż ja :). W święta niestety też od “patrzenia” jestem cięższy – ale zawsze znajdę czas żeby przebiec się z 2h więc coś tam zneutralizuje.
    @Marcin, ująłeś sedno sprawy z tym mieleniem :))), żeby mnie ktoś o czepianie nie posądził to mam świadomość że to są przykłady i nikt z nas samych papek nie wcina. Ja sam czasami jakiś koktail zmiksuje.
    Tak na marginesie powiem, że obecnie jestem już w okresie orki i nie unikam tego nieszczęsnego słodkiego. Mam świadomość że nie pomaga ale na drugim biegunie tzn “normalnym jedzeniu” o małej zawartości cukrów prostych jest np danie, które często jem i bardzo lubie – kapusta kiszona (gotowana tak bez tych wszystkich zasmażek, itp….) jak na bigos z dużą ilością czerwonej fasoli (z puszki) i można dorzucić trochę chudego mięsa (drób). Oczywiście odradzam jedzenie przed treningiem 😉

    Tak swoją drogą to wg mnie do mitów w sporcie/diecie sportowej/triathlonie można spokojnie dorzucić kwestie zero cukrów prostych!!!! my tego nie jemy – ble!!!!
    A te wszystkie dżemy, białe pieczywko, a bułeczki z nutellą, to niby co jak nie cukry proste!!!!!!!!!!!!, nawet owoce się łapią i wiele, wiele innych

  6. Tacy twardziele a jedzonko miksują;))) Ja tam lubię sobie jeszcze pogryźć, a na miksowanie i tak kiedyś może przyjść czas w końcu latka lecą;) A co do jedzenia na wyjazdach to ja się nie oszczędzam (na szczęście nie mam ich tak dużo), w domu wolę pocierpieć a w towarzystwie wszystko co lubię bez oporów:) Mkon się teraz topi a ja świadomie buduję masę, 2,5 kg udało się przybrać, posługując się przytoczonym wskaźnikiem kg/cm skoczyłem z 0,415 do 0,425:)) A pamiętam wypowiedź Majki po TdP, że w okresie regeneracyjnym przybiera 5-6 kg ale akurat on ma z czego rosnąć.

  7. Jako że jestem jeszcze zawodnikiem wagi ciężkiej przeszedłem przez wiele 3 lata temu ważyłem 136 kg pierwszy triathlon w 2013 roku identycznie jak pierwszy start redaktora 103 kg, aktualnie waga 95 kg założenie na przyszły sezon bardzo ambitne 85 kg. Moje ulubione dane w okresie wytopu to zapiekanka warzywna, borkuł, papryka, pomidorki koktajlowe, makaron razowy, seler naciowy, w sezonie zielone szparagi całość posupuję mozarellą i grubym pieprzem. Od 3 lat gotuję sobie jedzenie do pracy na cały dzień w pracy jem 3 posiłki ok 250/350 gram posiłek a w domu 2 posiłki. Od 6 miesięcy jestem wegetarianinem więc już nie jem mięsa, w sytuacjach kiedy nie dam rady sobie coś ugotować kupuję w sklepie pieczywo razowe, pomidory pieczywo smaruję humusem, do tego rzodkieweka sałata i jem takie kanapki. W domu również robię koktajle warzywno/owocowe w wyciskarce. Oczywiście zero gazowanego słodkiego niestety słodycze czasami podjadam mało ale podjadam. Paliłem 2 paczki dziennie schudłem ponad 40 kilo ale kurna Prince Polo 😉

  8. @Krzysztof. Też tak mam. Ale w sezonie startowym. Wtedy rzeczywiście nie patrzę na kalorie ale raczej na to co jem. Bo np. chipsów nie tykam 🙂 w ogóle tak jak zresztą frytek. A z kolei pączek jest moją rutyną przedstartową – bez niego nie wyobrażam sobie startu na drugi dzień
    @Monika – święta racja. Będąc w zeszłym roku w Sandomierzy trafiłem na stoisko z ziołami, gdzie pewien pan sprzedawał coś a’la vegeta. Dużo bym dał, żeby sobie przypomnieć jak to się nazywało
    @Grzegorz. Jakbym miał taką przemianę materii albo taki naturalny skład ciała jak Radek Buszan to pewnie bym się tak nie kontrolował. Ale u mnie święta (wiosenne lub grudniowe) to naturalny skok 2-3 kg. I to bez przejadania. spojrzę na ciasto i od razu grubieję 🙂 Dobrze, ze Redaktor napisał ten artykuł wcześniejszy – wiem, ze taki nie będę więc nie ma sensu schodzić poniżej 70kg. Zresztą mam już doświadczenia, że waga (moja) 68-69 czyli zgodna ze wszelkimi tabelami dla mnie oznacza kontuzję

  9. Tak swoją drogą to po zastanowieniu się powiem wam, że z tą żelazną dietą to chyba taka wielka ściema. Jak ktoś dużo trenuje to mu żadne cuda na talerzu nie są potrzebne. Oczywiście moje zdanie. Jak jest ochota na pepsi/cole albo chipsy to świat się nie zawali. Ważne żeby nie przeginać. Ja wg swojego “tachometru” pale na treningach od 1800 – 3500 kcal w najcięższym okresie to jak mam jechać na musie albo jakimś koktailu. Jak po ciężkim treningu zrobić sobie jakąś papkę albo dietetyczne danie i liczyć, że co, jutro to pofruniemy. Kurcze, raz kiedyś ten smak piwa po 2h mocnego tempowego biegu – oczywiście żeby lepiej smakowało albo żeby było więcej rozkoszy nigdy zaraz po treningu. Więcej odwagi w wypowiedziach.
    pozdrawiam :))

  10. skąd ja to znam… po pierwsze – trzeba umieć sobie radzić przy szwedzkich stołach. to wtedy odzywają się atawistyczne odruchy jedzenia pod korek. zawsze po zjedzeniu sałaty z pomidorami, białego sera uwaga skupi się na świeżo smażonych racuchach itp. Moja metoda – można jeść co się chce, ale TYLKO 1 talerz. nie ma dokładek.
    Trudniej jest w samochodzie – bo mijamy mcdonaldy, orleny, lunche itp. moja metoda – mam ze sobą fasolkę w puszce, jem jogurt/kefir+2-3 garście orzechów, w skrajności orzechy+kawa (długo trzyma, można zjeść choćby w samolocie).
    Marcin, czekam na kolejne odcinki cyklu o wytopie. To temat, gdzie najwięcej z nas poległo. Chyba największy problem to brak motywacji w moim przypadku.

  11. Marcin, ostatnio znalazłem u rodziców przy okazji sprzątania garażu taką wagę, to był hit 😉 Jeśli chodzi o patenty jedzeniowe na wyjazdy (na szczęście tylko urlopowe) robimy z żoną weki, słoiki w sensie: a to jakieś pulpety wieprzowe, kurczak w rosole, a to leczo, a to fasola, gołąbki, sos z dyni, pomidorów. Fakt, zajmuje to nam parę godzin w zależności od ilości + 3 dni wekowania po 1-2 godziny w zależności od ilości (jakby ktoś miał chęć na patent na wekowanie mięsa to mamy bardzo dobry mamino-babciny, chętnie się podzielę). Na miejscu dogotowujemy tylko ryż/makaron/kasza/ziemniaki + surówka i palce lizać. Ostatnią deską ratunku, co może i w delegacjach się przydać jest pesto (zielone lub czerwone) ze słoika i do tego makaron – ugotowany 2-3 dni wytrzyma.

  12. mój patent jest prosty: więcej spalać niż przyjmować. A tak bardziej poważnie to ja prochu tu nie wynajdę. Oczywiście większy komfort mam ponieważ stołuje się w domu :). Ale i więcej pokus, choć i na to jest sposób – nie kupować pustych kalorii. Łatwo powiedzieć :(. Wiele razy podkreślałem że mam słabość do słodyczy w postaci lodów i ciasta, bułki, pączki – niestety. Za to białego cukru nie używam prawie wcale, jeśli już to miód od sąsiada. Ale z bilansu dziennego i tak rzadko jestem na plusie więc co sobie będę żałować. Na olimpiadę się nie wybieram.
    Moja dieta oparta jest na tym co lubię, a że lubię gotować więc mam na to wpływ: sporo zup (lekkich), carry z kurczakiem (rany jak ja lubię carry), pomidorowa, barszcz ukraiński, warzywa (brokuły, brukselka, kalafior, papryka, buraki, fasola – często z puszki do wszystkiego), mięso: bardzo mało smażonego, sporo drobiu, mało wołowiny i oczywiście ryby. W zasadzie nie ma dnia bez choćby jednego śledzia :)) lub innej. Dużo makaronu, ryżu i kaszy. Ziemniaków mało chyba, że są młode więc jem codziennie z maślanką. Nabiał, jajka i owsianka. Sporo … ok dużo mleka. Oczywiście kolacji raczej nie jadam chyba, że jest to właśnie śledź, albo kawałek makreli z główką cebuli w formie jabłka albo czosnek. Dużo picia. Niestety są w tym z 3-4 piwa w tygodniu. Ot cała filozofia. Wszystko sprowadza się do pilnowania kalorii, były momenty że przelicznik kalorii i waga do żywności działała codziennie. Chociaż jaka porcja ma być już wiadomo. Nim mniej ni więcej – łatwo nie jest :)))))

  13. samo życie…sam jestem konsultantem. mój problem polega na tym,że podróżuję głównie samolotem,po Europie I z tym zabieraniem spakowanego jedzenia nie da się tak do końca z różnych powodów diety rozłożyć. jak szkolę w PL to blender zawsze mam z sobą i mleko ryżowe+błonnik jakiś i owoce+orzechy…ale obecnie konsultuję w Niemczech,a tutaj “na bogato” I o poprawny posiłek dla triathlonisty,nawet amatora,trzeba się postarać. patent dla mnie to orzechy i set batonów proteinowych,które jem do południa,w trakcie sesji szkoleniowych. omijam w ten sposób ciasteczkowe pułapki,jak i nie objadam się toną owoców,bo to też nie do końca zdrowe. obiad w miare małe porcję: warzywa+kawałek kury/ryby.na podwieczorek zdrowa kanapka z ciemnym pieczywem,potem trening i kolacja: zupa+salatka,gdy to już 2 trening w ciągu dnia,bo często wstaję po 4 rano na bieganie,a wieczorem robię basen lub rower. tak sama zupa wchodzi.zero gazowanych napoji i alkoholu.na tą chwilę system działa i od zamkniecia sezonu po wrocławskim maratonie,waga nadal stoi na 81.5kg przy 186cm.na mnie działa,ale święta BN już wkrótce…Panie i Panowie,największy test przed Nami!;-)

  14. Moje pomysły na przetrwanie podczas delegacji to wszelkiego rodzaju suszone owoce jako przekąski, z domu zabieram pudełka z kaszą i warzywami a ekstremalnych sytuacjach otwieram pudełko z płatkami owsianymi i suszonymi owocami i zalewam naturalną maślanką lub kefirem.

  15. :)Marcin teraz wiem skąd miedzy innymi takie wyniki!!!! jestem pod wrażeniem uporządkowania i konsekwencji…szacunek:):). Ja oczywiscie tez mam swoj wytop..i to permanentnie od paru lat………tylko coś sie nie wytapia:):):). A tak powaznie to spróbuje twoich metod…w ” krytycznych” sytuacjach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here