“Zaślepione trenowanie” – odŻywka na weekend

7

Tomek, jeden z moich znajomych na facebooku zamieścił ostatnio dość emocjonalny wpis, w którym cieszy się z rezygnacji z ambitnego uprawiania sportu. Dziś żyje mu się znacznie lepiej bez treningowego obciążenia, norm do wykonania, wszechobecnego sprzętu mierzącego każdą chwilę wysiłku. Wciąż jeździ na rowerze, biega, pływa, lecz teraz robi to już tylko dla przyjemności, w wolnym czasie. „Przez te pół roku zwiedziłem i zrobiłem więcej ciekawych rzeczy niż przez ostatnie 3 lata “zaślepionego trenowania”, a zrobić mam zamiar jeszcze więcej!”

 

 

 

 

Nie wytrzymał presji czy znalazł właściwą drogę? Jakie miejsce dla sportu, wyniku i ambicji znajdujecie w swoim życiu? Kiedy zaczynałem biegać powiedziałem sobie, że moim celem będzie złamanie 2:50 w maratonie. Z czasem ten cel ewoluował, dziś chciałbym, aby było to jednak kilka minut mniej. Zobaczymy. W triathlonie chciałbym się dostać na mistrzostwa świata na Hawajach, bez szczególnego planu dotyczącego wyniku. Tu sam awans jest celem sportowym, ewentualny wyjazd – nagrodą. Jeżeli te cele uda mi się osiągnąć, chciałbym przestać trenować i zacząć uprawiać sport tylko towarzysko i rekreacyjnie. taką sobie wyznaczyłem dawno temu granicę.

 

Mamy tu do czynienia z dwoma przypadkami. W pierwszym pierwotny cel został już osiągnięty, pojawiły się jednak w międzyczasie kolejne. W drugim przypadku marzenie, które przyciągnęło mnie do dyscypliny jest wciąż daleko na horyzoncie. A co będzie jeżeli się nie uda? Wróćmy do biegania. Tu już się udało, nie może się więc nie udać. Wszystko, co będzie, jest już bonusem i powinno być pozbawione jakiegokolwiek napięcia. Postanowiłem również, że do maratonu przygotuję się już tylko raz lub dwa i niezależnie od wyniku, etap „ścigania” na tym dystansie zakończę. Mam nadzieję, że będę konsekwentny w swoich postanowieniach.

 

Triathlonowe marzenie w dużej mierze uzależnione są od możliwości logistycznego rozplanowania treningu do tak ambitnego celu. Jeżeli takie możliwości się pojawią, postaram się je wykorzystać. W międzyczasie nie mam jednak zamiaru trenować na pełnych obrotach. Wiem, jak dużo kosztuje to poświęceń w rodzinie, pracy, życiu. To ma być celny strzał, nie bezsensowna walka z wiatrakami. Jestem również świadomy wszelkich negatywnych stron sportowej pasji. Przeciążeń dla organizmu, wypełnionego do każdej minuty rozkładu dnia, braku czasu na inne zainteresowania. Z tym ostatnim w szczególności staram się walczyć. Nie lubię otrodoksów w 100 procentach „oddanych sprawie” i sam nie chciałbym się takim stać. Wiem jednak, że sport w tej wymagającej formie jest dla mnie próbą zrealizowania jakiejś wizji z ograniczonymi ramami czasowymi i to pozwala nie tylko przetrwać ciężkie chwile, lecz wręcz się nimi cieszyć. Traktuję je jak dobro rzadkie, które występuje w bardzo ograniczonej ilości.

 

Przyjdzie czas, kiedy, tak jak Tomek, odepnę licznik z roweru i pojadę nad Wisłę, nie na trening. Nie będę jednak czasu „zaślepionego trenowania” traktował jako zmarnowanego etapu w życiu. Wiedziałem, na co się decyduję, zdawałem sobie sprawę z konsekwencji i kosztów. Przede wszystkim, te kilka lat temu chciałem spróbować ostrego trenowania na „drugą młodość”, w ramach moich możliwości, talentu, lub jego braku. Nawet jak mnie coś boli i strzyka, nie żałuję.

Andrzej Skorykow postawił w ubiegłym roku swoim Mastersom w biurze skrzynkę, do której mogli wrzucać na kartce swoje pływackie cele na najbliższy sezon. Skrzynka stała sobie kilka miesięcy, a zawodnicy w tym czasie trenowali. Oczywiście podczas rożnego rodzaju testów nie mogło się obyć bez rytualnego narzekania. Słabo, mogłem szybciej, kiedy powtórka? Andrzej mniej lub bardziej cierpliwie słuchał tego marudzenia, lecz wynagrodziła mu to żółta skrzyneczka pod koniec przygotowań do sezonu. Przytłaczająca większość zrealizowała swoje cele z dużą nawiązką.

 

Tu właśnie leży klucz do odpowiedzi na pytanie o sukces w sporcie. Bardzo często zapominamy o pierwszych planach i marzeniach. Coraz szybciej biegniemy w kierunku punktów na horyzoncie, niestety jednocześnie w trakcie tego bieg nie trzymamy się pierwotnych założeń, lecz upojeni prędkością wyznaczamy sobie kolejne, nie zatrzymując się nawet na chwilę po drodze, aby spojrzeć jak daleko udało się zajść. Może się pojawić sytuacja, kiedy do jednego z tych kolejnych punktów nie dotrwamy, wtedy pozostają wspomnienia. Nie biegnijmy więc z zamkniętymi oczami, cieszmy się drogą i niczego nie żałujmy!

 

Jak to więc jest z tym Tomkiem? Po co mu te wszystkie lata treningu? Nie został mistrzem świata, nie zdobył medalu olimpijskiego. Przegrał? Zmarnował czas? Nie sądzę. Tomek dziś umie dobrze pływać, jeździć na rowerze i biegać. Może wziąć udział w zawodach ze wszystkich tych dyscyplin i bez problemu sobie tam dać radę. Poznał granice własnego organizmu i smak sportowej rywalizacji. Przede wszystkim potrafił podjąć decyzję o zmianie stylu życia i jest z niej bardzo zadowolony. Nie ma nic złego w podejmowaniu złych decyzji. Problem pojawia się jednak gdy nie zauważamy, że brniemy w ślepą uliczkę, oraz wtedy, kiedy

pomimo świadomości błędu nie umiemy się z niego wycofać. Tomkowi się udało.

 

Trzeba przy tym pamiętać, że istnieje „życie po życiu” i prawdopodobnie jest ono całkiem fajne. Kilka miesięcy temu pisałem na łamach miesięcznika Bieganie o rynku triathlonowym z perspektywy struktury jego uczestników. Artykuł oparty na badaniach przeprowadzonych w Niemczech, USA i Australii. Okazało się, że najdłużej aktywnymi triathlonistami była grupa tzw. „socializers”. Ludzi uprawiających tę dyscyplinę przede wszystkim z pobudek towarzyskich, z dość luźnym stosunkiem do treningu. Wiecie już dlaczego oni? Ponieważ tej grupie sport sprawiał największą przyjemność. Czego sobie i wam w nadchodzącym sezonie życzę…

 

HUUB rekl_AT

7 KOMENTARZE

  1. W zeszlym roku dzieki temu ze skonczyl mi sie projekt mialem okazje sprobowac tego o czym dlugo jako sportowiec amator marzylem- przez kilka tygodni tylko trenowac, jesc i spac. Musze powiedziec dwie rzeczy- po pierwsze nabralem ogromnego szacunku zarowno dla zawodnikow pro jak i dla amatorow robiacych takie objetosci treningowe znajdujac przy tym czas na prace i rodzine. Po drugie dla mnie bylo to ‘uwazaj czego sobie zyczysz’. Przez te kilka tygodni bylem glownie zmeczony a jedyne o czym dalo sie ze mna pogadac to o treningu albo o wlasnie tym jaki jestem zmeczony. Mysle ze to jest sprawa indywidualna, ja osobiscie sprawdzilem ze to po prostu nie dla mnie- uwielbiam czekac na zawody, czekac na trening, trenowac, stawac na starcie z nadzieja ze dzisiaj bede lekko lepszy… W tamtym okresie czasu glownie chcialem miec trening z glowy. Piekno sportu amatorskiego to ze kazdy znajdzie cos dla siebie i dlatego uwazam ze warto jest probowac i nie bac sie zmieniac zdanie.

  2. A ja chciałem podzielić się inforamcją osobistą. 5 miesięcy przygotowań 6 razy w tygodniu i w ostatnim tygodniu przed startem wypadek na rowerze. Sam w to nie wierzę. Ale cóź stało się. Pierwszy start się opóźni. Wszystko było zaplanowane, opłacone itd a tu buuum…
    Ale się pozbieram.
    Chyba że znowu coś zaskoczy…
    Jeszcze nie jestem zaślepiony 🙂

  3. Czytałem wpis Tomka na FB, nawet pozwoliłem sobie na komentarz.. Nie pochyliłem się jakoś mocno nad analizą ale klucz wydaje się dość oczywisty. Tomek przyznaje, że trenował 25-30 h/tydz! Jak długo i kto jest w stanie wytrzymać psychicznie (już nie wspominam fizycznie) takie obciążenie? Owszem zawodnicy walczący o najwyższe trofea ale pracujący amator?! Trochę zakrawa to na jakieś sportowe sado-maso, które w każdej chwili może zabić radość już nie wspomnę o konsekwencjach rodzinnych czy zawodowych… Nie jest to oczywiście sąd nad Tomkiem, takie tri rozważania, które zresztą popełniłem w ostatnim wpisie na blogu AT…. tematyka spójna… 🙂
    I tak na marginesie, bardzo podoba mi się podejście Profesorre do tri-tematu 🙂

  4. Fajny artykuł Maciek :))
    Tak tylko małym sprostowaniem – czasem straconym triathlonu absolutnie bym nie nazwał. Generalnie wszystko co robimy w życiu ma swój cel i bez znaczenia jaki jest efekt końcowy to w mojej opinii, każda rzecz która dzieje się w naszym życiu przygotowuje nas na to co ma dopiero przyjść 😉

    U mnie (a zapewne nie tylko u mnie) problem polegał po prostu na braku czasu na inne ciekawe rzeczy, na które trenując sporą liczbę godzin w tygodniu po prostu nie mamy ani czasu ani sił – niestety triathlon to miłość jednostronna, której trzeba się całkowicie oddać bez żadnych “ale” i podporządkować większość jak nie wszystko.

    Co nie zmienia faktu, że jak mój bagaż doświadczeń życiowych, epickich przygód czy zwiedzonych miejsc urośnie to za pewne wrócę się pościgać bo od tego nie ma ucieczki :))

  5. Już w ub roku zdecydowanie zmieniłem optykę, luz, wynik będzie taki jaki będzie, na jaki będzie mnie tego dnia stać, na jaki byłem w stanie zapracować nie zarzynając się ponad miarę, wiem, że nie da się nadrobić 25lat nic-nierobienia w 3 lata, widzę jak łatwo złapać kontuzję przesadzając, co z tego, że zrobię jakiś kosmiczny dla mnie wynik jak zapłacę za to brakiem możliwości robienia czegokolwiek potem, jak czuję granicę bez problemu odpuszczam bez cienia żalu. A jak mam możliwość robienia innych ciekawych rzeczy to też obecnie je wybieram. I tak dalej;) Wynika to z tego, że wiem, że na żaden dobry wynik mnie nie stać i nigdy nie będzie;) Ale oczywiście jak udaje mi się poprawić to sprawia mi to radość choć nie trwa ona specjalnie długo:)
    @Artur – jak wiemy samo lubienie spotkań nie gwarantuje ich realizacji;)))
    A co do stosu komentarzy to niestety jesteśmy społecznością dosyć milczącą, stosy komentarzy pojawiają się najczęściej w odpowiedzi na mocno prowokacyjne wypowiedzi ale już mi się znudziło;))

  6. Artur, aspekt towarzyski doceni każdy, kto kończył zawody za granicą. Niby fajnie, kolorowo, ale nie ma z kim przybić piątki za metą 🙂 W przypadku tych badań “socializers” to nie byli tacy Ty i ja, którzy lubimy spotkać się i pogadać na zawodach. To raczej przypadek np. Twojego kolegi z pracy, postanawiającego za którymś razem wybrać się z Tobą na “ten triathlon”. Ciekawostką było również, że to właśnie ta grupa wydaje najwięcej na sport.
    Miarą rozwoju naszego rynku jest, że tacy ludzie nie są już postrzegani jako “nieprawdzwi” triathloniści.
    Zachowanie właściwych priorytetów to niezwykle trudna sztuka. Przyszła mi nawet myśl, że zbyt mało popularyzuje się takie zrównoważone podejście. Fajnie jest napisać, ten facet biega 28 minut na dychę, choć znacznie ciekawszy może być ten drugi, na którego na mecie czekała uśmiechnięta rodzina, czy znajomi. Taka luźna myśl na szybko.
    Pod postem Tomka było (kiedy go czytałem) dużo komentarzy nie zgadzających się z nim, ale szanujących jego decyzję z życzeniami zadowolenia z nowych wyborów.
    I to jest prawdziwy rozwój dyscypliny! Nie lepsze wyniki, a umiejętność rozmowy na poziomie dorosłych ludzi. Bez zaperzania się i przekonywania na siłę o swojej racji.

  7. Maciej, sadze, ze bedzie stos komentarzy! Co wpis to poglad:) Osobiscie uwazam, ze podejscie towarzyskie nie wyklucza zaangazowania i powaznego podejscia do treningow. Ja aspekt spolecznosciowo-towarzyski stawiam ponad wszystko i dla tej sprawy zrezygnuje z wyniku. Ale …zawsze o ten wynik powalcze. Nawet zmeczony, slabiej przygotowany. Moj kalndarz imprez triathlonowo-biegowo-kolarskich upchany jest po brzegi. Dlaczego?! Bo lubie spotkania z przyjaciolmi, znajomymi. Przed, po, w trakcie zawodow. A chec poprawiania sie, doskonalenia wpisana jest w nasza nature. W zawodzie, w hobby, w zyciu osobistym. Jesli lubimy to co robimy to zawsze chcemy byc lepsi, doskonalsi…:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here