Orlen Warsaw Marathon 2019 – co z tym bieganiem

2

Dawno już nie było tradycyjnego wpisu, ciągle tylko podcasty, a czasem warto coś napisać, nawet dla siebie do szuflady. Tym bardziej teraz po wielu zachętach Ojca Dyrektora wręcz nie wypada nie pisać. Swoją drogą jak dzisiaj czytam swoje wpisy z treningów i zawodów sprzed 2 czy 3 lat to aż się łza w oku kręci z jednej strony, a z drugiej fajnie widać swój progres sportowy, a dodatkowo można się trochę pośmiać z dawnych problemów 🙂 .

W tym roku po raz pierwszy biegłem maraton wiosną. Nigdy się nie mogłem do tego pomysłu przekonać, bo najzwyczajniej na świecie nie lubię trenować w zimie. Zdecydowanie wolę upał niż mróz, ba nawet wolę upał niż plus 5 stopni i zimowy wiatr. Pewnie jestem w mniejszości i większość woli jak jest zimno, ale nic na to nie poradzę, po prostu tak mam i już 🙂 Jeszcze kilka lat temu, kiedy BMW Półmaraton Praski odbywał się w sierpniu w południe to właśnie tam robiłem swoje życiówki, a nie w trakcie Półmaratonu Warszawskiego pod koniec marca.

Do Orlen maratonu zacząłem się przygotowywać tak solidnie jakieś 12 tygodni przed startem. Od początku wiedziałem, że nie będzie łatwo i przyjemnie, bo co to za przyjemność robić długie wybieganie w lutym, kiedy woda zamarza w bidonie, a żele przypominają sorbety owocowe. Z drugiej strony ponieważ chcę startować w Bostonie czy Londynie, muszę się przełamać i zrobić solidne przetarcie w Warszawie. Nawet w takich warunkach:

Tak jak się spodziewałem było ciężko, co chwilę jakaś infekcja, albo osobiście wyhodowana, albo otrzymana w prezencie od dzieciaków. Taki już nasz los amatorów 🙂 W okresie przygotowawczym średnio wypadał mi jeden tydzień na miesiąc. W pozostałe tygodnie robiłem 3 – 4 treningów z planu treningowego, który zakładał 6 jednostek w tygodniu. To akurat nie był problem, ponieważ cały czas realizowałem dodatkowe treningi rowerowe plus basen, więc praca nad ogólną wydolnością była zrobiona.

Pierwszy test to Półmaraton Warszawski. Plan był taki, żeby zrobić nową życiówkę czyli szybciej niż 1:28:38. Wydawało mi się, że jest to w moim zasięgu, jednak rzeczywistość nie zawsze chce się dopasować do naszych oczekiwań i skończyło się minutę wolniej. A może to jednak był problem z oczekiwaniami 🙂 Ten test na 2 tygodnie przed maratonem trochę mnie obudził, ale trzymam się zasady – nadzieja zawsze umiera ostatnia i walczymy do końca.

Ostatnie 2 tygodnie przed maratonem to już raczej spokojne bieganie, ostatnie akcenty na tydzień przed startem i redukcja objętości. Chociaż w moim przypadku raczej minimalna, bo nie było za bardzo z czego schodzić. Średni przebieg w tygodniu to około 55 km.

Jak to zwykle bywa w życiu amatorów tydzień przed startem coś musi się wydarzyć, żeby nie było za łatwo. U mnie to coś nazywa się zapalenie zatok, niby nic wielkiego, ale ten ciągły katar jest po prostu bardzo kłopotliwy i nawet jeżeli w rzeczywistości nie wpływa na wydolność to zawsze w głowie powstaje takie wrażenie, że nie jesteś w 100% sprawny.

Z rzeczy które mi wyszły idealnie to strategia ładowania węglowodanów – tutaj odsyłam do podcastu Okiem Amatora z Jagodą Podkowską (odcinek 29), gdzie Jagoda opowiada jak się za to zabrać. U mnie zagrało przygotowanie identycznych posiłków na 3 dni przed startem włącznie ze śniadaniem w dniu zawodów (ryż na mleku z bananem, miodem i masłem orzechowym).

 

Na starcie byłem zwarty i gotowy, żołądek w idealnej formie, głowa gotowa do walki. Obiecałem sobie rano przed startem, że zapominam o zatokach i ignoruje ból, który na pewno się pojawi, tak długo jak tylko będzie to możliwe. Taka strategia dla głowy – kiedy zaczną boleć nogi i będzie zbyt ciężko – przyspieszamy aby szybciej zakończyć męczarnie.

Od początku chciałem trzymać tempo zbliżone do 4:15, które dawało mi upragnione 3 godziny. Wiedziałem, że będzie trzeba przyspieszyć pod koniec, ale to akurat u mnie działało wcześniej. Z tym trzymaniem tempa było różnie, ale jeszcze do 30 km ciągle było to w moim zasięgu, zakładając solidny finisz na ostatnim kilometrze. Niestety nie udało mi się nadrobić czasu straconego na podbieg na Tamce i ostatecznie zabrakło 90 sekund :(.

Przy okazji podziękowania dla koleżanki, która biegła chyba na 3:01 i od 25km praktycznie do samego końca była moim zającem, obawiam się, że nie była świadoma swojej dodatkowej roli. Trochę mi było wstyd chować się przed wiatrem za dziewczyną, ja 183 cm wzrostu za sporo mniejszą kobietą, ale jak raz próbowałem ją wyprzedzić i dać jej zmianę, od razu przyspieszyła i wyszła znowu przede mnie – to musiała być ambicja i dodatkowa motywacja dla niej aby nie dać się wyprzedzić 🙂

Na podsumowanie nasuwa mi się taki wniosek – z czasu 1:29 w półmaratonie można nabiegać 3:01:30 w maratonie, przy odpowiednim nastawieniu psychicznym. Jeżeli nastawiałbym się na 3:05 to pewnie podbiegłbym 3:06, więc u mnie sprawdza się amerykańskie przysłowie – “shoot for the moon and you will reach the stars”. Sporo jednak jest w głowie, oczywiście bez treningu to się nie uda, ale mamy sporo rezerwy o której nie wiemy.

Teraz starty biegowe schodzą na drugi plan i wracamy do triathonu, a z trzema godzinami w maratonie poradzę sobie jesienią. Przynajmniej taki jest plan na teraz!

(www.okiemamatora.com)

 

2 KOMENTARZE

  1. Dzięki Łukasz! Po obejrzeniu What the health już chyba tylko ma wodzie będzie 😉
    Swoja droga mam nadzieje że pościgamy się w Gdynii 🙂

  2. bardzo ładny czas! Gratulacje. Niewiele zabrakło 😉 a propos ładowania ryżu z bananem, miodem i masłem orzechowym. Przetestuj na wodzie. Zobacz jak wpływa na organizm. Raz z mlekiem, raz na wodzie i sprawdź czy widzisz różnicę. Pozdrowienia. Dzięki za pisanie i blogowanie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here