Nowe naklejki, nowa nadzieja.

8

Co za ulga, że nikt nie kasuje na AT ‘wirtualnych’ użytkowników blogów, którzy od dawna nic nie pisali. A minął już ponad rok, odkąd cokolwiek w tym miejscu napisałem.

 

Miniony rok, w sensie sportowym był dość słaby, ale i dostarczył wielu cennych doświadczeń, w skrócie zapamiętałem go tak:

 

– Silesiaman – w 2014 rozpoczął się cykl przyjemnych i radosnych imprez na Śląsku. W pierwszej startowałem dzień po 40. Urodzinach, w kolejnej udało mi się dostać pucharek za 1. Miejsce w kategorii M40(he, he, jeden z najmłodszych J), rozpoczęło się optymistycznie.

 

– Karkonoszman – duże nadzieje, dobre przygotowanie i… poległem. Miałem ostro powalczyć o dobre miejsce w pierwszej otwartej edycji, a jednak: jechaliśmy do Karpacza całą rodziną, ustaliliśmy, że na trasie nie będę miał wsparcia, biorę jedynie 3 bidony na część rowerową i spotykamy się pod Śnieżką… Ależ się zdziwiłem, gdy okazało się, że to co miałem w bidonach uległo fermentacji  i praktycznie byłem bez paliwa. Na żelach i wodzie jechałem przyzwoicie dość długo, a jednak było coraz trudniej, a na ostatnim podjeździe pod Karpacz Górny po prostu odcięło mi prąd na kilka minut. Zanim z pomocą batonika ratunkowego i wody ze strumienia mogłem znowu ruszyć – wyprzedziła mnie chyba większość stawki, więc po osiągnięciu T2 jadłem i piłem „ile wlazło’ by zgromadzić choć trochę sił na dotarcie do mety. I jakoś tam dotarłem, mam ten wyjątkowy drewniany medal na rzemyku – ale nie tak jak chciałem,  nigdy jeszcze tak nie przeciągnąłem swojego organizmu – szczyt upodlenia…

 

– kontuzja – jakimś tam odległym skutkiem osłabienia ta trasie w Karkonoszach pewnie było zapalenie Achillesa, które przypętało się wkrótce potem, w czasie długiego rozjazdu kolarskiego. A plan treningowy był poważny – zbliżał się najważniejszy start sezonu, czyli IM Zurich. Sporą część bezpośredniego okresu przygotowawczego spędziłem na leczeniu i… prawie się udało, pojechaliśmy na zawody. A jednak dzień przed, na dość lekkim rozbieganiu już w Szwajcarii – problem odezwał się znowu. Upewniłem się tylko u zaprzyjaźnionego ortopedy, że „nie zerwę tego’ i wystartowałem. Udało się zawody ukończyć, choć wyjątkowo spokojnie mogłem tym razem obserwować wszystko wokół – prawdę powiedziawszy, większej radości dostarczyła mi chyba uciecha dzieci z ich udziału w zawodach IronKids… Powróciłem więc do leczenia, rezygnując z zaplanowanych już  startów w kolejnym etapie Silesiamana i w Silesia Marathon… Jakby tego było mało, gdy w końcu roku wróciłem już to poważnego trenowania – złapałem ‘awulsyjne złamanie kostki’ (błee), które wyłączyło mnie ze sportu w ogóle, na dość długi czas. Taki sportowo udany był mój rok 2014.

 

A jednak – po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. Mam nadzieję, że limit pecha wyczerpałem. Pomimo zmniejszenia, w stosunku do ubiegłych lat, ilości czasu jaką mogę poświęcać na treningi – mam na ten rok zaplanowany jeden główny start w triathlonie. Wymarzony, kolejny. Mam nadzieję, że dobrze przygotowany, przepracowany. Drużyna w trochę innym składzie, pojazd ten sam, naklejki uzupełnione. Daleko i ciężko, ale wariant z podróżą samochodową był jedynym wykonalnym.

 

Cóż, optymistycznie proszę o doping i mam nadzieję, że nowe naklejki na autku będą mi się kojarzyły tak dobrze, jak poprzednie, których nie zrywamy, bo każde spojrzenie na nie wyjątkowo poprawia nastrój… Pozdrawiam tuż przed podróżą, północna Szkocja to jednak kawał drogi stąd…

adamk

 

wozik1

8 KOMENTARZE

  1. Adam gratuluję zdobycia Blue !!! czekam z niecierpliwością na opis 😀 ps. z tego co widziałem trzech Polaków zakończyło na szczycie 🙂

  2. Dobrze, że u Ciebie już dobrze, bo z pewnym niepokojem zastanawiałem się co słychać u Finishera Norsmana. Oklejony bus robi bardzo pozytywne wrażenie :-). Powodzenia w Celtmanie! I czekam na relację z ukończonych w dobrym stylu, oczywiście, zawodów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here