Pierwszy start. Pierwsza pycha, pierwsza meta…

Jak przeczytacie w moim opisie w tym roku natchniony niebywałym sukcesem mojego kolegi postanowiłem przygotować się i wystartować w zawodach triathlonowych w 2013 roku. Znając siebie wiem, że jedyną rzeczą jaka może naprawdę zmotywować mnie do treningów jest jasno postawiony cel i konkretny plan. Z drugiej strony mój słomiany zapał już nieraz dał mi się mocno we znaki. Do zawodów tri, w których chcę wziąć udział jest jeszcze prawie rok, więc jasnym było dla mnie, że pojawią się problemy z odpowiednią motywacją: bo skoro zawody są za rok to przecież nie będzie problemu jak nie wsiądę na rower dzisiaj tylko jutro. W sumie jutro też pewnie nie będzie się chciało to w piątek pójdę na basen. W piątek też coś wypadnie, a że do zawodów tyle czasu to nic się nie stanie. O NIE! Tak to nie będzie. Tym razem ma być inaczej. 

Postanowiłem obrać taktykę małych celi – będę przygotowywał się do różnych zawodów, głównie biegowych, bo w ta część zdecydowanie jest moją piętą Achillesa i w ten sposób zawsze będę miał jakiś mniejszy cel, który nie pozwoli mojemu słomianemu zapałowi zaatakować.

Na pierwszy start wybrałem, może dość ambitnie półmaraton. Znalazłem sobie w sieci pierwszą lepszą tego typu imprezę – II Półmaraton Augustowski i bez namysłu się zapisałem.

Trening zacząłem pod koniec lipca, a termin zawodów przypadał na 16 września. Spotkałem się z moim znajomym, który jest trenerem w klubie fitness i zapalonym sportowcem. Pogadaliśmy, powiedział mi jak biegać, co jeść po treningi itp. Wszystko skrupulatnie zapisałem i rzuciłem się w wir treningu. Miałem biegać 4 razy w tygodniu ale nigdy trzy razy pod rząd, czyli biegałem w poniedziałek i wtorek a potem w środę i czwartek, zawsze rano. Początki były koszmarne. Jak pierwszy raz biegłem dystans 6 km to naprawdę myślałem, że wyzionę ducha. Potem, ku mojemu zdziwieniu jakoś zaczęło ‘”iść”. Zrobiłem 6 treningów po 6km każdy, potem przyszły 8 kilometrowe, potem 10 km i w końcu 12 km. Byłem naprawdę w szoku, że po miesiącu mogłem przebiec ze średnią prędkością 10km/h dystans 12 km! To było coś. Biegałem dalej 12 km, potem 15 km i w końcu raz przebiegłem 17 km, bo ustaliłem z moim „trenerem” że to wystarczy. Ostatni tydzień przed startem tylko raz na rozruch pobiegłem sobie lekką ósemkę. 

Nadszedł czas zawodów. W mojej głowie nie było już strachu, który miałem na początku. Nie było niepewności, czy w ogóle dobiegnę do mety. Naprawdę niebywałym było dla mnie to, że 1 sierpnia wręcz umierałem biegnąc 6 km, a 16 września stoję na starcie półmaratonu i myślę sobie: „skoro na treningach dałem radę pobiec 15 km w 1h22 minuty, to tutaj postaram się złamać 2 godziny”. Oczyma wyobraźni już widziałem się na mecie mijając zegar z wyświetlonym czasem np.: 1:55 czy 1:57. Czułem to!

Burmistrz przemówił, pistolet wystrzelił, ruszyliśmy! Aż rozpierała mnie energia. Ostro ruszyłem do przodu! Jeszcze o tym nie wiedziałem ale właśnie sam na siebie podpisałem wyrok…

Mój „trener” dzwonił do mnie dzień przed startem, w dniu startu i przed samym startem i powtarzał tylko jedno: NIE PODPALAJ SIĘ NA POCZĄTKU, BO NIE DASZ RADY NA KOŃCU!!! Powtarzał mi to jak mantrę, raz za razem ale niestety…

Pierwszy start, adrenalina euforia na początku. W zawodach wystartowało około 260 osób. Jak pisałem wcześniej, od razu rzuciłem się do walki. Obserwowałem ludzi biegnących obok. Czując się mocnym, w mojej głowie pojawiały się różne myśli: „o tutaj biegnie jakaś starsza babka, to przecież nie będę za nią!”, „o tutaj jacyś tacy kolesie, nie wyglądają na biegaczy, pewnie nie dadzą rady – przecież nie będę za nimi”, „znów jakaś babka”, „znów ktoś kto na bank nie może kręcić dobrych czasów – wyprzedam go”. Tak też robiłem, wyprzedałem rwałem się do przodu. Po 10 km na wyświetlaczu mojego zegarka pojawił się czas około 50 minut. Nigdy wcześniej tak szybko nie przebiegłem 10 km! Ale jestem mocny myślałem i nie zwalniałem.

I nadszedł 12 km…

Nagle poczułem, że coś jest nie tak. W udach pojawiło się nieznane uczucie ciężkości. „O co chodzi?” – pomyślałem. „Pewnie to dlatego, że na trasie sporo górek i podbiegów, a ja głównie trenowałem na płaskim. Więc luz, to normalne”. Niestety palenie w udach nie przechodziło na płaskim ani na chwilę. Tętno nawet powyżej 160 bpm nie wróżyło dalszego super biegania. Do punktu z napojami na 15 km ledwo utrzymałem jakiekolwiek tępo biegu. Wypiłem dwie miarki izotonika na raz i wziąłem całą butelkę ze sobą na trasę. Następne trzy kilometry to była prawdziwa męka – zatrzymywałem się, maszerowałem póki ból ud nie przejdzie na chwilę i podbiegałem po kilkaset metrów. Butelkę napoju wchłonąłem w sekundę. Dopiero około 18 km jako tako dałem radę powrócić do ciągłego biegu. Jedyne, o czym myślałem to linia mety. W duszy śmiałem się z siebie samego, gdy po kolei minęła mnie „starsza babka, którą na pewno przegonię”, „kolesie, który nie wyglądali na biegaczy”, „znów jakaś babka” i „znów ktoś, kto na bank nie może kręcić dobrych czasów”. A ja? W mojej głowie jedyna myśl – „byle do mety, w ustach sucho a w udach ogień”. Nigdy czegoś takiego nie czułem. W końcu dobiegam na rynek Augustowa, jeszcze tylko mała pętla i przed moimi oczami META. Uśmiech na ustach – trochę śmieję się z siebie, że tak się popisałem i że moja pycha była moim największym przeciwnikiem, ale też pierwszy raz w życiu PRZEKRACZAM LINIĘ METY!!!

Czas na zegarze w granicach 2h 08min, to słabiej niż wyobrażałem sobie przed startem, ale w tym momencie nie myślę o tym. Jakaś pani podaje mi rękę, na szyi zawiesza pamiątkowy medal. Kto inny prosi, żebym zdjął czujnik z buta. Dostaję butelkę z napojem izotonicznym, powoli odzyskuję normalny oddech…

Telefon do trenera i jego pierwsze pytanie: „podpaliłeś się na początku, co?”. „Podpaliłem, osłabłem, scenariusz tak prosty i przewidywalny, że nie mogło być inaczej”. „Pierwszy start jest po to żeby go spieprzyć” – rzuca mi w słuchawkę i obaj śmiejemy się do rozpuku.

Podsumowując czuję wielką dumę, że mi się udało, ale też trochę śmieję się z siebie. Trochę jak dziecko, któremu rodzice powtarzają, że ogień parzy a ono i tak wyciągnie rękę do palnika. Jedyny plus, że teraz już wiem – ogień parzyJ

 

Chciałbym, żeby mój post był przestrogą dla innych, który tak jak ja startują po raz pierwszy. Chciałbym, żeby nie podpalali się tak jak ja na początku i nie słabli pod koniec. Ale tak nie będzie, prawda?

Prosty scenariusz…

Powiązane Artykuły

2 KOMENTARZE

  1. Odcięło część wpisu… Życzę wytrwałości w dążeniu do celu – tego głównego ==>TRIATHLON

  2. 10 lat temu wystartowałem we Wrocławiu w półmaratonie. Pierwsza dycha 42minuty. Na mecie 1:40:-) Scenariusz był dosłownie identyczny! Kolejny mój półmaraton to Jawor – w tym roku. Profil trasy nie pozwolił mi się na początku 'podpalić'(mocno pod górę). Za tydzień trzecia połówka. Teraz będzie prawie płasko… mam nadzieję, że nie popełnię tego błędu. Życzę wytrwałości w dążeniu do celu – tego głównego ==>TRIATHLON

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.

Śledź nas

18,455FaniLubię
2,475ObserwującyObserwuj
443SubskrybującySubskrybuj

Polecane