Od zera do Ironmana

15

Od zera do Ironmana

 

Było to cztery lata temu kiedy zupełnie przez przypadek zobaczyłem film z legendarnych mistrzostw świata w triahlonie na dystansie Ironmana, które odbywają się co roku na Hawajach. Dla niespełnionego piłkarza amatora wiecznie szukającego adrenaliny, którego karierę pokrzyżowały nie kontuzje, a po prostu brak talentu, film odegrał niebagatelną rolę.

 

Wydawało się to wręcz nierealne móc przepłynąć 3,8 km, przejechać 180 km i przebiec na dokładkę ponad 42 km i to często w morderczym upale. Dosyć szybko powiedziałem sobie – challenge accepted, mimo że perspektyw na osiągnięcie tego wyzwania za wiele nie było. Kiedy wchodziłem w danym czasie na wagę licznik zbliżał się pomału do granicy 110 kg przy 187 cm wzrostu (obecnie 89 kg). Pływać nie potrafiłem prawie w ogóle. No może co najwyżej przepłynąłbym 50 metrów kraulem-tarzanem i wcale nie było to do końca pewne. Na rowerze owszem jeździłem, ale rekreacyjnie i do tego rzadko. Biegania nienawidziłem, bo przecież ile można biegać jednostajnym tempem? – myślałem.

 

A jednak, uparłem się. Powiedziałem, że zrobię to prędzej czy później. Postawiłem na 3-letni plan, który miał zrobić ze mnie triathlonistę z prawdziwego zdarzenia, człowieka o żelaznej woli – Ironmana. Kładłem nacisk w pierwszym roku na krótsze zawody na dystansie ¼ Ironmana podnosząc poprzeczkę z roku na rok co raz wyżej aż do 22 sierpnia tego roku, kiedy to zmierzyłem się z legendarnym dystansem w Wolsztynie wraz z kilkudziesięcioma śmiałkami.

 

Do zawodów na dystansie Ironmana przygotowywałem się sumiennie przez blisko 9 miesięcy trenując od 10 do 15 godzin tygodniowo w zależności od miesiąca. Wykonałem około 90% zakładanego planu. Poza naturalnie pływaniem, jazdą na rowerze i bieganiem duży nacisk postawiłem na wzmocnienie górnych części ciała na siłowni, co okazało się bardzo pomocne szczególnie przy pływaniu. Plan treningowy skupiał się w pierwszych miesiącach na wzmocnieniu siły i wytrzymałości tlenowej. W ostatnich tygodniach przed zawodami postawiłem na długie treningi na rowerze, często połączone z tzw. zakładkami.

 

W dniu zawodów, pobudka, 4 rano budzimy się na wsi pod Wolsztynem. To już 3 długie lata czekania na ten moment – pomyślałem. Obudziłem się zmęczony i mocno niewyspany, bo jak tu spać spokojnie przed takim wydarzeniem ? Czas leciał wyjątkowo szybko, a lista rzeczy do zrobienia w strefie zmian czy na plaży krótka nie była. Jednak chwila opóźnienia ze strony organizatora pozwoliła na zorganizowanie się i bezstresowe zajęcie miejsca przy starcie.

 

Kilka minut po 6 rano i moje wielkie marzenie zaczęło się spełniać. Słońce ledwo zaczęło wschodzić nad poziom wody, a ponad 50 zawodników zażywało kąpieli połączonej z wysiłkiem w pięknym Jeziorze Wolsztyńskim. Pływanie poszło jak z płatka – już po 200 metrach wiedziałem, że forma na tym etapie jest. Ręka bardzo dobrze podawała. Do tego, co dziwnie dla mnie, nie miałem absolutnie żadnych problemów z nawigacją w wodzie. Można było powiedzieć, że pływanie w ciepłej wodzie mogło trwać i trwać. Wyszedłem z jeziora po godzinie i 17 minutach na 23 pozycji, wiedząc doskonale, że to dopiero była rozgrzewka i wcale nie była ona męcząca.

 

Szybka strefa, zmiana ubrania, pobranie batonów, żeli i innych życiodajnych specyfików i ruszamy w 180 km podróż po drogach powiatów wolsztyńskiego i grodziskiego. Przez pierwsze 30 km po euforii związanej z dobrym pływaniem, musiałem się hamować wiedząc, że utrzymanie średniej przez dłuższy czas blisko 35 km/h w mojej formie i z moim sprzętem może skutecznie storpedować plany o ukończeniu całego wyścigu. Do tego zaczęły się pierwsze kryzysy. Pierwszy był z gatunku żołądkowych – czyli do przeżycia. Na szczęście, słodziutka pepsi w dwóch puszkach pozwoliła na swobodną pracę tego kluczowego organu dla triathlonistów. Pierwsze cztery rundy z sześciu przebiegły prawie bezboleśnie. Pomny doświadczeń z poprzednich wyścigów wiedziałem doskonale o suplementacji eloktrolitami plus 600-800 kcal na godzinę w postaci żeli czy batonów. Na kolejnych dwóch rundach zmęczenie zaczęło dać o sobie znać i co gorsza zapomniałem zabrać ze strefy zmian wystarczającej ilości elektrolitów oraz wody w ostatnim punkcie odżywczym , co znacznie mnie spowoliniło. Na domiar złego, jechałem ostatnie 40 km na lekko zaciśniętym hamulcu, gdyż klocki po prostu zakleszczyły się w namniej spodziewanym momencie. Dowiedziałem się o tym po zawodach.

 

Po blisko 180 km jazdy wjeżdżałem na wolsztyński rynek z przeświadczeniem, że został mi tylko maraton do przebiegnięcia. Czas jazdy na rowerze był jak najbardziej przyzwoity bo 5:55, a ja mówiąc kolokwialnie nie wyjechałem się na rowerze. Bieg – najbardziej sprawiedliwa część z tych 3 konkurencji, gdzie sprzęt nie odgrywa praktycznie żadnej roli. Liczy się głównie wola walki i forma, w której się jest. Pierwsze cztery rundy z ośmiu przebiegły dosyć spokojnie. Utrzymywałem tempo na 4 godziny. Trasa była bardzo przyjemna, a lista punktów odżywczych była bardziej niż zadowalająca. Przebiegała ona przez tereny rekreacyjne, które często były otoczone przez gęste, liściaste drzewa. Na piątej rundzie, przyszedł pierwszy poważny kryzys. Był to moment, który ciężko opisać. W tej chwili po prostu umysł musiał przejąć całkowitą kontrolę nad ciałem. Było mocno ‘pod górkę ‘ – nie ukrywam. Najmniejsze wzniesienia sprawiały wielką trudność. Poprosiłem o pomoc moich kibiców o wsparcie w nadawaniu tempa, dzięki którym z trudem zacząłem pokonywać kolejne kilometry. Szósta runda zaczęła się bardzo dobrze, po doładowaniu colą i elektrolitami wróciłem na dobre tory i złamanie 12 godzin było bardzo realną perspektywą. Pod koniec rundy, poczułem pewien dyskomfort w klatce piersiowej. Wiedząc, że żartów nie ma postanowiłem wydatnie zwolnić swój bieg z myślą o ukończeniu wyścigu o własnych nogach, a nie w ambulansie.

 

Końcowy rezultat co prawda mógłby być lepszy, ale satysfakcja z ukończenia wyścigu na dystansie Ironmana jest trudna do opisania. Udało się wbiec na metę po 12 godzinach 29 minutach i 56 sekundach na 35 pozycji. Z drugiej strony zdrowie jest najważniejsze.

 

Szczególne słowa uznania należą się dla organizatorów. Niczego nie brakowało kompletnie, a atmosfera tych jakby nie mówiąc kameralnych zawodów była naprawdę wyśmienita. Po tej pamiętnej sobocie mam pełen bagaż doświadczeń i listę błędów, których należy unikać w przyszłych zawodach na tym dystansie. Po pokonaniu łącznie 226 kilometrów życie wygląda zupełnie inaczej. Okazuje się, że faktycznie nie ma rzeczy niemożliwych do zrobienia, a jedyne co przeszkadza nam w realizacji naszych marzeń, to strefa komfortu, z której należy po prostu wychodzić bez zbędnych dywagacji. Innymi slowy mówiąc, należy robić swoje i przeć do przodu. Było ciężko, ale niemożliwe okazało się możliwe.

15 KOMENTARZE

  1. Panowie póki co temat odległy i nie za bardzo jest się z czym wychylać, nie mam na myśli przyszłego roku tylko datę X. (wielką niewiadomą). Dlatego też taka ‘niby tajemnica’, bo generalnie mam pomysł, ale póki co sam nie wiem czy realny do zrobienia przeze mnie, więc jak poczuję, że dam radę to powiem co i jak 😉

  2. Kuba, u mnie jakoś brak motywacji nastąpił :-), pochwal się co tam knujesz to może i ja się zmobilizuję … p.s. Sorki Michał za zaśmiecanie bloga.

  3. Kuba a co ty taki tajemniczy don Pedro się zrobiłeś?! Któryś raz rzędu zagadujesz o jakiś ambitnych (domyślam się) planach i pary z gęby… :-))) Uchyl no rąbka…

  4. Jacku hm przednia myśl z tym double, ale póki co mam inne plany, ale narazie sza…. daleko do tego i potrzeba dużo treningu oraz prób aby zdecydować się na ten krok.

  5. Serce jest w porządku po wielu badaniach. Tak czy inaczej trzeba się badać regularnie, bo triathlon to mocno wymagający sport nawet na poziomie amatorskim.

  6. Gratulacje ! Dobrze będzie jak przebadasz serducho, jeśli wszystko będzie ok to można dalej napierać – tego życzę. p.s. Kuba czy ty czasami nie myślisz o Double Ironman ???

  7. Gratulacje ! Dobrze będzie jak przebadasz serducho, jeśli wszystko będzie ok to można dalej napierać – tego życzę. p.s. Kuba czy ty czasami nie myślisz o Double Ironman ???

  8. Dzięki za miłe słowa. Polecam każdemu. Niesamowite przeżycie, ale najpierw zachęcam do kontaktu z lekarzami. Obciążenia dla organizmu są naprawdę spore.

  9. GRATULACJE! Mam nadzieje, że w przyszłym roku i ja doświadczę uczuć, które były Tobie dane. Gratuluję postawy w momencie kryzysów . Dziekuję za tę relację z Wolsztyna – bardzo dobrze się ten tekst czyta.

  10. Gratulacje!!! w tym roku również miałem zrobic swojego pierwszszego IM ale niestety kontuzja skutecznie pokrzyżowała mi plany 🙁 Najgorsze jest to że kontuzji nabawiłem sie w czasie przeprowadzki a nie podczas treningu. jeszcze raz gratulacje 🙂

  11. Widzę dużo analogii ze mną. Również ,,robię’ w temacie trzeci sezon i w tym roku udało się zaliczyć IM. Duże przeżycie, dłuuugi wysiłek….. Gratuluję!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here