Okiem żółtodzioba

3

Jedziesz ze mną na zawody triathlonowe. Łukasz rzucił tę propozycję niby mimochodem, ale w głosie miał niebywałą pewność, że to będzie fantastyczna przygoda. Dla mnie i dla Niego. Sam był już niejako profesjonalistą – ‘bawił się’ w triathlon od 5 lat i wielokrotnie opowiadał mi, że ta dyscyplina to coś więcej niż sport. Traktowałem to zawsze z lekkim dystansem. Ot, gadka pasjonata – myślałem. Z drugiej strony – to rzeczywiście wyzwanie. Zgoda – widzimy się na Mistrzostwach.


W piątek spakowałem wszystko do samochodu i ruszyłem w Polskę. Padało. Przy każdym ruchu wycieraczek myślałem: świetnie się zaczyna. Ale kiedy dotarłem do celu obejrzałem piękny zachód słońca. Dobry omen?


Na miejscu krótki rekonesans – Łukasz pokazał mi strefę zmian, obejrzeliśmy razem fragment trasy. Trochę śmiechu, wolne uwagi na temat organizacji, kilka uścisków dłoni z innymi zawodnikami. – Zbieramy się, dzisiaj muszę się wcześniej położyć. Łukasz chyba dostrzegł moje zdziwienie. Spać? O tej porze? Jest dopiero 20! – Sen to podstawa. Sen i odżywanie. Bez tego nie ma co myśleć o sukcesach. Nie ma nawet co myśleć o starcie w triathlonie.


W hotelu kolacja, szybki prysznic. Zszedłem na dół i poczułem się dziwnie samotnie. Dookoła śmietanka – Filip Szołowski, Artur Szymanowski. Obserwowałem ich uważnie – dopieszczali swój sprzęt. wymieniali się uwagami. To było fantastyczne – konkurenci pomagali sobie nawzajem, radzili jak pokonać trudności trasy. Atmosfera była naprawdę wyjątkowa.


Nazajutrz obudziłem się trochę wcześniej niż zwykle. Byłem dziwnie poddenerwowany. Kręciłem się trochę po pokoju, nawet nie miałem ochoty zejść na śniadanie. Ale pomyślałem, że to dobra okazja, żeby dowiedzieć się czegoś więcej na temat zawodów. I słusznie. Na stołówce zaskoczył mnie spokój – wszyscy byli opanowani, rozluźnieni, żartowali nawzajem. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, jakby spotkali się tutaj towarzysko . Ale to tylko pozory czy raczej błąd w ocenie żółtodzioba – wszyscy byli skupieni, uważnie selekcjonowali to co jedzą. Pokręciłem się trochę, poklepałem kilku zawodników po plecach życząc powodzenia  – wiedziałem, że później nie będzie na to czasu. Gdy kończyłem śniadanie niektórzy już wychodzili z hotelu – chcieli być wcześniej przed startem, mieć czas na rozgrzewkę czy samotne przygotowanie mentalne.


Pogoda była wyśmienita – delikatne słońce, niewielki wiatr. Spacerem przeszedłem w strefę zmian. Byli już wszyscy – rozgrzewali się, dyskutowali pokazując tor na jeziorze, niektórzy żartowali, że mają ochotę się wycofać. Znalazłem w tłumie Łukasza, ale nie podchodziłem. Nie chciałem przeszkadzać. Nawet nie wiem kiedy wszyscy znaleźli się w wodzie. Gong i…start! Setki ludzi, pieniące się jezioro. Tylko oni i tor. Ten etap minął nadzwyczaj szybko. Po kolei wszyscy meldowali sie w strefie zmian – zdejmowali pianki i błyskawicznie przesiadali się na rower. Pomyślałem – do końca jeszcze kilka godzin. To nienaturalne – człowiek po takim wysiłku w wodzie szuka odpoczynku. Triathlonista musi o tym zapomnieć. Oszukać to uczucie. Myśleć – przecież dopiero zaczynam.

Druga strefa zmian jest dość wyjątkowa – kolejność zawodników różnicuje się diametralnie. Tutaj już doskonale widać kto w stawce jest urodzonym kolarzem. Kto układa sobie w głowie wyścig ‘pod’ ten etap. Łukasz powie mi później: na rowerze musisz bardzo uważać. Narzucanie sobie szaleńczego tempa odbije się podczas biegu. Organizmu nie można oszukać.


Dla kibiców etap biegowy jest chyba najprzyjemniejszy – ustawiają się na trasie, machają, dopingują. To pomaga też zawodnikom, którzy walczą ze sobą, z własnymi słabościami, z uczuciem ‘nie dam rady’. Kibic dla triathlonisty jest mieszanką niezwykle odżywczą – potęguje uczucie ‘muszę już nie tylko dla siebie’. A to ważne.


Po kilku godzinach jest meta. Dla mnie nie miała znaczenia kolejność. Było coś o wiele bardziej istotnego. Gdy widzisz finiszujących triathlonistów, wszystko o czym myślałeś wcześniej nie ma znaczenia. Nie ma barier, nie ma rzeczy niemożliwych. Jest wstyd przed samym sobą, że takie myśli budziły się wcześniej. Radość, łzy, wybuchy entuzjazmu. Dojmująca wola walki. Od tej chwili jesteś jednym z nich. Czujesz ten sport, czujesz każdy kilometr trasy. Ogarnia cię uczucie tak nieopisanej i wyjątkowej chwili triumfu. I choć jesteś zaledwie obserwatorem, od tej chwili już jedną nogą jesteś triathlonistą. Czy dostawisz drugą – zależy tylko od Ciebie.


Dla mnie to był weekend przełomowy. Wróciłem do domu, usiadłem i myślałem czym właściwie jest triathlon. Odpowiedź jest prosta – to narkotyk, uzależnienie. To nauczyciel pokory, dystansu do samego siebie. To sport, który można pokochać czystą miłością. Zmusza do myślenia, do wysiłku, do pracy. Nie dlatego że musisz. Chcesz to zrobić. Chcesz na mecie poczuć to co widziałeś na twarzach zawodników których obserwowałeś. Dostawiasz drugą nogę. I wtedy czujesz radośc kompletną. Taką, która projektuje przyszłość. I to nie jest gadka pasjonata. To przeczucie początkującego.


Ja już trenuję. Wy także możecie.

3 KOMENTARZE

  1. Gdybym nie zaczęła trenować ponad pół roku temu, to teraz na pewno bym to zrobiła 🙂 Wniosek jest jeden – trenowanie triathlonu to dobra decyzja!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here