Reasumując…

Od mojego pierwszego, triathlonowego startu minął już tydzień. Siedem dni to dobry odstęp czasu aby na spokojnie, (prawie) bez emocji podsumować debiutancki występ.


IV Triathlon Ziemi Sandomierskiej


Wstałem zgodnie z planem, a nawet wcześniej. Adrenalina buzowała w organizmie już poprzedniego dnia. To właśnie dzięki niej wyprzedziłem budzik i wygrałem w codziennej walce. Szybki prysznic, śniadanie… Można by rzec rutyna, bułka z masłem. Ale nie! Bułki nie było. Masła w sumie też nie. Pierwsze śniadanie, pierwszy problem. Co zjeść i ile zjeść żeby wystarczyło? Dobrze, że czytałem o tym wcześniej, wszystko przygotowane… uff. Tost z nutellą, sok pomarańczowy, serek homogenizowany i baton energetyczny. Dobrze, wszystko smaczne tylko ten baton jakiś taki mdły, mordoklejkowy. No cóż, energy to energy.Staranny 'check in’. Mam wszystko? Rower, buty, ręczniki, okularki, strój startowy, kask etc. Gotowy! Torba pełna, w drogę.

Za 10 minut jestem już pod biurem zawodów. 8:03. Pierwszy? Nie. Na wyznaczonym parkingu dla zawodników znajduje się już kilka samochodów. Szybkim krokiem kieruję się po odbiór pakietu startowego. Kilka gadżetów z logiem Sandomierza, hmm… takie już mam. Numer na kask, rower i samego siebie. Tylko dlaczego ta gumka taka ciasna? Może wszyscy triathloniści to tyczki… nie ważne, dam radę. Dwie koperty, zapieczętowane. Super, w tej cienkiej pewnie jakaś kasa, a druga taka jakaś wypchana. Rozrywam, a babcia powtarzała że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Zgadza się, piekło dopiero przede mną. Gdzie ta kasa? Talon na balon (wejściówka na basen) i bon na żarcie. To teraz druga. A w drugiej jakaś dziwna opaska zapinana na rzep. Do tego z jakimś klipsem. Chip, no tak chip! Uciska, uwiera, dodatkowe gramy na nodze i jeszcze aerodynamika spada. Ech. Koszyki, dwa. Różowe! 'Jeden zabrać ze sobą, drugi zostawić’ – niczym mantrę powtarzam w myślach. Pakuje różne szpeje do każdego. Ci triathloniści to jednak dziwny twór. Przebierają się na ulicy w środku miasta, pakują jak na wojnę i jeszcze paradują w obcisłych strojach z różowymi koszykami. Kosmici, nie ludzie.

10:30 – odprawa. Kilka słów od organizatora, kilka uwag. Tutaj uważać, tam uważać, bezpieczeństwo najważniejsze. Kurczę, strasznie kręta ta trasa. T1, T2, meta na rynku. Okej, przyjąłem.

Kilka minut po jedenastej pakuję rower do autobusu, a następnie swoje zacne cztery litery do drugiego. Napięcie wzrasta. Jeden koszyk do T2 zostawiłem w wyznaczonym miejscu. Tylko czy zostawiłem tam buty? Obydwa? Teraz już nic nie zmienię, ruszyliśmy na miejsce startu.

Jedziemy i jedziemy, a przecież to tylko 20 kilometrów! Gorąco, zaraz się posikam. Gdzie ta Koprzywnica? Widać kościół, jest i woda! Jesteśmy! Jak poparzony wypadam z autobusu i pędzę do toalety. Pierwszy! Przynajmniej ten wyścig wygrałem.

Stres narasta. Układam wszystkie szpeje obok roweru. Myśli w mojej głowie przybierają najdziwniejsze kształty. Mózg wariuje. Rozum podpowiada różne rzeczy: okularów nie zapomnieć, bo jeszcze mi jakaś mucha oko wybije, a bBez oka to nie robota. Bidony wcisnąć w koszyczki niemal na siłę, byle tylko nie wypadły. Kask, nie zapomnieć o kasku! No i te buty… szatańskie. Nie zaliczyć wywrotki przy wpinaniu czy wypinaniu. W ogóle to uważać na rower bardziej niż na siebie. O tak!

Dobra, czas do wody. Otwarcie? Jakie otwarcie? Że do wody nie można? Dobra, niech będzie. Hymn, potem kilka razy bla, bla, bla i co.. 11:50! Za 10 minut start. Szybki trucht do T1. Czepek, okularki i chlup. Boże, jaka zimna woda. Aż zapiera dech. Brrr. Ten triathlon to ciężki sport.

12:00 – wystrzał i poszli. Dobrze, że ustawiłem się nieco z boku. Przycisnąć do pierwszej bojki. Potem można trochę odpocząć. Bach, bach, bach. Ze wszystkich stron. Z prawej, z lewej, po nogach. Nie, to nie moje nogi. Już wiem dlaczego nazywają to 'washing machine’. Gdzie ta bojka? Że to niby tylko kilkaset metrów.. phi! O jest, no to dalej przed siebie. Nie jest źle. Można podkręcić tempo. Nie, jednak nie. Pan z prawej uparcie chcę płynąć moim torem. Atakuje mnie non stop, ech. O, jest i druga bojka. Jest dobrze, ale zimno. Przy oddechu czuję się tak, jakbym miał związane płuca albo przynajmniej 100 kilogramów na klacie. Ostatnia prosta, niestety już łamana z żabką. 50, 30, 15, 10, 5 metrów. Dobra, można stanąć na nogi. No tak, znowu to kamieniste dno. Lepiej na czworakach. Brzeg, tylko dlaczego tak wiruje. Jezus, dlaczego tak zimno? Jest mój rower. Skarpetki, buty. Świat wiruje. Klękam, zakładam skarpety i buty. Wstaję, oj ciężko. Podpieram się za rower, to nie mój. Jest obok. Okulary, kask… NIE! Numer, okulary, kask. Rower w garść i w drogę. Brr. Po jakichś dwóch kilometrach czuję się lepiej. Nogi pracują normalnie, no i cieplej. Po pływaniu jest lepiej niż się spodziewałem. Jednak rower to jeszcze nie moja bajka. Zdecydowanie najsłabsze ogniwo, moja pięta Achillesowa. Wszyscy mnie mijają, a ja nie daję rady za nikim się utrzymać. No cóż, taki los. Piąty, dziesiąty, piętnasty kilometr. Wszędzie ludzie w sadach i traktory. Bardzo kręta trasa. Na osiemnastym kilometrze zmobilizowany przez jednego z zawodników siadam mu na koło. Podpinam się do czteroosobowego draftingowego pociągu. Górka i bęć. Zamieszanie, ktoś upadł, na drodze jabłka. Kraksa. Odbijam w lewo. Uff, cały. Ostatnie dwa kilometry w grupce. Nareszcie T2. Przy wypinaniu się omal nie zaliczyłem wywrotki. Telemark z podpórką, ale ląduje. Biegnę do swojego stanowiska. Dziewięć, jedenaście. A gdzie 10? Po drugiej stronie, jest! Dosyć długo grzebię się z przebieraniem. Czas na bieg. Dam radę! Na horyzoncie morderczy podbieg pod Browarną. Przytruchtałem pod górę. Na Starym Mieście przebijam się slalomem przez setki turystów, ale dostaję też dodatkowej motywacji. Przecież może ktoś ze znajomych mnie teraz widzi. W końcu to moje rodzinne miasto. Nie ma odpuszczania. Biegnę dalej. Stolik z wodą. Widowiskowo, niczym w reklamach wylewam na siebie kubek zimnej wody. Ach, jak rześko. Było pod górę to teraz z górki. Widzę T2, a w niej jeszcze sporo krzątających się osób. Bartek, jest dobrze! Naprzód. Gonię dalej i znowu ten podbieg. Tym razem ciężej, pokonuje go marszobiegiem. Znowu rynek, znowu pędzę jak szalony między turystami. Kubek z wodą na głowę, drugi wlewam w siebie. Zbieg i znowu podbieg. Ostatni! Jest już bardzo ciężko, od połowy maszeruję pod górę jak zdecydowana większość. Pogoda daję się we znaki. W wodzie zimno, teraz gorąco. Uff, jak gorąco. Ostatnia prosta i META. Wpadam niczym mistrz świata. Unoszę ręce w geście triumfu!

META! 01:23:43!

Medal na szyi, chwila dla fotoreporterów. UDAŁO SIĘ!

Jestem bardzo zadowolony i mniej zmęczony niż się spodziewałem. Po prostu jestem triathlonistą! 🙂


tri let 2012 57


Konwersacja z nowo poznanymi zawodnikami przy grochówce. Potem spacer z medalem do T2. Tam zapakowanie wszystkich rzeczy na rower i kurs na parking przy stadionie. Miasto dumnie pokonane ze srebrnym wisiorem i butami uwiązanymi do kierownicy. Szybki prysznic i z powrotem na Rynek. Dekoracja zwycięzców i złocisty trunek 🙂


Plan minimum: ukończyć – zaliczone.

Plan A: zmieścić się w 01:45:00 – zaliczone.

Plan B: zmieścić się w 01:30:00 – zaliczone.

Plan C: brak.

01:23:43! HURRA!


Okej, to gdzie teraz najbliższy triathlon? 😉

 



Powiązane Artykuły

6 KOMENTARZE

  1. świetnie się to czyta! gratuluję pierwszego triathlonowego sukcesu;D coś czuję, że zafundujesz nam jeszcze nie jeden;)

  2. O ile z dopuszczeniem kierownic czasowych można się jeszcze pogodzić, to absolutnie jest dla mnie nie do przyjęcia bieganie na boso. Za dużo widziałem na maratonach jednego 'słynnego’ krakowskiego bosobiegacza, aby spokojnie się czemuś takiemu przyglądać. Pokrwawione stopy to widok, który nikogo do sportu nie przyciągnie. Ale ogólnie trend mi się podoba. Triathlon masowy. I za dwa lata 4 tysiące ludzi na połówce i tysiąc na długim 🙂

  3. Kierownice czasowe, rowery TT, MTB, składaki wszystko było dopuszczone. Drafting też. W regulaminie nie było nic na ten temat. Organizator jasno powiedział, że to mistrzostwa amatorów. Dał to jeszcze raz mocno do zrozumienia na odprawie. Pianka? Proszę bardzo. Rower TT? Nie ma sprawy. 😉 Być może inny regulamin był dla zawodników startujących w Mistrzostwach Polski Lekarzy, które odbywały się jednocześnie z Mistrzostwami Sandomierza…

  4. Opowiadanie doskonałe, zwłaszcza ten wirujący świat w T1. Chyba trzeba to częściej ćwiczyć. Ale jedna rzecz mnie zdziwiła – nie miałeś problemów z TT-tką? Dopuścili taki rower z draftingiem? W regulaminie o ile pamiętam byłó napisane jasno, że kierownice czasowe są zabronione?

  5. Większość bez pianek, bo w końcu to były Otwarte Mistrzostwa Sandomierza Amatorów. Ja jednak żałowałem, że nie skusiłem się na wypożyczenie pianki przez internet. Rower to Haibike Glace RC na Ultegrze. Piękna i piekielnie szybka maszyna, ale żeby na nim pędzić trzeba mieć 'parę’ w nogach. Niestety, nie mój. Pożyczony na czas zawodów od przyjaciela, który rozkochał mnie w triathlonie. Zresztą jak większość rzeczy. Ostatni kilometr trasy rowerowej biegł po chodniku, ponieważ był to dojazd do Sandomierza wzdłuż drogi krajowej, której zamknięcie sparaliżowałoby zupełnie ruch. Szczególnie w sobotę. Rowerów nikt nie pożyczył, był pilnie strzeżone 🙂 T1 znajdowało się w Koprzywnicy, T2 na bulwarze w Sandomierzu. Jako ciekawostkę powiem Ci, że zdarzyło się w tym roku, że pewien Pan, który był tutaj po raz czwarty zabrał obydwa koszyki ze sobą nad zalew. Gdy dotarł do T2 nie zastał swoich butów i biegł całą trasę na bosaka! To dopiero kozak! Pięć kilometrów po kostce brukowej… Był jeszcze jeden, który dystans ukończył ze złamaną ręką. O zgrozo, szaleniec 😉

  6. super Bartku! jeszcze raz gratuluje; na zdj taki 'grzeczny’ chłopczyk a tu proszę jaki kozak:-) W Sandomierzu widzę kozaków pełne kosze bo chyba ponad połowa pływała bez pianek – aż mi się zimna zrobiło jak to oglądałem Rower najsłabsze ogniwo… ja tam widzę całkiem fajne koło i buciki też niczego sobie – co to za rower? Jazda rowerem po chodniku a na drodze pełen ruch – to mnie trochę zaskoczyło i T2 w innym punkcie niż T1 – to trochę logistycznie skomplikowane – a rowerów nikt nie 'pożyczył’? fajny filmik pozwalający choć trochę się wczuć w zawody.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.

Śledź nas

18,455FaniLubię
2,473ObserwującyObserwuj
443SubskrybującySubskrybuj

Polecane