2/3

Już 2/3 startów zaplanowanych na ten sezon za mną, wypadałoby wrzucić relacje, zanim sezon się skończy 😉

 

Piaseczno.

 

Te 2/3 startów to 2 z zaplanowanych 3 🙂 Pierwszy z nich to 1/4 IM w Piasecznie, w ramach cyklu Garmin Iron Triathlon.

Start w tej imprezie potraktowałem jako mocniejszy trening, możliwość spotkania znajomych no i dobrą, triathlonową zabawę. Dzień wcześniej zrobiłem ponad 3 godzinny trening rowerowy. W założeniach miała to być zakładka, ale ze względu na dolegliwości Achillesa zrezygnowałem z biegania. Niemniej, do zawodów podszedłem jednak na zmęczonych nogach. Po ciepłej zimie, wiosna była raczej chłodna. Wyglądało na to, że także w Piasecznie może być niezbyt ciepło. Ale akurat tego dnia otworzyło się nad Piasecznem „okno’ z całkiem niezłą pogodą. W tym roku przyjąłem strategię taką, że startuję niezbyt często i tylko tam, gdzie mam blisko albo przy okazji mogę odwiedzić rodzinę (i skorzystać z darmowej „mety’). Do Piaseczna mam blisko. W miarę. Ale jakoś tak się złożyło, że (jak zwykle) nie mogliśmy się (ja i fanclub – rodzina) zebrać i dotarliśmy na teren zawodów tak na styk. No może nie na styk do startu, ale wyznaczone przez organizatora terminy trochę przekroczyliśmy. Wielkopolska część mojej natury nie lubi spóźnień, więc trochę się stresowałem. Rzeczy zostawiliśmy w namiocie AT Team (wspaniała sprawa) i spędziliśmy trochę czasu ze znajomymi (poznanymi na innych zawodach).

 

Przeczuwałem, że – biorąc pod uwagę niezbyt łaskawą do tej pory aurę – woda w stawie będzie zimna. Wziąłem nawet stylowy, neoprenowy czepek, żeby zapewnić głowie dodatkową izolację. Przyjemnie się rozczarowałem – woda owszem, była… powiedzmy „rześka’, ale nie zapierało mi tchu w piersiach, czego się obawiałem. Na start, trochę brodzenia w błocie. Syrena i… poszliiiii! To znaczy ja tradycyjnie trzymałem się tej części stawki, w której płyną tacy bardziej stateczni zawodnicy. Miałem nadzieję, że będzie luzik, ale okazało się, że nie ma takiej możliwości. Taka specyfika „akwenu’ przy tej liczbie ludzi (niemal 500) po prostu „nie da się’. Zatem co chwila o kogoś się ocierałem, napływałem na kogoś, ktoś napływał na mnie, złapał mnie za nogę. Przy bojkach robiły się korki i w ogóle stawałem w miejscu. W miarę swobodnie robiło się wtedy, kiedy… zbaczałem z kursu. Co chwilę odczuwałem takie lekkie, prawie skurcze – łydek i dwugłowych ud. Sygnał, żeby uważać, więc nogi praktycznie wyłączyłem – chociaż nigdy specjalnie mocno nimi nie pracuję (zużywają za dużo tlenu). W końcu… dotarłem do wyjścia z wody. Ta była chyba jednak dosyć chłodna, bo błędnik mi zwariował, ale na szczęście wolontariusze pomogli mi wpełznąć na pomost. Świński truchcik do roweru, który tym razem ulokowany był pod koniec strefy zmian (przy wyjściu), dostojna 'wylinka’ (wyjście z pianki), kask, okulary, buty i w drogę.

 

Na rowerze trochę kluczenia między domkami i potem już ogień. No dobra, bez przesady. Po długim treningu dzień wcześniej jest więcej dymu, niż ognia. Na odsłoniętych fragmentach trasy (a tych jest większość) wieje. No nie jest to żaden huragan, wiatr jest umiarkowany, ale jednak wieje. Nie ma w tym nic dziwnego, bo na Mazowszu w zasadzie wieje zawsze, a nawet, jak nie wieje, to i tak wieje. Czyi wieje na każdym treningu, przynajmniej w jedną stronę. Teoretycznie można by było się przyzwyczaić, ale ja jakoś nie mogę. Naprawdę, próbowałem nawet wiatr polubić, ale nie. On robi ze mną coś dziwnego. Męczę się, nie mogę jechać z normalną kadencją, tylko depczę, mozolnie przepycham rower, jak przy wspinaczce po górę. Wiało, ale jakoś cisnąłem. Ponieważ powierzchnię mam dosyć dużą, to momentami musiałem dociskać naprawdę mocno. Zwłaszcza, kiedy było nie tylko pod wiatr, ale i pod górkę. Wyprzedziłem wiele osób, potem długo tasowaliśmy się wzajemnie z kilkoma zawodnikami. Na dojeździe do strefy zmian oczywiście mocno zwolniłem, żeby nie wywalić się na tych ciasnych zakrętach, dałem się wyprzedzić paru konkurentom. Nic to. I tak na biegu by mnie dopadli.

 

No jasne, że by mnie dopadli. Zsiadłem z roweru, założyłem buty i biegnę. Właściwie to próbuję biec. Nogi, jak z kamienia, nie działają. Drobię jak baletnica (z zachowaniem wszelkich proporcji). Tętno 160+, a ja się prawie nie przemieszczam. No cóż… oby do mety, jakoś się przecież dokulam. Dopiero na trzecim (z czterech) okrążeniu trasy biegowej, zaczęło trochę puszczać, przynajmniej chwilami. Tętno skoczyło powyżej 170. Ale coraz mocniej odczuwałem lewego Achillesa. Najpierw narastający dyskomfort (jakiś dyskomfort to mam właściwie ciągle), potem już kłujący ból. Zacząłem robić przerwy w marszu, potem znowu bieg, ból i tak w kółko.

 

Na czwartej pętli przepuściłem samochód medyczny. Zrobiło się przy tym takie zamieszanie (albo to ja byłem tak zakręcony), że zszedłem z trasy i pobiegłem gdzieś „w teren’. Połapałem się, wróciłem na szlak i tym „galołejem’ dowiozłem „chipa’ do mety. Finisz pod górkę, z córką, medal, woda, wywiady, kwiaty. A nie… wywiadów i kwiatów nie było. Trudno. Wyszło 3:14 – drugi najgorszy wynik na płaskiej 1/4 IM (bo Radków to osobna kategoria) ever i najsłabszy wynik biegania. Rower – tak sobie, pływanie – jak zwykle 😉 Na dodatek coś pochachmęciłem z zegarkiem i zamiast roweru mam zapisane ok. 46 km pływania, ze średnią prędkością ok. 30 km/h 🙂 Wow! Trochę szkoda, bo byłem ciekawy „watów’ i tętna, ale… spokojnie mogę bez tego żyć. Nazajutrz, po zawodach Achilles tak bolał, że prawie nie mogłem chodzić. Ostatnio to w ogóle zrobił się taki „standard’, po każdym bieganiu.

 

Okunika.


2 tygodnie po inauguracji sezonu w Piasecznie wystartowałem w sprincie w Okunince, nad Jeziorem Białym, koło Włodawy. Do tych zawodów także podszedłem bez określonego celu sportowego, z założeniem, że ma to by po prostu mocniejszy akcent treningowy w ramach monotonnych (z założenia, po weryfikacji planów), tegorocznych przygotowań. Dobór zawodów – wg klucza rodzinnego 🙂 no i dlatego, że są fajne, a w Jeziorze Białym jest najlepsza woda, w jakiej pływałem na zawodach triathlonowych. Do rzeczy!

 

Zjechaliśmy do Włodawy dzień wcześniej (klucz rodzinny), w dzień starty (sobota, 6 czerwca) mnóstwo czasu i pełen luzik. Wyspałem się (spałem znacznie dłużej niż zwykle), zjadłem konkretne śniadanie (solidna jajecznica) i wypiłem trochę kawy. Nawet trochę więcej niż trochę, bo ja lubię kawę 😉 W ramach rozgrzewki pojechałem na start (z 8 km) rowerem. Jadę, jadę, jadę i nagle – zonk! – łańcuch spadł mi na mniejszą zębatkę (z tych przy korbie). Nacisnąłem klamkomanetkę – nic. Jeszcze raz – też nic. No nie działa 🙁 Nie mogę jechać zawodów na małej tarczy, zabraknie mi biegów, ale nic to, mam jeszcze godzinę, spokojnie wyreguluję przednią przerzutkę. Pogoda wymarzona, słoneczko, cieplutko, no może trochę wiatr mógłby być słabszy 😉 Odebrałem pakiet startowy, porysowali mnie (napisali numery na ramieniu, łydce i dłoni) ponaklejałem numery na kask i rower, poszedłem do strefy zmian i zabrałem się za regulację przerzutki. Na czym się zresztą nie znam. Nawet bardzo się nie znam, bo po kręceniu różnymi śrubami przerzutka się całkiem zsunęła i zablokowała łańcuch. O f…ck…! Kręciłem, ciągnąłem, szarpałem – klnąc przy tym niemiłosiernie (w tym na mechanika, który wcześniej regulował przerzutkę). W końcu osiągnąłem taki efekt, że łańcuch trzymał się jakoś na większej tarczy, a hak przerzutki nie zawadzał. Czyli może da się jechać. Ręce, całe czarne od smaru, udało mi się (prawie) domyć krótko przed odprawą i przygotowaniami do startu.

 

Odprawa i cały, pozostały czas do startu to – przynajmniej z mojej perspektywy – lekkie zamieszanie w związku ze startem, kilkaset metrów dalej, na innej plaży niż w poprzednich edycjach i w ogóle przebiegiem trasy pływackiej. Jakoś nie mogłem zrozumieć jak właściwie mam płynąć. Zresztą nie tylko ja, brać triathlonowa wymieniała się najróżniejszymi wariantami przebiegu trasy zwłaszcza, że słabo było słychać organizatora. Ale… w sumie to ja raczej (raczej na pewno) nie będę płynął w „czubie’, więc zabłądzenie pewnie mi nie grozi. Start i płyniemy! 🙂 No to jest woda! Pływanie – jak zwiedzanie rafy koralowej (tak, mocno przesadzam), czysta woda, rośliny, ryby. Płynąłem patrząc co się pode mną dzieje. Od czasu do czasu rozglądałem się, czy na pewno płynę dobrze. No i zwykle okazywało się, że nie za bardzo, więc korygowałem (nadłożyłem trochę drogi). Na szczęście nie było żadnego tłoku (no malutki, przy bojach). Pełen komfort, luz i spontan. Wyszedłem z wody po 17 minutach i 44 sekundach, czyli jak na mnie to w sam raz. Człap, człap, człap, chlup, chlup, chlup – do strefy zmian i dostojne (jak przystało na sprint ;)) przebrałem się i przeszedłem na etap rowerowy.

 

A na rowerze, wiadomo, wiatr 😉 Trochę, jakbym jechał w wodzie, a w każdym razie w czymś znacznie gęstszym niż powietrze. Aż bolały nogi. Na szczęście, to były zawody z dozwolonym draftingiem i w zasadzie pierwsze, w których tak naprawdę trochę pojeździłem na kole. Muszę przyznać, że różnica pomiędzy jazdą samemu, a jazdą w „pociągu’, czy choćby bezpośrednio za jednym tylko zawodnikiem jest kolosalna. Od solidnego deptania do przechodzenia momentami na tryb jałowy. Niebo a ziemia! Dopiero teraz rozumiem jak wielkim „kantem’ jest draftowanie na zawodach z zabronionym draftingiem. To niemal inna dyscyplina sportu. Niestety, pociągi do których się podłączałem były – jak się okazało – troszkę wolne, bo czas etapu rowerowego wyszedł mi słaby – 41:06.

 

Szybka… Szybsza zmiana i ruszyłem na trasę biegową. Nogi znowu trochę drewniane, ale jakoś się turlałem. Woooolnoooo… Od drugiego okrążenia (z trzech) zacząłem trochę przyspieszać. Jak na moją masakryczną niedyspozycję biegową w tym roku, czułem się nawet nieźle. Od połowy trzeciego okrążenia zacząłem przyspieszać trochę mocniej. „Woda!’ Ostatni kubeczek wody przed długim finiszem… ups! dopiero biorąc łyka usłyszałem „… do polewania’ i zaciągnąłem łyk wody z jeziora (na szczęście jest to woda I klasy czystości). Jakieś 300? 200? metrów przed metą doszedłem (dobiegłem) dwóch zawodników. A co tam finiszuję. Ruszyłem mocno z kopyta. Usłyszałem, że jeden mnie goni, przyspieszyłem jeszcze bardziej. Ale co to?! Wyprzedził mnie. Goniłem ile sił, ile fabryka dała. Aż… skończyła mi się kadencja 😉 Nie byłem w stanie aż tak szybko przebierać nogami i omal się nie wywaliłem. No cóż wygrał… A ja zanotowałem nowe tętno maksymalne 🙂 Do tej pory było 193 bpm, teraz wykręciłem wypasione 197. I szybciej już chyba nie dam rady. Ani nogami, ani serduchem. Czas końcowy: 1:33:06. Prawdę mówiąc, najsłabszy z dotychczasowych, ale: to był znowu start treningowy, bawiłem się naprawdę dobrze i oto właśnie w tym chodzi 🙂

 

Już w najbliższą niedzielę 3 z zaplanowanych startów, na 1/2 IM w Poznaniu. Tym razem nie będzie to start treningowy, bo to tegoroczny start docelowy ;)))  Ale biorąc pod uwagę kłopoty z Achillesem, które trwają nadal, nie ma niestety co liczyć na coś więcej niż 'na ukończenie’. W ogóle ten rok to dla mnie rok resetu i ponownego układania sobie życia pod względem sportowym i zawodowym. W obu aspektach idzie to dużo wolniej i dużo trudniej niż się spodziewałem, z tym, że zawodowo jednak trochę lepiej niż sportowo 😉 W każdym razie pilnie trenuję czwarty z trzech sportów w triathlonie – cierpliwość 😉

 

Po dużych kłopotach z masą ciała po tym, jak przestałem w ubiegłym roku palić powoli (baaaaardzoooo pooowoooliii), ale konsekwentnie dochodzę do jako takiego ładu. Od 3 tygodni ważę ok. 88 kg (+/- 0,5 kg), przy wzroście 186 cm. To już nie najgorzej (ale na pewno nie jest to docelowa waga startowa). Niestety, ten cholerny Achilles nie daje mi pobiegać. Ostatnio to na przemian Achilles, a po 2-3 dniach rozcięgno podeszwowe tej samej (lewej) nogi. Wykonuję ćwiczenia ekscentryczne, masaże, ale mam wrażenie, że to niewiele daje… Po każdym biegu ból, czasem już w trakcie. I kilka dni wycięte – przez pierwsze dwa prawie nie mogę chodzić. Cierpliwość… Dużo cierpliwości…

 

Linki do troszkę dłuższych tekstów na mojej stronie (ze zdjęciami, tutaj nie udało mi się wkleić zdjęć – jakiś błąd się pojawiał):

 

http://adventurecapital.pl/piaseczno/

 

http://adventurecapital.pl/okuninka/

 

Powiązane Artykuły

21 KOMENTARZE

  1. Co mógłbym wnieść? No na przykład tonące nogi (zwłaszcza bez pianki), przydadzą się, żeby trochę przyhamować, jakby znosiło. Na nawrotach linka mogłaby zadziałać aż za bardzo, dzięki sile odśrodkowej, ale mógłby to być bardzo nieudany nawrót. Trzeba to przemyśleć…

  2. Albin wszędzie piszą że triathlon to nie tylko pływanie, bieg i rower. Trzeba mieć taktykę. Ostatnio nawet czytałem że jest sens na bieg jechać z zamrażarką. No więc po pierwsze pomimo że w podstawówce bym się z tobą nie kolegował ( jak ja skończyłem to Ty dopiero zacząłeś) jesteśmy w tej samej fali – to już dobry początek. Mnie znosi w lewo jak płynę w piance a w prawo jak bez. Gdyby pływanie było bez pianek to dwa dłuższe boki mogę obstawić – co najwyżej mnie zniesie na brzeg ale brzeg wydaje się niedaleko. Potrzebowałbym za to wsparcia na krótszym boku bo jak mnie wtedy zniesie na prawo to móglbym wylądować na innej Malcie. Zastanów się co Ty możesz wnieść do tej spółki i szczegóły wkłądów ustalimy przed startem. Zastanawaim sie tylko co dalej bo chyba aż tak długa łącząca nas linka na trasie rowerowej żeby nie być w polu draftingu mogłaby nie zadziałać na nawrotach. W każdym razie dalej kombinuję

  3. Tomku, to musimy uważać, żeby się nie zaplątać tymi tejpami. Woda w Malcie nie takie rzeczy odkleja 😉 Z drugiej strony może być bezpieczniej powiązać się jak alpiniści, bo w tej wodzie niewiele widać, a ja w nawigacji open water mistrzem nie jestem 😉 Rozcięgno też otejpuję – u mnie chyba nawalił jednocześnie przyczep Achillesa i rozcięgna (bo to częściowo to samo miejsce). Po przeciążeniu najpierw boli bardziej jak Achilles, a póżniej bardziej jak rozcięgno (jakby ktoś piętę kijem obił). Sądząc po tym, jak dzisiaj kuśtykałem po Warszawie, to chyba w niedzielę pudło mi nie grozi… 😉

  4. Albin, super ja tez będę otejpowany. Od roku tejpię swoje rozcięgno i przekonałem sie ze doświadczenie w tej materii jest nieocenione. Na początku głównym efektem było to ze w wodzie kto chciał mógł się złapać za dyndającego tejpa a po wyjściu z wody musiałem mieć pełna koncentrację zeby nie nadepnąć i nie wywrócić sie. W strefie zmian zmieniałem tejpa na beztejpa i biegłem radośnie. W tym roku jako zaawansowany tejpista potrafię już popłynąć bez odklejenia choć na dłuższym dystansie nie próbowałem. Poza tym jest kwestia wody. Myśle ze niektóre akweny potrafią odkleić nie tylko tejpa ale nawet neopren.

  5. Tomasz – reprezentacja Pawłowskich jest w ogóle dość liczna… wszędzie 🙂 Impreza – zawsze chętnie, a zwłaszcza po sprzedaży butów (może szewcem zostanę, to i pokląć będzie można, zwłaszcza w poniedziałek?) Piotr – W sobotę też będę, ale raczej pod koniec dnia – po pakiet, wstawić rower, na odprawę, na… zaraz… zaraz… party. Ale co to za pasta??? To już w płynie nie można??? Co do Achillesa…. hm… wolałbym, żeby po rowerze można było zrobić półmaraton na wrotkach, bo biegiem będzie bolało… Zamierzam się 'otejpować’, ale nie jestem pewien, czy to coś pomoże.

  6. @Tomek, o zadnej schizmie nie ma mowy; Papierz jest tylko jeden i startuje w sobote, niestety w sobote tez wraca do domu

  7. Marcin to prawda, zamęczy mnie ten 'taper’. Tak by sobie człowiek normalnie pobiegał, pojeździł i popływał a przez te zawody to wszystko się sypie. Wypada być 'by the book’ i co człowiek za to ma ? Sraczkę po burakach, ból głowy z nadmiaru snu (odpoczywa się przed zawodami), ból głowy z braku snu (nie można zasnąć bo wcześniej długo się spało) ból brzucha z głodu (żeby nie przybrać na wadze), ból brzucha z przejedzenia ( jak się wreszcie dorwie do koryta). A we śnie ciągle widzę Professore jak wyjeżdża z Malty na rowerze i pędzi bezpośrednio do drugiej strefy zmian a ja nie mogę wyczołgać się z wody na pomost bo nie startowałem w Piasecznie i nie mam praktyki w stylu pstrąga. Totalna porażka 😉

  8. Tomek, ja widzę, że energia Cię rozpiera czyli na Fuercie się nie potrenowało;) Chyba, że jeszcze Cię trzyma trening all-inclusive inside but only liquids i w Poznaniu chciałbyś poprawić;))

  9. Albin i Piotr nie bądźcie tacy tajemniczy. Idziecie na wagary ? Według mojego szpiegowania jeden jest na liście startowej na sobotę a drugi na niedzielę a tu jakiś wydaje się wspólny event się szykuje. Jak chcecie odpuścić swoje listy i zrobić jakiegoś browara zamiast startu to chętnie się dołączę. Po co się męczyć na tych zawodach. Nie lepiej posiedzieć i popatrzeć jak się męczy Profesor ? Poza tym na olimpijce ( Albin wiem że ty jesteś za połówką) jest aż siedmiu Pawłowskich i nawet jedna Pawłowska więc reprezentacja Pawłowskich w Poznaniu jest bardzo liczna. Z kolei Papierz ( ten czy tamten) jest wszędzie. Widzę że jest też popyt na buty. Moznaby sprzedać i zrobić za to niezłą imprezę.

  10. Albin – najważniejsze, że nie odpuściłeś sezonu i jak widzę z wpisu, nieźle potrafisz się bawić na zawodach :-). Udanego startu w Poznaniu!

  11. W takim razie jak będziesz miał coś na zbyciu to pisz na forum. Ponieważ moje buty do spinningu okazały się za małe….

  12. Płetwonurkowanie chodzi mi po głowie od dawna… Tylko jakoś nie ma czasu, bo ciągle ten triathlon, panie i w kółko triathlon. Ale faktycznie, pod wodą szybciej, więc może to mnie zmotywuje 😉 Jakub – te buty już sprzedałem. Rozważam, czy nie sprzedać Sidi T3 – do 2 godzin jest o.k., a potem zaczynają mnie cisnąć. Ja w ogóle z butami (różnymi) mam ciągle jakieś przejścia, mniej więcej co drugi zakup okazuje się (po pewnym czasie) być jednak nieudany, więc mam sporo mało używanych butów 😉

  13. Albin gratuluje przede wszystkim zbicia masy! A reszta wymaga jeszcze większej cierpliwości;) A Arek znowu wyjawił przy okazji kolejne swoje atuty… płetwonurek! no i wszystko jasne, wiadomo, skąd te czasy na zawodach, każdy wie, że pod wodą płynie się szybciej, trzeba tylko przyuważyć, gdzie chowa aparat tlenowy przed startem;)))

  14. Współczuje z Achillesem! Przerabiałem ,,temat’… na razie spokój ale unikam podbiegów i ciężkich podjazdów na dużym przełożeniu. W jeziorze Białym robiłem patent płetwonurka, faktycznie woda super! Powodzenia w Poznaniu!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,994FaniLubię
1,119ObserwującyObserwuj
302SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X