Pierwsze koty za płoty

10

Co prawda nie triathlonowe, ale rowerowe. W ostatnią sobotę brałem udział po raz pierwszy w wyścigu kolarskim. Tak się złożyło, że na trasie, na której zwykle trenuję miało się odbyć Łużyckie Ściganie, czyli jazda indywidualna na czas. Nie ukrywam, że na początku miałem pewne obawy, zwłaszcza jak spojrzałem na listę startową, ale potem pomyślałem, że to może być dobra okazja do zobaczenia jak to jest i podpatrzenia jak jeżdżą bardziej zaawansowani koledzy (i koleżanki). Naszykowałem rower (zmieniłem oponki na nowe) i zakupiłem nowy kask (stary jest już za stary). Pierwotnie miałem plan żeby do Gassy (miejsce startu) dojechać rowerem (niecałe 20 km), ale ponieważ mój ojciec chciał pokibicować (był bardzo dumny z tego, że startuję, bo w młodości sam się ścigał), to zapakowaliśmy włoszkę (pieszczotliwa nazwa mojego roweru) do auta i udaliśmy się na start. Na miejscu spotkaliśmy trochę znajomych, no i poznaliśmy nowych. Sam klimat imprezy przypominał starty biegowe sprzed kilku lat, gdzie wszyscy się znali, a jeśli nawet nie, to po paru minutach nie miało to już znaczenia. Oczywiście nie sposób pominąć tematu rowerów, które miały brać udział w wyścigu. I tu zdziwienie – wśród maszyn groźnie szykujących się do startu i wyglądających jakby można było na nich pojechać na Księżyc, można było spotkać całkiem zwyczajne szosówki, nowe i takie bardziej retro. Nie to, że miałem jakieś kompleksy. Moją włoszkę kupiłem jesienią za w sumie psie pieniądze (na inny rower nie było mnie stać). W między czasie powymieniałem parę rzeczy i jeszcze kilka trzeba wymienić. Najważniejsze, przynajmniej dla mnie, jest, to, że mi się podoba i lubię na niej/nim jeździć. W sumie – na moim (początkującym) poziomie, to i tak nie ma większego znaczenia, bo rower sam nie pojedzie jak noga nie poda. Tak czy inaczej na starcie wśród kolarzy o znacznie większym doświadczeniu czułem się zupełnie dobrze. Światek tri też był reprezentowany przez kilku zawodników (w tym także reprezentujących AT Team). Tak się złożyło, że miałem startować za Maćkiem (AT Team), tyle, że z 2-minutowym (zamiast 1 minutowego) opóźnieniem (zawodnik z numerem 23 nie pojawił się na starcie). W każdym razie przed startem byłem w bojowym nastroju, choć z góry wiedziałem, że będę przewodził stawce … tyle, że od końca J. Po sygnale startu pomknąłem „jak wicher’, choć wicher raczej był przeciw startującym.  Przez niemal 2/3 trasy mieliśmy pod wiatr. Nie ukrywam, że trochę mi to przeszkadzało, ale i tak cały czas starałem się trzymać równe tempo. W okolicach połowy trasy wyprzedził mnie kolega jadący na pięknej Dogmie. Oczywiście mignął z dużo większą prędkością, ale i tak znalazł chwilę, aby w paru słowach zachęcić mnie do szybszej jazdy. Szybszej, hmmmm … to właśnie była szybsza jazda w moim wykonaniu i pod wiatr. Ale nie ukrywam, że fajnie było usłyszeć, jak bardziej doświadczony zawodnik dodaje otuchy. Lżej (i szybciej) zrobiło się jakieś 3 km przed metą. Za zakrętem wreszcie nie było pod wiatr i prędkość wzrosła. Wtedy odczułem brak dwóch przełożeń z tyłu. Dzień wcześniej w serwisie majstrowali przy tylnej piaście i cosik musieli poprzestawiać, bo dwa twardsze przełożenia niespecjalnie chciały pracować. Ostatnio odcinek minął szybko, choć jeszcze szybciej minął mnie kolejny zawodnik.  Cóż … fajne to nie było, ale przynajmniej różnica prędkości nie była już tak duża. Zresztą zaraz byłem na mecie i raczyłem się przepysznym sokiem z pokrzywy (o dziwo nic nie piekło od środka J ). Ponieważ troszkę gonił mnie czas, to imprezę powyścigową musiałem sobie darować (pogoda to ułatwiła, bo zaczęło padać). Zapakowaliśmy włoszkę do samochodu i ruszyliśmy do domu. Na trasie dogoniliśmy jadącego na S-Works’się Maćka Dowbora i skorzystałem z okazji, aby przypatrzeć technice jazdy. Wyniki – cóż, chwalić się nie ma czym (37 na 40) ale plusem jest zebranie jakiegoś doświadczenia w ściganiu się na rowerze. Czy dało się pojechać szybciej – tak, choć przesunąłbym się góra o dwa miejsca, ale to nie miało dla mnie takiego znaczenia. Teraz wiem, nad czym pracować, aby dojść do zakładanego poziomu. No i ta atmosfera w czasie wyścigu – bezcenna J.

10 KOMENTARZE

  1. Jedną z zalet TRI jest to, że wykładniczo rośnie liczba imprez, w których można wystartować! A fun jest najważniejszy! :))) Mnie też korci, żeby wystartować w jakiejś imprezie kolarskiej – pewnie czasówce, bo nie mam pojęcia o jeździe w peletonie.

  2. Miejsce w takim imprezach nie ma żadnego znaczenia, najważniejsza dobra zabawa:) Bardzo fajnie gdy można znaleźć w okolicy imprezę kolarską i popedałować po szosach bez ruchu samochodowego:):) a jeśli ktoś ma niedaleko do Leszna to w sobotę (17.05) można w grupie przejechać się na dystansie 90km przy zamkniętym ruchu samochodowym:)

  3. Fajne doświadczenie i jak sam piszesz atmosfera… A miejscem nie ma się co przejmować, w końcu to wyścig kolarski i z pewnością zdecydowana większość to ,,tylko’ miłośnicy roweru…. 🙂

  4. Cześć. Marcin, KOP był taki, że w poniedziałek i wtorek zrobiłem a raty olimpijkę w poniedziałek 1500 lekkie pływanie, a we wtorek nakładka 40/10. To co najważniejsze przed startem w Gdyni to doświadczenie w pływaniu, które ma się nijak do basenu i pokora dla biegania które zwykle w nakładkach mam sporo mocniejsze, a tutaj była masakra i 5 min poniżej oczekiwań. Pod tym kontem był to jeszcze większy KOP. Pozdrawiam i też czekam na rywalizację w Gdyni.

  5. wiem, że to nieładnie ale.. zazdroszczę! Pierwszych zawodów, adrenaliny, emocji, doświadczeń! Mam nadzieję, że w Olsztynie dostałeś kopa do dalszej pracy, by pokazać się w Gdyni z dobrej strony. Ja Cię mocno dopinguję a zarazem cieszę się na wspólną rywalizację 😉

  6. :-))) uśmiałem się…jakbym widział siebie na pierwszym triathlonie w Malborku kilka lat temu! wtedy było jeszcze nieziemsko zimno – podobna pogoda do dzisiejszej. Trzymam kciuki za Gdynię! PZdr

  7. Czytając Twój wpis czułem jak przyśpiesza mi akcja serca… 🙂 Czeka m na swój pierwszy debiut i efekt 8 miesięcznego przygotowania…. Współczuje pechowcom, którzy złapali gumę. U mnie zmiana potrwałaby… i po przygotowaniu… Odpukać! Pozdrawiam

  8. Pięknie Asiu! Gratuluję cierpliwości i wytrwałości. Długo to trwało, ale dobrze, że już po kłopotach. Witam w AT i czekam na relację z pierwszych treningów. Wiem, że wiesz, ale….ostrożnie na początek :-))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here