Debiut maratoński

11 tygodni przygotowań, 3-4 treningi tygodniowo, systematyczność i wiele wyrzeczeń. Wydaje się, że to powinno wystarczyć do ukończenia trasy maratonu. Po udanym starcie w półmaratonie w Zielonej Górze do Poznania jechałem pełen nadziei na bardzo udany start i „złamanie’ 4 godzin. Jak już wcześniej wspomniałem, był to mój debiut, więc nie do końca wiedziałem czego można się spodziewać na tak długim dystansie – teraz już wiem…

 

 

Pomimo tego, że pakiet startowy miałem odebrany przez znajomego, do Poznania przyjechaliśmy dzień przed startem – w sobotę. Towarzyszy mi jak zawsze moja Ania – trener, menager, kibic, fotoreporter, lekarz i psycholog sportowy 🙂  Wydawało mi się, że rozsądniej będzie przyjechać wcześniej, przygotować się do biegu, wyspać, spokojnie zjeść śniadanie i udać się na start. Po drugie chcieliśmy uczestniczyć w spotkaniu z Łukaszem Grassem. No i uczestniczyliśmy 🙂 Później jeszcze tylko spacer po targach Sport Fair, dokupienie kilku gadżetów, książki – coś o małpach 🙂 i żelów energetycznych na start. Atmosfera jaka panuje dzień przed startem już ładuje moje akumulatory. Okazało się, że nie tylko na mnie wpłynęła ona pozytywnie. Ania po wyjściu ze spotkania z Łukaszem, podjęła decyzję o rozpoczęciu przygody z bieganiem i w przyszłości startu w zawodach biegowych 🙂 Tak więc dzisiaj, kiedy mogę już normalnie chodzić, udajemy się na pierwszy wspólny trening.

 

Jak zawsze, wyjeżdżając gdziekolwiek, zabieramy ze sobą pełen zestaw noclegowy tj. materac, śpiwory, jaśki . Tym razem wyleciało nam to  z głowy… Okazało się, że u Mateusza, który odebrał mój pakiet startowy, czeka na nas jednoosobowe łóżko. Miałem nadzieję jednak, że nie będzie aż tak źle. Jak można się domyśleć, nie wyspało się tej nocy żadne z nas. Wysoki poziom adrenaliny od samego rana sprawił, że czułem się i wyglądałem  odrobinę lepiej niż student po weekendowej libacji alkoholowej 🙂 Śniadanie zjedzone, chip przymocowany, nr startowy jest. Czekamy jeszcze na dwóch znajomych i w 5 osób jedziemy na start.

 

 

Krótka rozgrzewka przed biegiem. Ustawiam się tuż przy pacemakerach na 3:45. Jeszcze odliczanie 5..4..3..2..1.. i poszli! Rzeka ludzi ruszyła na trasę. Początek biegnie się tragicznie. Przez pierwsze 5 kilometrów nie mogę złapać swojego tempa biegu. Wielki ścisk i do tego wyprzedzanie ludzi, którzy nie wiadomo dlaczego ustawili się na samym początku stawki, gdzie tempo jest zdecydowanie dla nich za wysokie. W granicach 7 kilometra jest już lepiej. Tętno dopiero się ustabilizowało, biegnie mi się w miarę luźno. Trzymam się cały czas baloników na 3:45. Do 25 kilometra właściwie nic się nie działo.

 

 

Nie mogę wyjść z podziwu ludzi, którzy nam kibicują. Jest ich tam masa. Dzieci przybijają piątki, banery zagrzewające do walki, co jakiś czas przygrywa jakaś kapela, a w miejscach „newralgicznych’ gdzie można było szybko dojechać komunikacją miejską, ogromne tłumy ludzi kibicujących wszystkim maratończykom. Coś pięknego. Wszystkim kibicom należą się wielkie podziękowania.

 

Od 25 kilometra zaczynam czuć w nogach przebiegnięte kilometry. Tętno nagle podskoczyło. Chyba wiem co się święci… Biegnę dalej, nie spuszczając z oczu białych baloników z czasem 3:45. Przygotowuję się na zderzenie ze ścianą na 30 kilometrze. Wszyscy mnie przed nią ostrzegali. „Wciągam’ więc połowę ostatniego żelu a resztę zostawiam na 34 kilometr. Tam ponoć jest niespodzianka – ciężki, długi podbieg. Wiedziałem, że na 31 kilometrze czeka mój fotoreporter. Wypadało więc pokazać się z dobrej strony. Pomimo tego, że nogi stawały się coraz cięższe, ja wpadłem na 31 km jak sarenka, wypatrując obiektywu aparatu. Okazało się, że biegłem za szybko 🙂 Zdjęcia nie mam, ale po gorącym dopingu biegło mi się dużo lepiej. Tak więc spotkanie ze ścianą zostało przełożone. Długo nie musiałem czekać. Podbiegu nie widziałem, ale za to poczułem. Tętno jeszcze bardziej podskoczyło, walczyłem, żeby utrzymać tempo pacemakerów. Udało się tylko przez kilometr. Na 35 kilometrze czołowe zderzenie ze ścianą. Przemaszerowałem przez punku odżywczy, wypiłem 3 kubki wody, 2 kubki powerade i zjadłem kawałek banana. Nie dało się tego zrobić biegnąc. Od tej pory baloniki zaczęły mi uciekać – ja zacząłem swoją walkę z maratonem. Do mety 7 kilometrów, a ja nie wiem jak się nazywam. Rozglądam się i widzę, że nie tylko ja jestem w takim stanie. Dodaje mi to trochę siły. Widzę coraz więcej maszerujących ludzi. Ja nie mogę iść… Biegnij, nie zatrzymuj się, dasz radę – motywuję się w myślach. Przecież moim drugim celem było przebiec maraton nie przechodząc do marszu. W końcu widzę oznaczenie kolejnego kilometra. Patrzę na zegarek, ponad 11 minut. Jaka ulga, to już 37km. Przegapiłem jeden kilometr więc do mety pozostało ich 5. Baloników już niestety nie widzę. Kolejny kilometr to walka ze skurczami mięśnia dwugłowego uda. Niestety musiałem się zatrzymać 2-3 razy, próbując rozciągnąć i rozmasować mięsień. Udało się i mogłem dalej biec. No i biegłem, myśli kłębiły mi się w głowie: ciekawe czy jest punkt odżywczy na 2 km przed metą? Jeżeli go tam nie ma, to nie biegnę dalej… a w ogóle po co ja się tak męczę na tym maratonie?? Pierwszy i ostatni raz! Miało być ciężko, ale nie aż tak! Teraz już wiem – żadnych ajronmenów też nie będzie. Co ci ludzie tak się zachwycają tym triathlonem? A on przecież jeszcze dłużej trwa… O nie! Od jutra ciepłe kapcie, piwko i TV. Minąłem tablicę z 39 km. Biegnę wpatrzony przed siebie, z nadzieją ,że zobaczę stoły z kubkami wody i bananami. No i są! Po raz kolejny przechodzę do marszu i piję, jem, piję, piję, piję… Uratowany. Wiem już, że dobiegnę. Siły trochę powróciły. Próbuję nawet walczyć o czas końcowy. Zegarek pokazuje mi tylko międzyczas i tętno. Nie mam siły już nic przy nim kombinować, bo i po co. I tak nic już nie zmienię. Biegnę. Masy kibiców krzyczą, zagrzewają do walki na ostatnich metrach. Wiem już gdzie jestem – jeszcze tylko obiec budynek i meta. Ostatnia prosta. Finisz. Wbiegam na metę z wysoko podniesionymi rękami. Zegar wskazuje czas brutto 3:52:45. Jestem wykończony jak nigdy i jeszcze bardziej szczęśliwy. Zrobiłem to. Udało się!

 

Za metą wiedziałem, że myśli sprzed 40 kilometra to brednie i trzeba niedługo zabierać się do ciężkiej pracy, bo w przyszłym roku muszę zrobić przynajmniej dwa half ironmany i życiówkę w maratonie.

Pozdrawiam

Powiązane Artykuły

12 KOMENTARZE

  1. 4661 to ja 🙂 5318 to Mateusz, ostatnią dwójkę poznałem w dniu zawodów, tyle że pamięć do imion mam dobrą, ale krótką…

  2. gratulacje! a teraz ważne pytanie – który na zdjęciu to Ty (nie mogę dopasować na podstawie zdj z bloga;-) a drugie pytanie czy nr 5318 to inicjały ZM?!? a może 3×1?:-)

  3. No gratki. Trójka z przodu 🙂 Każdy następny raz też będzie taki sam. I te myśli o piwie i kapciach – zawsze wracają na ostatnią piątkę. I zawsze jeszcze na starcie brzmi w uszach 'I co ja robię tu…’. A na mecie, jak już medal wisi na szyi… gdzie by tu kolejny start 🙂

  4. Aż się wzruszyłem. To poczucie, że jest się królem świata. Gratulacje. No to teraz co następne?

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.

Śledź nas

18,455FaniLubię
2,475ObserwującyObserwuj
443SubskrybującySubskrybuj

Polecane