Hardkor w Zell am See

 

Nie będę odkrywczy twierdząc, że w sporcie bywa różnie. Nie zawsze zawody układają się po naszej myśli i to też normalka! Jednak ignorancji oraz braku wyciągania wniosków ( w skrócie IBW) nie powinniśmy sobie wybaczać! Jak to u mnie z IBW było przytoczę w tekście…

Samo Zell am See i okolice przepiękne. Majestatyczne Alpy otaczające ponoć jedno z najczystszych jezior w Europie a w to wszystko usłane domami , pensjonatami, hotelami …. o bardzo oryginalnej, doprowadzonej do perfekcji architekturze. Każde rondo, skwerek zagospodarowane zielenią, tonące w kwiatach… Jednym słowem – uroczo.

Wymarzone miejsce na stoczenie ciężkiego pojedynku z samym sobą.

Tylko ta pogoda! Ciemne chmury wiszące nad miastem niczego dobrego nie wróżyły!

Organizacja zawodów dopracowana w najmniejszych szczegółach. Nie spodobała mi się tylko idea ,,workowa’ w strefie zmian. Na mój gust trochę to przekombinowane…. Trzy worki do każdej konkurencji. Stojak na woreczek rowerowy w jednym miejscu, stanowisko rowerowe w innym, stojak na rzeczy do biegania jeszcze w innym… Rozpakuj i spakuj… koszmar! Trochę przypominało mi to grę komputerową labirynt. Nie jestem mistrzem strefy ale tutaj czułem, że w moim wykonaniu potrwa to wieczność! Z sentymentem pomyślałem o naszej skrzynce postawionej przy rowerze …

10659269 894826603880627_8697308904713423638_n

Michał Budzik, ja, Emil.



Pływanie.

Start falowy co 5 min, każda ,,fala’ w innych czepkach. Jaki czort podkusił mnie abym zajął miejsce w środku stawki nie wiem (IBW 1)! Strzał i hajda do przodu…. Po jakiś 100m przepychanki wyłapuje porządną bombę w twarz, mam wrażenie, że widzę cały gwiazdozbiór , przy okazji zakrztuszam się wodą! Siłą rzeczy staje w miejscu… Trwa dłuższą chwile zanim się odkrztusiłem i złapałem normalny oddech. Płynę dalej, doganiam jakąś grupkę i przeciskam się po niej jak węgorz… Historia się powtarza – kop w łeb ( IBW 2)! Znowu się zatrzymuje i już trochę mądrzejszy kieruje się na obrzeże stawki…. Dalej już bez historii… płynę swoim rytmem, zaczynając wyprzedzać ,,czepki’ z innymi kolorami. Czas 35 z hakiem… co najmniej 2 min poniżej oczekiwań.

Rower.

Ruszam z impetem. Jeszcze płasko, noga podaje ok 38km/h liczę, że się jeszcze rozkręcę…. Mam świadomość, że zaraz zacznie się ,,cień wielkiej góry’… mimowolnie odpala mi się w myślach Butka Suflera z tym pięknym tekstem              ,, Góry wysokie, co nam z  Wami walczyć każe…….?!’ 

Pogoda dopisuje, doping na trasie, jakieś kapele przygrywające na nutkę bawarską, flagi IM…..utrwlił mi się obrazek babci z wysmaganą wiatrem cerą, trzymającą dzwonek i radośnie zagrzewającą do walki… 🙂

Najgorsze było przede mną! Zaczynał się mozolny podjazd…na długości coś ok. 20 km, 1 km przewyższenia. Góral ze mnie żaden a w dodatku korba i kaseta kompletnie nie nadająca się na taką imprezę… tak, tylko nic z tym nie zrobiłem!!!( IBW 3). Bolało, o jak bolało… zwłaszcza na ostatnim odcinku. Niektórzy nie wytrzymywali i schodzili z rowerów, byli też tacy, którzy nie zdążyli się wypiąć… ich bolało bardziej! Często było słychać sygnał karetki….

W końcu zjazd! Zdążyłem rozpędzić się do 60/km i stało się, przypadek który raz już przerabiałem (IBW 4)… kierownica wpada w wibracje, rezonans… cholera wie w co a ja z trudem ją utrzymuje!!! Z prawej strony, bezpośrednio przy drodze skała, z lewej barierka z urwiskiem a ja zbliżam się do grupy kolarzy kompletnie nie panując nad kierownicą! Drę się w niebogłosy ostrzegawczo…. Boję się, że mogę ich skosić! Nie wiem, chyba cudem, hamując pulsacyjnie jakoś udało mi się przejść do kontrolowanej jazdy. Serce w gardle!

Uspokajam się po jakimś czasie i ponawiam, już trochę delikatniej próbę szybszego ,,puszczenia’ się…. Gdzieś pod 55 kierownica znowu sygnalizuje, że tak dzisiaj nie będziemy się bawić! Poddaje się, do końca zjeżdżam prawie cały czas na hamowaniu….

W końcu w miarę płasko! Cisnę, miejscami nawet 40 i mam z tego radochę i nadzieję, że może choć troche odrobię stracony czas… Ni stąd ni zowąd, tak na 60 km deszcz! Rzęsisty, gruby z porywami zimnego wiatru! Moment i chłód przenika do szpiku kości, żuchwa wali o szczękę niczym dzwon! Zaczynam marzyć o biegu…. rozgrzać się! Opady ustają pod koniec roweru… Czas powyżej 3 h! Wiem, dupy nie urywa! Najważniejsze, nie zrobiłem sobie krzywdy… rower już w serwisie!

Bieg.

Tutaj niczego nie mogę sobie zarzucić! Rozpocząłem rozważnie od 4.50, mimo męczarni w górach czułem, że jest dobrze, no i nie ma tropiku tak jak w Poznaniu! Przypomniałem sobie o mailu Andrzeja Kozłowskiego, który obiecał, że będzie śledził na bieżąco i mi kibicował! Podbudowało mnie to! Chociaż w tej konkurencji nie mogłem zawieść mojego Guru!

Wydawałoby się, że trasa wzdłuż jeziora musi być szybka i płaska. A guzik prawda! Częściowo biegliśmy ulicą a tam dwa podbieg i wzdłuż jeziora, żwirową ścieżką ( a za tym tygryski nie przepadają). Wyprzedzałem sporo zawodników, na 9 km dogoniłem Emila, który wystartował 10 min przede mną. Rzucam hasło ,,nie poddawaj się, walcz!’ i jakieś tam……   Na 16 km, zaraz po podbiegu – kryzys! Tempo spadło do 5min/ km. Zacząłem stosować różne sztuczki psychologiczne aby wyłuskać rezerwy tkwiące w tym co mam między uszami…. Pomogło! Musze dodać, że na całej trasie ful kibiców, dzieci domagające się przybijania ,,piątek’….. Doping rewelacyjny!

W końcu finisz! Chyba nie miałem jeszcze takiej końcówki…..  🙂   Bieg w 1.37 z haczykiem…

I jeszcze ciekawy wątek, który podrzucił mi Emil…  Syn, kończąc pierwszą pętlę ( a były dwie), pomyłkowo wbiegł w korytarz prowadzący do mety! Zanim zorientował się o pomyłce zdążył zebrać gromkie brawa… był w szoku, że taki doping i tyle ludzi… zanim zobaczył bramę z metą! Jak relacjonował żal i głupio było się zawracać, pomachał serdecznie gawiedzi … a ta z dużą wyrozumiałością i poczuciem humoru obdarowała go ponownymi brawami…

 

No i tak , 30 miejsce na 180 startujących w swojej kategorii. Nie wiem już czy to sukces czy porażka…

Z pewnością są powody do zadowolenia, odhaczyłem kolejne TRI, tym razem piekielnie ciężkie ale dające ogromna satysfakcję …. I jak zwykle wartość dodaną stanowi zwiedzanie i wspaniali ludzie, ot chociażby osobiste poznanie blogerów: MKB i Triathlonbyjanusza…..

 

Co by nie mówić najważniejszy jest fun!


I jeszcze jedno, bardzo istotne – podziękowania dla żonki i Karoliny za ogromne wsparcie w tym naszym triwariactwie… 🙂

Powiązane Artykuły

19 KOMENTARZE

  1. Gratulacje! Jak czytam jakie są prędkości zjazdu na rowerze na trasie gdzie za chwilę możesz pożegnać się z życiem, to uważam Was naprawdę za TRIwariatów – oczywiście w pozytywnym słowa znaczeniu. Ja się chyba nigdy nie odważę:)

  2. byłem w Kaprun w zimie przepiekana kraina , wiem co czułeś pisząc o górach na rowerze ( masakra) co do biegu to w zimie tez był żwirek pod nogami tylko zamarznięty.Gratulacje!!!

  3. No tak znalazłeś coś fajnego tylko nie pod szyldem IM. Nie mówię, że to źle. Wiem, takich imprez w Europie jest sporo, sam zastanawiałem się nad Czechami….. Wygrał lokalny patriotyzm, w tym roku 😉

  4. Jakubie i tu się mylisz… 🙂 Wyłuskałem coś fajnego, stosunkowo blisko, trochę taniej i co najważniejsze z dobrymi opiniami! Napiszę w przyszłym tygodniu o tym miejscu…. Howgh!

  5. Boguś, mam już sprecyzowany główny cel, którym jest IM. Napiszę w przyszłym tygodniu gdzie planuję start może znajdzie się jeszcze ktoś chętny… w kupie raźniej 🙂

  6. I smieszno i strasznie musiało być. Gratulacje dla Ciebie Arek i dla Emila, który po raz pierwszy chyba Ci dołożył na rowerze ;-). To co za rok pełen dystans? Napisz, Arek, jakie masz plany.

  7. Wielkie dzięki wszystkim za gratki… Michał wybacz staremu…. już zmieniłem na MKB; Karolina, Emil wystartował 10 min wcześniej ale trzeba przyznać, że goni starego… 🙂

  8. Brawo, brawo, brawo! Gratulacje dla Ciebie i Emila. To była chyba trzecia edycja i trzeci raz lało. W zeszłym roku nie było takich himalajów a i tak na jednym zjeździe zaliczyłem glebę. Jeszcze raz wiwaty i salwy honorowe.

  9. Niesamowite historie nad tym jeziorem. Gratulacje za start. A tak przy okazji to widzę, ze chyba kiedyś Emil gonił Ciebie a teraz Ty Dopadasz jego. Oj pewnie przy piwku w domu kilka zgryzliwych komentarzy pada z ust do ust 😉 ale muszę przyznać, ze po raz kolejny zazdroszczę takiego układu:-)

  10. Raz jeszcze gratulacje! Cóż, kto nie jeździł po takich górach, a było nas co najmniej dwóch;) kilka razy miał 'śmierć w oczach’. Po kilka wywrotkach które widziałem na zjeździe na własne oczy odechciało mi się pedałować. Zapach palonych klocków hamulcowych (nie koniecznie moich) czułem przez cały zjazd. Zapadała mi w głowie jedna wywrotka…Duńczyka – Billiego:) Mignął obok mnie jak dziki, a za nim mały peletonie z 6 zawodników. Nagle bum…eksplodowała mu tylna opona. Jechał na boku chyba z 30 m i jak już prawie się zatrzymał wjechało w niego 2 kolejnych. Tylko kręcili głowami. Ale ogólnie, warto taki wyścig przeżyć. Na prawdę, dostrzega się więcej barw tej zabawy. Ten podjazd, ten zjazd, to oberwanie chmury, potoki na drogach, drewniane kładki, uczucie mrozu itd. już wiele więcej w czasie jednych zawodów wydarzyć się nie może…a Tobie jeszcze trzepotała kierownica;) To jest Fun, acz przerażający… PS Arek w ostatniej linijce postu, miał na myśli MKB, nie MTB…

  11. Bieg bajka:))Ja zadowolilem Andrzeja w dwoch dyscyplinach ale bieg w drugiej polowie polozylem… Gratuluje Arku! Wiesz,ze z calego serca Staruszku:))))

  12. Gratulacje. Kolejny start i kolejne doświadczenie. Nie ma co narzekać. Powiem więcej… bazując na tych kilku latach trenowania tri, myślę, że jeszcze nie raz powtórzysz na jakiś zawodach ten sam błąd. Nie wiem z czego to wynika, ale nawet po latach treningu potrafimy wpadać w stare pułapki. Przypominam chociażby doświadczonego Rafała Hermana, który na IM w Kalgenfurcie postanowił jeść mniej niż zwykle, chociaż wiedział, że trzeba ładować na rowerze ile wlezie. Za tobą mega trudny start, a ja jestem pod wrażeniem Twojego biegu 🙂 1.37 po takim pływaniu i górkach robi wrażenie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,569FaniLubię
997ObserwującyObserwuj
291SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X