Legenda polskiego triathlonu. Historia Jerzego Górskiego

Jerzy Górski to ikona polskiego triathlonu. Swoją historią inspiruje pokolenia zawodników. Sport stał się jego ratunkiem od uzależnienia. W wieku 68 lat dalej pozostaje aktywnym członkiem społeczności. 

ZOBACZ TEŻ: Filmowy weekend z motywem “tri”

Lekarka przyjmująca go do ośrodka walki z uzależnieniami liczyła się z tym, że może nie przeżyć terapii. Kilka lat później został mistrzem świata na dystansie podwójnego IRONMANa, a w 1995 spełnił swoje największe sportowe marzenie. Jak jedna okładka gazety zmieniła życie Jerzego Górskiego?

Nowa, kolorowa rzeczywistość 

Jerzy Górski urodził się 4 grudnia 1954 roku w Legnicy. Jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej uczęszczał na treningi gimnastyki. Na jego półce znalazło się kilka pucharów, a Jerzy realizował się w swojej pasji. Jednak ojciec Jerzego miał inne plany wobec syna. Chciał, aby ten został mechanikiem. Wysłał go do technikum samochodowego.

Ja tego nie rozumiałem. W ogóle mi to nie imponowało, nie kręciło […] Ojciec powiedział mi „Ty będziesz się uczył, a nie będziesz fikołki robił”. – powiedział w rozmowie dla Kanału Sportowego. 

Sytuacja w domu Jerzego nie była prosta. Rodzice nie byli zamożni. Cała rodzina mieszkała w jednym, dzielonym pokoju.

Małego Jurka ciągle nosi – ostatni wraca z podwórka, szkoła to dla niego zło konieczne. Z domu ucieka, kiedy może, bo wieje tam smutkiem. Uczucie między rodzicami dawno się wypaliło. Mama, po kilkunastomiesięcznej odsiadce za pokątny handel garbowanymi skórami, spędza życie w fotelu, dziergając na drutach swetry, trochę popija. Ojciec nosi w sobie jakiś uraz do świata, byle pretekst i wybucha, często dlatego, że jedynak nie chce realizować jego pomysłu na życie i nie oddaje się z pasją kształceniu na mechanika samochodowego – możemy przeczytać w jednym z artykułów w „Polityce”  

Ucieczką od świata szarej peerelowskiej codzienności okazało się wejście w środowisko hipisów. Po raz pierwszy zetknął się z nimi w młodzieżowym klubie Legmet. Jak wspomina, było to dla niego coś niesamowitego, zupełnie inny, kolorowy świat, w którym było wszystko – alkohol, papierosy, seks, narkotyki. Starsi o kilka lat znajomi nie traktowali go protekcjonalnie. Było zupełnie odwrotnie – poklepywali po plecach i wprowadzali w ich świat. Używki działały szybko. Nie ma bariery, w której orientujesz się, że masz z nimi problem. Morfina sprawiła, że Jerzy tracił kontakt z rzeczywistością. 

– To trwało 14 lat. Miałem przerwy związane z przymusowym leczeniem, ale tak naprawdę cały czas byłem uzależniony. To był okres komunizmu w Polsce. Wtedy nikt nie mówił o narkomanii. Lekarze diagnozowali u mnie toksykomanię i lekomanię. Inne było prawo. Milicjant robił mi rewizję na ulicy i kiedy znalazł strzykawkę dostawałem pałą i trafiałem na 48 godzin do aresztu. Mając strzykawkę i jakąś ampułkę byłem przestępcą – powiedział Górski.

Jerzy Górski
Źródło: Gazeta Wyborcza

Zmiana perspektywy 

Chwila refleksji przyszła dopiero po 13 latach. W wieku 28 lat, odsiadując wyrok za okradanie aptek, z radia w celi usłyszał audycję o Monarze. Ośrodku założonym przez Marka Konarskiego, który pomaga walczyć z uzależnieniami. Kiedy wyszedł na wolność, nie przerywając narkotykowego ciągu, próbował dostać się do ośrodka.

– Mówili: mamy komplet, przyjdź za tydzień. Ćpałem i wracałem podpisać listę oczekujących. W końcu miejsce się zwolniło. Być może w ten sposób sprawdzali, czy rzeczywiście mi zależy. – wspomina Górski.

W 1984 udało się. Monar opierał się na niekonwencjonalnych metodach leczenia. Nie było przymusu. Do wszystkiego trzeba było dojść samemu. Panował system hierachii. Za każde wykroczenie spadało się ze szczebla. Terapia bazowała również na wysiłku fizycznym. Codzienne bieganie i ćwiczenia. Na początku dla wyniszczonego organizmu to szok. Jak wspomina Górski w rozmowie z Łukaszem Grassem, gdy trafił do ośrodka, był tak skrajnie wyczerpany, że lekarka, która go przyjmowała, liczyła się z tym, że może umrzeć. 

Tam się nikt nie szczypał. Nie było lekarzy w białych kitlach tylko tacy sami giganci jak ja – ludzie, którzy mówili: „Co ty pierdolisz? Idziemy i koniec!” Z każdym dniem czułem się coraz lepiej.- opisuje pobyt w monarze Górski.

Gazeta, która zmieniła życie 

Właśnie w sporcie Górski znalazł odskocznię. Przełomowym dniem stał się ten, gdy w jego ręce trafiła gazeta „Sportowiec”. Na okładce widniało zdjęcie Antoniego Niemczaka, polskiego maratończyka, która wygrał maraton w Wiedniu. Do tego w telewizji przelatywały  sceny z zawodów triathlonowych. W głowie Górskiego pojawiła się wizja niczym z filmu. 

– Z sali dobiega śmiech i odgłosy: „O czym ty facet mówisz? Jesteś „ popierdolonym narkomanem”!  Zabieraj się do leczenia”. To się zabrał. Wstawał o 4 rano i biegał. Coraz więcej i szybciej. Podczas tych sesji myślał o pływaniu i zakupie roweru. Kupił – stary Romet. – pisze Górski w jednym z felietonów.

Mimo braku wiary innych pacjentów sport stał się jego nowym uzależnieniem. W pełni poświęcał się treningom. Początkowo było to tylko bieganie. Po wyjściu z ośrodka szukał osób, które mogłyby pomóc w rozwoju jego sportowej drogi. W ten sposób trafił na Janusza Kalinowskiego, dziennikarza Polskiej Agencji Prasowej. To właśnie on zajął się Jurkiem, wręczył mu pierwsze buty do biegania i zachęcił do udziału w Maratonie Warszawskim. Górski ukończył bieg, a czekającemu na mecie Kalinowskiemu rzucił tylko, że za rok to on będzie musiał na niego czekać. Słowa dotrzymał. 

Breaking the limits" - film o Jerzym Górskim na
Źródło: Londynek.net

Od narkomana do IRONMANA 

Kiedy skończył leczenie, zaplanował również podróż rowerem dookoła Polski. Chciał odwiedzić wszystkie monarowskie ośrodki dla uzależnionych. Trasę wyznaczył tak, żeby dotrzeć do Płaszewa koło Gdańska, gdzie odbywały się zawody triathlonowe. Na początku chciał się po prostu przyjrzeć imprezie. Po drodze do Płaszewa pomyślał jednak, że jeśli będzie okazja, to spróbuje swoich sił. Okazja się natrafiła. Górski wyszedł z wody jako ostatni, ale wyścig ukończył. Później po prostu wsiadł na rower i pojechał dalej. Triathlon zafascynował Górskiego. Słyszał o „ludziach z żelaza” i chciał stać się jednym z nich. Następnym krokiem był IRONMAN w Kaliszu. 

– Zająłem drugie miejsce za Jarkiem Łabusem, który wywalczył wtedy prawo startu w Ironmanie na Hawajach. O moim sukcesie zadecydowała kondycja i siła wypracowana na rowerze podczas rajdu dookoła Polski. To dało mi fundament. Na rowerze rozprawiłem się ze wszystkimi pozostałymi – Górski wspomina wyścig.

Jeden to za mało 

Największym marzeniem Górskiego były jednak Hawaje i wyścig ULTRAMAN, o którym dowiedział się z jednej z gazet. Pierwszego dnia płynie się 10 km, a po wyjściu z wody jedzie rowerem 144km na najwyższy wulkan, gdzie w wojskowym ośrodku nocuje się do rana. Drugiego dnia pokonuje się rowerem 270 km. Ostatniego dnia biegnie się 84 km do miejsca startu. Jak przyznaje, im trudniejsze warunki napotykał, tym lepiej się z nimi czuł. Chciał zrealizować swoje marzenie, jednak podróż do Stanów Zjednoczonych nie była prosta, a organizatorzy tamtejszego wyścigu nie odpowiadali na jego zgłoszenia. Górski postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Sam zorganizował w Polsce wyścig na takim dystansie. Ukończył go z czasem, który nieformalnie stanowił wtedy rekord Europy. 

Rzuciłem więc Amerykanom wyzwanie. Postanowiłem zrobić podobny dystans w Polsce, chcąc im udowodnić że jest tu gość, którego warto zaprosić. Miałem drugi czas na świecie, pierwszy w Europie. Niewiele brakowało mi do Scotta Moliny, choć miałem świadomość, że startowałem w innych warunkach. Przetłumaczony dokument wysłałem do USA. Żadnej reakcji – wspomina w rozmowie z Łukaszem Grassem.

W tym czasie na drodze Górskiego zjawił się Antoni Niemczak, ten sam, którego kilka lat wstecz mógł tylko podziwiać na okładkach gazet. Niemczak zafascynowany historią byłego narkomana zaprosił Górskiego do Stanów Zjednoczonych, w których mieszkał i został trenerem Górskiego. Zwieńczeniem ich współpracy był start w zawodach „100 miles in one Day”. 

W tym samym roku Górski podjął się jeszcze jednego, niesamowitego wyzwania – wziął udział w Double Iron Triathlon, podwójnym IRONMANie w Alabamie. Zdobył tam złoty medal, zostając mistrzem świata. Dystans 7,6 km pływania, 360 km jazdy na rowerze i 84 km biegu pokonał w czasie 24 godzin, 47 minut i 46 sekund.

Jerzy Górski
Źródło: Runners World

Cel: Hawaje 

Mimo ogromnego sukcesu dalej największy marzeniem były Hawaje. Jednak kontuzja ścięgna Achillesa, której doznał w 1991 roku i która odnowiła się rok później podczas maratonu nowojorskiego, zmusiła go do odłożenia wyścigu w czasie. W 1994 roku, kiedy przygotowania szły zgodnie z planem, doszło do poważnego wypadku. Górski jadąc na rowerze, został potrącony przez samochód. Miał połamane ręce, nogi i szczękę. Pierwsza myśl, która przyszła do jego głowy po przebudzeniu się w szpitalu to: „ „Ku…! Znowu nie pojechałem na Hawaje”

Chociaż dostał zakaz treningów to Górski podejmował pierwsze próby już w szpitalnym łożku. Jak wspomina, inni pacjenci patrzyli na niego jak na wariata. Po wyjściu ze szpitala, mimo przeciwwskazań zaczął biegać, pływać i jeździć na rowerze. 

Jest rok 1995 i zostało 4,5 miesiąca do startu. Lecę. Śpię jeden dzień i startuję. Jakie błędy! Wszystko skrajne, wszystko nieprawidłowe! Zrobiłem tam tylko jeden trening i na drugi dzień popłynąłem 10 km w słonej wodzie. Założyłem nowe okulary – kolejny błąd! Po kilometrze wszystko mi napuchło, więc musiałem je ściągnąć. Później rower. Jadę i nagle trzaskają szprychy. Jesteśmy na wulkanie. Tu nic nie ma! Żadnej miejscowości. Ekipa, która pilotowała zawodników zabrała mnie do mechanika. Naprawili koło, ale po 40 km znowu strzeliła szprycha. Z felgi zrobiła się ósemka. Odgiąłem na boki hamulce żeby nie zawadzały i tak dojechałem do mety drugiego etapu. Na koniec, trzeciego dnia przebiegłem 84km. Na mecie uniosłem ręce do góry, ściągnąłem czapkę…i wszystko puściło. Koniec triathlonu.  Zrobiłem to, co chciałem – opisuje swój wyczyn Górski.

Gotowy scenariusz 

Historia Jerzego Górskiego stała się inspiracją dla Łukasza Grassa, który we współpracy z zawodnikiem w 2017 roku wydał książkę „Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą”. W ciągu kilku miesięcy wskoczyła ona  na listę bestsellerów Empiku, sprzedając się w ponad 50 tysiącach egzemplarzy. Na jej podstawie powstał również film „Najlepszy’ w reżyserii Łukasza Palkowskiego. 

Obecnie Jerzy Górski dalej pozostaje aktywną postacią w świecie triathlonu. Ma na swoim koncie kilkanaście ukończonych startów na dystansie Ironman i ponad 50 maratonów. Wielokrotnie nagradzany był za swoje osiągnięcia. W dorobku ma m.in. wyróżnienie ONZ „Mistrz sportu, mistrz życia”.

Jest współorganizatorem wielu zawodów m.in. triathlonu w Sławie, Biegu Straceńców czy Marszobiegu Dobrej Woli. Prowadzi również własną firmę Sport Górski, która zajmuje się wypożyczaniem sprzętów na imprezy sportowo-rekreacyjne, okolicznościowe i reklamowe.

ZOBACZ TEŻ: Na trasach od 25 lat. Dziedzictwo doktora od ultratriathlonu

Powiązane Artykuły

Śledź nas

16,202FaniLubię
1,217ObserwującyObserwuj
318SubskrybującySubskrybuj

Najpopularniejsze