Fiordy to jadły mi z ręki…

W pierwszych dniach lipca fala nadciągających upałów oraz gorączka grecka kazały nam szukać ratunku na północy Europy. Kiedy pod Akropolem zbijali deski na urny do głosowania my okrętowaliśmy się na prom do Karlskrony. Punktem docelowym był Haugesund w Norwegii i zawody na dystansie 70.3 IM. Uzasadnieniem wyjazdu był kilkudniowy urlop wędkarski w Skandynawii, chociaż informacje, że nie można głuszyć ryb prądem ani używać niewypałów ostudziły trochę nasz zapał.

 

W Gdyni zdążyłem pokazać Kierownikowi Ekipy (KE) a jednocześnie Sponsorowi Tytularnego (ST) i Żonie (Ż) tereny zmagań nadchodzących zawodów IM 70.3.

 

Wieczorem, już na promie, ktoś z obsługi zaczął łomotać do kajuty obok. Okazało się, że sąsiedzi zostawili w samochodzie psa. Rzecz niedopuszczalna z powodów humanitarnych, ekologicznych i unijnych przepisów bezpieczeństwa. Żona do mnie szeptem:

– „To może i my powinniśmy zabrać nasze robaki z samochodu?’

W lodówce miałem kilka pudełek dżdżownicy kalifornijskiej 'dendrodeny’ nr 4, a także pinki angielskie i robaki białe zwane „rodzynkami’.

 

Ja bardziej martwiłem się o Turqusa – mój nowy rower, dla którego start w Haugesund miał być oficjalnym debiutem. Zostawiając go samego na noc w samochodzie słyszałem jak cicho rżał z przejęcia przykryty cienkim kocykiem.

 

Kilka przypadkowych rozmów z personelem pokładowym, a także późniejsze kontakty z pracownikami stacji benzynowych czy restauracji mocno nadszarpnęły mit, że wszyscy Skandynawowie znakomicie mówią po angielsku.

 

Rano, po śniadaniu (prom szwedzki, stół szwedzki, boczek świński, jajka kurze) ruszyliśmy dalej na północ. Przed nami ponad 1000km.

 

Niedaleko od Karlskrony droga się rozwidlała i kierunkowskaz wskazywał „Kalmar 120km’. Mówię do Kierownika Ekipy/Sponsora/Żony:

-„ Wiesz, tam też są zawody na pełnym dystansie. Mógłbym wystartować w przyszłym roku, lub za dwa…’

 

Po zeszłorocznej Kopenhadze (’Nigdy więcej Ironmana!’) cisza była najlepszą odpowiedzią, jaką mogłem usłyszeć.

 

W Szwecji, w ramach poznawania obcych kultur wstąpiliśmy do sklepów Ikea, Jula i Jysk, bo w Warszawie żona nie ma czasu. Chciała sprawdzić jakość łańcucha dostaw a także poziom obsługi klienta.

Przy okazji poznaliśmy szwedzką kuchnię molekularną w formie klopsików w Ikei oraz nabyliśmy dzbanek przecudnej urody, który zawadzał nam już do końca podróży.

 

W radiu, w kilku stacjach symultanicznie szły przeboje ABBY. Jeden za drugim. W Norwegii za to mieliśmy sporo muzyki country – tej oryginalnej, oraz po norwesku.

 

W Oslo chciałem przeprowadzić wizję lokalną kabaretowych wydarzeń sprzed ponad pół wieku. W momencie wybuchu II wojny światowej Norwegowie dbający o swoją neutralność byli równie niechętni Niemcom co Brytyjczykom. Kiedy 09 kwietnia 1940 roku, służący obudził norweskiego króla Haakona informacją:

-’ Jego Wysokość, mamy wojnę!’

król zapytał:

– „Z kim?’

 

Naczelny dowódca (Age Gruper 70+), gen. Kristian Laake zarządził mobilizację drogą pocztową z nadzieją, że będzie miał swoją malutką armię pod bronią w kilka dni. Tymczasem czesnym rankiem 9 kwietnia niemiecki krążownik Blücher płynął w górę fiordu , wioząc kilkuset żołnierzy i dowódcę inwazji.

Dwa działa o imieniu Moses i Aron, zainstalowane w twierdzy Oscarsborg w 1893 roku, a wyprodukowane przez koncern Kruppa, oddały jedną salwę w swojej historii, trafiając krążownik dwukrotnie i zatapiając go.

 

To był najwspanialszy moment triumfu oręża niemieckie nad Niemcami od czasu, kiedy król Jagiełło pokonał Krzyżaków dwoma mieczami podarowanymi mu przez Urlyka von Jungingena.

 

General Laake nie czekając na dalsze sukcesy rozpoczął odwrót. Najpierw tramwajem, potem autostopem a na koniec złapał pociąg.

 

Obecnie, po przegonieniu Niemców Norwegia jest urokliwym krajem, w którym nie ma zbyt wielu ludzi. Wszędzie lasy, lasy, jeziora, skały i góry. I skalne góry pokryte lasami. Oraz fiordy. Tu i tam porozrzucane chatki, często z trawnikami na dachach. Jak osiedla Hobbitów.

 

W połowie drogi musieliśmy wjechać na płaskowzgórze, na wysokości około 1500 m npm. Wokół śnieg i przepiękne błękitne jeziorka. Temperatura około 15C, narciarze topless a inni pływają kajakami. Cudo!

 

zdjcie1

 

 

Spontaniczna propozycja zabawy w śnieżki niestety nie spotkała się z entuzjazmem.

 

IMG 1039

 

Haugesund jest niewielkim, przyjaznym miasteczkiem położonym nad Morzem Północnym, na końcu świata. Stąd przed wojną wyemigrował do USA miejscowy piekarz Edward Mortenson, który za oceanem zmienił nazwisko na Monroe i miał córkę o imieniu Marylin. Miedź, którą pokryto Statuę Wolności pochodziła też z tych okolic. Kopalnie miedzi Visnes zatrudniały w XIX wieku ponad 3000 ludzi.

 

Zawody zostały rozegrane według ustalonej formuły. Najpierw pływanie. Ci, którzy narzekali na odrobinę mułu w zbiorniku w Piasecznie, powinni spróbować jeziorka w Haugesund. Wejście wody szerokości około 10m jest wysypane żwirkiem; krok w bok i zapadamy się po kolana w czarnej glinie. Niejeden chip tam został na zawsze, ale ja czułem się jak u siebie w domu!

 

Start pływania – to jest mój ulubiony moment nieulubionej dyscypliny. Od razu wychodzę na prowadzenie niedużej grupy i to daje mi okazję rozdania kilku przyjacielskich, żabkarskich kopnięć. Będą mieli co wspominać i na co narzekać.  Po chwili grupa mnie mija i zostaję sam.

 

W tym miejscu w dobrej relacji powinno nastąpić zdanie: …’ z wody wyszedłem…….’. Otóż ja też wyszedłem z wody w jednym kawałku i w oznaczonym miejscu.

 

Po wyjściu z wody nastąpiło gwałtowne załamanie pogody. Wiatr od Morza Północnego przywiał ołowiane chmury, z których najpierw zaczął padać deszcz, potem grad, a na koniec sypnęło śniegiem. Co bardzie przezorni zaczęli błyskawicznie zmieniać szytki na opony uzbrojone w kolce, zakładać kaski z futrzanymi nausznikami, narciarskie gogle zamiast okularów przeciwsłonecznych, oraz swetry narciarskie w norweskie wzory podbite futrem reniferów.

(proszę zignorować cały poprzedni akapit jako przejaw niczym nieusprawiedliwionej fantazji autora, nie mającej żadnych związków z rzeczywistością i opisywanymi wydarzeniami).

 

Trasa rowerowa krajobrazowo zachwycająca choć sportowo wymagająca. Musiały mieć miejsce niedawno jakieś ruchy tektoniczne, ponieważ z zapowiadanych 450m przewyższenia wyszło grubo ponad 650m. Trasa raczej interwałowa, czyli niekoniecznie mój ulubiony typ. Poza tym podróż ponad 1000km z ograniczeniem prędkości do 60km negatywnie zaburzyła moje poczucie prędkości.

 

Trasa biegowa biegła przez miasteczko. Dwukrotnie. Na ulicę wylegli wszyscy mieszkańcy, ich krewni oraz przyjezdni. Doping jak na zawodach narciarskich. Czułem się podziwiany jak Therese Johaug i męski jak Marit Bjoergen.

 

Po biegu Sponsor Tytularny wyraził opinię, że na drugim okrążeniu biegłem na „sztywnych nóżkach’. Niestety, to prawda. Na początku biegu niepotrzebnie wylazło słońce, na które jestem uczulony jak skandynawski, baśniowy troll – po prostu zamieniam się w kamień.

 

Jeśli chodzi o cele sportowe, to muszę przyznać, że nie udało się ich zrealizować. Planowałem poprawienie „życiówki’ w T2. Ćwiczyłem całą zimę zdejmowanie kasku i przekręcanie numeru z tyłu na przód. Zmęczenie? Złe odżywianie? Odwodnienie? Nie wiem. Liczyłem na wynik w granicach 2:30, a uzyskany czas 3:57 pozostawia duży niedosyt. Czas uzyskany w T2 w ubiegłym roku w Luksemburgu (2:44) nadal czeka na poprawę.

Następna okazja będzie w Gdyni już za miesiąc.

 

zdjcie2

 

W drodze powrotnej pojechaliśmy wzdłuż Hardangerfjorden, drugiego pod względem długości fiordu Norwegii, a następnie wzdłuż jego nietuzinkowej estetycznie odnogi Åkrafjorden. Obejrzeliśmy wodospad Langfoss, który tak zachwycił dziennikarzy CNN, że w marcu 2011 roku umieścili go na liście dziesięciu najwspanialszych wodospadów na świecie.

 

zdjcie

 

Kiedy szykowałem się do zrobienia zdjęcia, jakiś sympatyczny tubylec średnio-starszego pokolenia zagadał do mnie w miejscowym narzeczu. Ja na to, że może angielski? Na to on konfidencjonalnym szeptem wskazując głową wodospad

– …„to z topniejącego śniegu’.

Naprawdę?, a ja myślałem, że rura średnicowa wam pierdyknęła!

 

Potem ruszyliśmy na ryby, ale to już zupełnie inna historia, a to nie jest przecież portal wędkarski, więc ograniczę się jedynie do jednej fotki.

 

IMG 1060

 

Na zakończenie wyjaśnienie tytułu: W gronie znajomych początkujący turysta chwali się swoimi wrażeniami z zakończonej właśnie podróży do Norwegii. Ktoś go pyta:

– A zorzę polarną widziałeś?

– Pewnie, że widziałem

– A renifery widziałeś?

– No jasne!

– A fiordy?

– Fiordy, to mi jadły z ręki!

Marek Strześniewski
Marek Strześniewski
Absolwent Uniwersytetów Warszawskiego i Jagiellońskiego oraz University of Illinois w USA. Od końca lat 90-tych prowadzi w Polsce założoną przez siebie firmę doradczą IMPACT Management. Ponad 300 zrealizowanych projektów koncentrowało się na zagadnieniach efektywności indywidualnej i organizacyjnej, optymalizacji kosztowej, dynamizacji sprzedaży oraz wdrażaniu strategii. Od 10 lat trenuje biegi długodystansowe i triathlon, gdzie wykorzystuje techniki zarządzania czasem i wyznaczania celów. Ukończył między innymi maratony w Nowym Jorku, Berlinie i Amsterdamie, oraz zawody triathlonowe na dystansie IRONMAN w Kopenhadze. Felietonista, bloger i ekspert Akademii Triathlonu w dziedzinie zarządzania czasem i efektywności indywidualnej.

Powiązane Artykuły

30 KOMENTARZE

  1. Marku zaczynam się Ciebie bać, hekatomba ? Ofiara nie była aż tak duża ;- ) zacząłem już trenować, na razie bez roweru, bo mój rumak jest jeszcze w posiadaniu Grześka, ale mam nadzieję, że już w przyszłym tygodniu go odzyskam. Póki co biegam i pływam, choć pewnie w weekend skoczę na jakiś spining 😉

  2. Marku nawet nie wiesz jak mnie to zabolało. Juz ćwierć wieku temu stwierdziłem ze jedyny urok wszelkich tropików polega na tym ze są tropikami. Jeżdżę tam żeby zaspokoić basenowe potrzeby dziecka. Prawdziwy świat to dla mnie północ. To kraina dla ludzi ze stali. Tam się kształtują niezłomne charaktery. Tam mrok zimowy doprowadza do depresji i samobójstw znaczny odsetek społeczeństwa a u pozostałych kreuje żądzę zadawania wymyślnych tortur w seryjnie popełnianych morderstwach. Biedna Marylin niestety w genach pozyskała potrzebę samounicestwienia. Gdyby było inaczej znalibyśmy ją pod innym nazwiskiem -Charles Manson.

  3. @Arku, od czasu kiedy wszedłeś do mojej kategorii tak nieludzko zawyżyłeś poziom, że muszę swoich szans szukać na rubieżach Europy @Piotrek, Turqus pojawił się po raz pierwszy w relacji ze Stambułu, nawet ze zdjęciem, a Ojcem Chrzestnym jest Krzysio Górecki, bo to on wymyślił tę nazwę:) @Marcin&Tomek – Panowie, robicie mi wrogą robotę. Ja próbuję propagować urodę Skandynawii, a Wy cichaczem wprowadziliście tu wątek Wysp Kanaryjskich!

  4. Dziękuję Marcin. Myślałem o tym przed wyjazdem (o rowerze) ale swoim zwyczajem postanowiłem trenować tylko z rana zeby rodzina mnie miała jak sie rozbudzi w a w tych okolicznościach oznaczałoby to jazdę po ciemku a na to sie nie odważę. Wystarczy ze biegając po tym Marsie cały czas mam wrażenie że za chwilę z ciemności wynurzy się jakaś zabijająca poczwara z filmów o Riddicku.

  5. Ha ha byłem tam 2 lata temu ale w maju;) Teraz byłem tez Caleta ale w Batcelo, Caleta to jest idealne miejsce do eskapad rowerowych w kierunku Antiqua i dalej gdzie oczy poniosą, można w prawo, można w lewo a można tez prosto i objechać góry przez Betancurie. Wszystkie trasy masz przeze mnie dokładnie opisane w moim felietonie z 2013 roku na AT;) A pływać możesz w zatoce ale cofnij sie w kierunku Barcelo na plaże tylko jak jest odpływ to woda płytka;) Jak nie masz roweru to dam Ci namiar na wypożyczalnie, super gość, przywiezie do hotelu i odbierze, niczym sie nie przejmujesz. A piwko po treningu smakuje jeszcze bardziej;))

  6. To była jedyna recenzja hotelu niezbyt pozytywna ale potraktowaliśmy ja z rozbawieniem no i ubaw jest niezły. No ale dzięki temu oszczędzam sobie wstydu biegając i pływając po ciemku zanim inni się obudzą. Tyle ze z adaptacji do możliwego upału w Poznaniu nici bo przed świtem całkiem przyjemnie i niegorąco jest a w południe to ja jestem wzorowy all inclusive a z triathlonu to tylko carboloading w zróżnicowanej postaci. Najpierw piwo zeby zrobic goryczkowy podkład, później micha lodów, następnie piwo żeby się nie zasłodzić , po czym lody itd. choć na koniec dnia testuje też czasem środki medyczne np. nospa i ranigast. W końcu tapering przed 1/2 musi być 😉 Aha hotel nazywa się Elba carlotta a miejscowość Caleta Fueste.

  7. @Arek, moze dlatego, ze MKON przyjezdza do Berlina, to ja trenuje, maluje sciany domow i w ogole, caly czas przekraczam prog beztlenowy!!

  8. @Arek, moze dlatego, ze MKON przyjezdza do Berlina, to ja trenuje, maluje sciany domow i w ogole, caly czas przekraczam prog beztlenowy!!

  9. @Marcin, jestem Semper fidelis Academia Triatlonis ale wszystkiego nie da sie przeczytac, to czynia tylko Redaktor Grass, Professore i dziadek Cichecki. Ten to w ogole ma teraz duzo czasu, bo to przeciez juz wakacje i basen nieczynny, no moze tylko od 7 do 8 2x w tygodniu @Tomek, no wlasnie gdzies Ty trafil?

  10. Tomek, o 7.30 to ja wychodziłem leniwym krokiem na śniadanie, żeby ok. 8.30 wyruszyć w kierunku gór:) A w tym czasie żona z synem otwierali leniwie oczy, szli na śniadanie i spokojnie ok. 10 pojawiali się nad basenem, po wcześniejszym spacerze nad oceanem, gdzie zawsze te same leżaki i parasol czekały na nich w pełnym słońcu;) Gdzieś Ty trafił?;)))

  11. A propos zmiany warty to cały mój piękny plan treningowy na Fuercie legł w gruzach bo okazało się że muszę przede wszystkim doskonalić strefę zmian ale w czasie maksymalnym a nie minimalnym. Chodzi o to że trzeba wstać o świcie i czatować na leżak nad basenem. Czatujesz godzinę masz leżak. Czatujesz godzinę i 45 min masz leżak i parasol pod którym ten leżak możesz ustawić. Dobry start (gwarantujący całość świadczeń i dobre miejsce) ok 7.30 czasu miejscowego. Basen otwierają o 10. Dobrze ze mój dystans 1/4 to prawie 3 godziny. daje mi to komfort prawie pół godziny. Triathlon uczy cierpliwości i pokory. Zeby nie było jest też aspekt szybkościowy i siłowy ktory mam nadzieje zaprocentuje na zawodach. Kiedy zdejmują łańcuchy z leżaków trzeba błyskawicznie podbiec chwycić ze stosu odmierzoną ilość ( thanks God tylko trzy w moim przypadku) i pędzić nad basenem nie zderzając się z innymi do parasola. Drafting się zupełnie w tym przypadku nie opłaca więc przynajmniej z tym nie ma problemu.

  12. Piotrze, skoro adwokaci są na Fuercie (zmiana warty z doktorami;) to doktorzy bawią się w adwokatów;))) I też powinieneś wiedzieć o czym piszę, jeśli jesteś wiernym i uważnym czytelnikiem AT a szczególnie poprzedniego tygodnia;))

  13. nie przypuszczalem, ze Marek tak szybko znajdzie adwokata i to w osobie dokora -:)))) jestem wiernym czytelnikiem przygod Marka Pieg.. przepraszam Wedrowniczka, ale o Turqusie slysze, czytam pierwszy raz. No coz nie pozostaje mi nic innege, jak znowu zanurzyc sie w lekture i przeczytac wszystkie wpisy od deski do deski. przyznam ze uczynie to z rozkosza -:)))

  14. Piotrze, każdy uważny czytelnik przygód Marka Wędrowniczka wiem czym jest 'Turqus’ a przynajmniej powinien się domyślać i ten wątek nie wymaga rozwinięcia;))) A jak ktoś nie wiem to musi sięgnąć lektury wstecz;)

  15. niestety musze napisac, ze artykul duzo ponizej oczekiwan, a na domiar zlego, autor w tani sposob probuje lokowac produkt firmy Helly Hansen. Dziwie sie ze redakcja AT takie rzeczy 'puszcza’. Zupelnie nie zostal rozwiniety watek 'Turqusa’ o ktorym autor wspomina juz w osmym zdaniu.Nie jest tez do konca jasne, czy autor pojechal na ryby do Norwegii czy na triathlon do Szwecji lub odwrotnie. Watek historyczny tez bardzo skapy. Natomiast zupelne pominiecie we wpisie, i to przez uczestnika olimpiady polonistycznej, osoby Jona Fosse, chluby Haugesundu, urasta do miana skandalu!

  16. Siła, doświadczenie a przede wszystkim skromność. A w zachodnich pismach o triathlonie już wrze. Brytyjski 'Sports and nutrition’ opublikował 10 stron poświęconych jak to określił ’ Polish break through suplements industry’ gdzie rozpisuje się na temat cudownych właściwości dendronów, wychwala o ile procent przyspieszają regenerację pinki i czy 'rodzynki’ wyprą z rynku power bary, vitargo i inne.

  17. Marku, jesteś najlepszy :-)! Aż chce się jechać na ryby. W Gdyni chetnię zakupię Twój przewodnik 'Wędrówki daleki i bliskie Marka S.’ i poproszę o autograf. Musisz tylko go szubciutko wydać :-). A myślałeś o wystawieniu swoich opiwadan na expo w Gdyni? Myślę, że miałyby duże branie :-).

  18. Marek, marnujesz się w tym triathlonie…. Idź w stronę bajkopisarza lub innej ambitnej literatury… :-))) A serio, proza najwyższych lotów ,,blogowych’. Fotki piękne, medal śliczny! Ech, niektórzy to mają życie…. 🙂

  19. Marcinie, 'robaczywe’ przynęty nie bardzo się nadają do odżywiania na trasie – za dużo białka, za mało węgli! Łukasz, prawdę mówiąc to Twój start mnie zainspirował, żeby się tam zapisać – nie żałuję:)

  20. 'W Szwecji, w ramach poznawania obcych kultur wstąpiliśmy do sklepów Ikea, Jula i Jysk, bo w Warszawie żona nie ma czasu.’ – hahaha BOSKIE!!!! cały tekst jak zwykle uczta! gratuluję Marku ukończenia, bo wbrew pozorom haugesung nie jest prostym IM 70.3 🙂 Startowałem tam dwa lata temu i to właśnie tam zdobyłem kwalifikację na MŚ na Las Vegas. Co prawda z roll down, ale czas 4:30 nie był zły, bo przecież trasa biegowa to w sumie chyba 6 podbiegów. Jeszcze raz gratulacje za zawody i jeszcze większe za tekst i zdjęcia 🙂

  21. Marku czy mógłbyś wyjaśnić czym są pinki angielskie? Są spinki, są pianki, jest w końcu pinokio i jak się uprzeć to rybę każdym z wymienionych można złowić ale pinki ni jak nie mogę sobie wyobrazić! I zdradź czy wszystkie przynęty ostały się do przybycia na łowisko czy część skonsumowałeś na zawodach? W końcu 'rodzynki’ jak znalazł;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,660FaniLubię
1,022ObserwującyObserwuj
294SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X