Rok 2014 – bardziej słodki niż gorzki :)

Tegoroczna wigilia świąt Bożego Narodzenia była dla mnie wyjątkowa. Ranek przywitał mnie nie tylko cudownie długim snem, ale jakże zaskakującą wiadomością, iż oto mój tata został blogerem… Po przeczytaniu tego tekstu, łezka się w oku zakręciła, i pojawiła się motywacja do coming-out’u, do którego zbierałam się już…. kilkanaście miesięcy.  Moja niezbyt ekshibicjonistyczna natura jakoś nie pozwalała mi na tak daleki krok, skoro szczytem otwartości było zamieszczenie zdjęcia syna na fejsie 5 dni po porodzie, jak domniemam z powodu szalejących hormonów 😉

 

W rodzinnym gronie i w tych ostatnich dniach roku, ciężko uciec od polemiki nad mijającym sezonem 2014. Będąc jednym z bohaterów wspomnianego wcześniej tekstu, chciałabym pokazać jak to było od tej drugiej strony 🙂

 

2014 rozpoczął się dla mnie z przytupem! 1 stycznia parę minut po 12, z walącym sercem i trzesącymi się rękoma sprawdzam wyniki konkursu na Ambsadorkę HTG Gdynia 2014…. i oczom nie wierzę!!!  To, o czym mój Mąż był święcie przekonany, stało się faktem! Moja praca konkursowa została wyróżniona i zostałam finalistką! Radość przyćmiewał jednak fakt, że introwertyk taki jak ja, walczyć o głosy nie fejsie nie będzie… po prostu nie mój styl. Dlatego chylę czoła przed moimi konkurentkami, szczególnie Agnieszką i Karoliną, bo ilość głosów, które zebrały po prostu mnie powaliła. Ja zostałam na szarym końcu, ale nie przejmowałam się, wierząc, że „ostatni będą pierwszymi’. Co więcej, wszystkie finalistki ruszyły z blogami, a ja ciągle biłam się z myślami – pisać czy nie pisać. W podjęciu decyzji pomógł Mąż i samo życie – brak czasu. Podeszłam do sprawy po męsku – zamiast pisać, co aktualnie robię, skupiłam się na robocie.

A działo się, działo – Młody zaczął chodzić do żłobka, co zaskutowało ciągiem mniejszych i większych chorób i ograniczeń z tym związanych. Następnie wróciłam do pełnoetatowej pracy, zmieniłam stanowisko na nowe – na  brak wyzwań narzekać nie mogłam. Jak pogodzić pracę, rodzicielstwo, obowiązki domowe i trening obojga małżonków? W czasie dojazdów do pracy czy treningów to pytanie nieustannie mi towarzyszyło, wciąż zastanawiałam się co ja wogóle robię? odbiło mi czy co? czy jestem w stanie pogodzić te wszystkie rejony swojego życia bez uszczerbku dla któregokolwiek?

Trenowałam bez bardzo konkretnego planu, głównie ze względu na dynamikę dnia codziennego i oczywiście ciągle miałam poczucie, że za mało trenuje. Choć triatlonowe przygotowania Męża 2013 w stylu „na lenia’, czyli trenuj tyle, ile masz czasu, przyniosły bardzo dobry efekt, jakoś nie mogłam w to uwierzyć, ale w całym ogromie wyzwań musiałam to po prostu zaakceptować – będę trenować na tyle, na ile mogę i już.

Pierwsze zawody pokazały, że ta taktyka rzeczywiście może okazać się owocna. Rezultat w Biegu Europejskim 0:52.37 odbiegał o 2,5 minuty od życiówki z 2010 (niedługo po tym jak się z Mężem poznaliśmy :DDD), ale przełamał pewien impas. Bieg Świętojański odpuściliśmy sobie, bo nocy nieprzespanych nam nie brakowało – takie atrakcje Młody serwował nam bez przerwy odkąd się urodził – ale w czerwcu udało się połączyć zjazd rodzinny z zawodami w postaci pierwszego suwalskiego ćwierćmaratonu. Było to 6 okrążeń wokół Zalewu Arkadia – impreza kameralna, mniej niż 40 zawodników, żadnych czipów, piękna, słoneczna pogoda, zapisy dzień wcześniej – pełen spontan. Wynik 0:52.54 pokazał, że chyba ponownie zbliżam się do swojej życiowej formy. Fabian również uzyskał rezultat w granicach życiówki, którą NB również zrobił w 2010 roku na tej samej imprezie co ja :DDD

W międzyczasie rodzinne weekendowe pomykanie na szosie nabierało tempa, zaczęły się zakładki. Babcia zostawała na straży z Młodym, który odsypiał całotygodniowe żłobkowe harce (dobre 3h snu), zmniejszając tym samym poczucie winy z braku obecności w domu, a nasza trójka kręciła kółka po okolicach.

Zbliżał się triatlonowy debiut i przetarcie szlaków. Start w Gdańsku na ¼ IM zrobiony z marszu z dobrym rezultatem 3:06  uświadomił mi „z czym to się je’ i oczywiście pozostawił apetyt na złamanie 3h w przyszłości. Nie wiem do końca dlaczego nie przycisnęłam mocniej, ale na pewno fakt, że po 1,5 roku nadal karmiłam piersią mojego brzdąca, nie do końca dawał mi komfort parcia na wynik – chyba w głowie miałam zakodowane, że jeszcze chcę karmić i nie chcę, aby jakieś zawody miałyby to zabrać z dnia na dzień. Jakież było moje zaskoczenie, gdy wyczytywano moje nazwisko w czasie dekoracji zaowodników w kategorii K30-35! Gdyby nie to, że czekaliśmy na dekorację taty, wogóle by  nas tam nie było! Szok! Fabian jak zwykle najlepszy, a nie wyróżniony. Chyba powinnam mu wręczyć puchar dla najszybszego członka rodziny 🙂

Impreza  główna sezonu zbliżała się wielkimi krokami, a tym samym i stresik z tym związany. Zaczynało się pojawiać zmęczenie psychiczne, ponownie zaczęły się pytania: po co mi to wszystko? Czy warto tak się szarpać? Coraz częściej mówiłam – nigdy więcej takich przygotowywań! Chrzanię to wszystko, nie startuje!

Wielki dzień nadszedł… emocji co nie miara. Nieprzyklejony tatuaż z numerem startowym na nogę, wielka kolejka do toalety w strefie zmian, ubieranie pianki na wariata, stek przekleństw, poganianie, a na koniec łzy, bo się pogubiliśmy w tłumie… mam taki zwyczaj przed każdym startem, że kreślę znak krzyża na czole moich najbliższych. Czasami jeszcze mały kopniak w tyłek. A tu Fabian jest, a taty nie ma 🙁 dzięki Bogu, znaleźliśmy  się i… czas, start!

Wiedziałam, że będzie pralka. Ale nie wiedziałam, że to będzie AŻ TAKA PRALKA! Nie byłam w stanie wziąć normalnego oddechu, przede mną człowiek, z boku człowiek, z tyłu człowiek i nap*****. Słowo daję: chciałam zawrócić, wyjść z wody, olać temat, ewentualnie zastanowić się czy nie wejść ponownie za tym całym tłumem. Ale nie było jak! Na szczęście niebawem wszystko się unormowało, z oddechem na czele. Nauczona doświadczeniem z Gdańska, do przejścia do strefy zmian podeszłam ze skupieniem i wewnętrzym spokojem, po czym ruszyłam na rowerze. Atmosfera na trasie cudowna! Dużo zartów, dużo wzajemnego dopingu. Sylwetki Fabiana i taty gdzieś mi migały, widać było, że dobrze im idzie. Na 45km coś, czego nie zapomnę – Łukasz krzyczy „Dziewczyna jedzie!’, no to siup – przybijamy piątkę! Potem ręka w górę i niesamowity doping kibiców! Trwało to kilka sekund, a emocji było tyle, że pchały mnie one do przodu jeszcze w Rumii na samą myśl! Powrót coraz  cięższy, ale kolejna strefa zmian i biegiem na trasę. Łzy zatrzymały się w oczach, gdy zobaczyłam brzdąca z moją mamą, mówiącą do Młodego: „zobacz, mama biegnie’. Serducho zabiło mocniej, ale trzeba było zebrać się w sobie – przede mną jeszcze 21km walki. Tempo miałam bardzo równe, 6min na 1km – jak szwajcarski zegarek. Z niemałą radością wyprzedzałam niektórych panów, ani razu nie maszerując. Może to jednak pomoc z nieba, o którą poprosiłam przechodzące obok trasy trzy zakonnice? Meta coraz bliżej, bliżej, bliżej, emocje sięgają zenitu, dzika radość, znowu piątka z Łukaszem, ręce w górze i…. eksplozja płaczu!!!! Wolontariusz, dobry człowiek, przyniósł mi wodę, izo, banana, pomógł się uspokoić, a potem pozowanie do zdjęcia z wykręconą od płaczu twarzą….6:14? 6:14?? 6:14!!! 15 minut lepiej niż kiedykolwiek w życiu zakładałam! Matka nadal karmiąca i taki wynik??? Niemożliwe stało się możliwe! Gdy usłyszałam wyniki Fabiana i taty – też nie mogłam uwierzyć. Obaj poprawili się o ok. 40 minut względem roku poprzedniego. Gdy to piszę, znów serce wali mi jak szalone z radości, której wszyscy doświadczyliśmy.

Podbudowana takim sukcesem, nie spoczęłam na laurach – dalej miałam w głowie zaatakować życiówkę na 10km i mocno się zastanawiałam nad startem w maratonie i podjęciem próby złamania 4h.

Pierwszy cel udało się zrealizować w Biegu Westerplatte w Gdańsku – mimo, że za ciepło się ubrałam, tempo ponownie bardzo równe i ogólnie dobrze mi się biegło. Czas 0:46.53 po raz kolejny przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Gdy odnaleźliśmy się w tłumie, okazało się, że był to życiowy start naszej trójki – Fabian złamał 40min, a tata był bardzo blisko tej magicznej granicy.

Do Poznania jechaliśmy piątką w lekkim smutku, wiedząc, że nasz team nie wystartuje w pełnym składzie, mimo że do ostatniej chwili wierzyliśmy w cud. Szereg błędów popełnionych dzień przed startem nie pozwolił mi myśleć o łamaniu 4h. Mimo, że był to mój szósty maraton, popełniałam kolejne błędy na trasie, jak rasowy żółtodziób – za szybko zaczęłam. Reprymenda od taty na 13km. Na 33km doszedł mnie balonik na 4h. Wiedziałam, że muszę się ich kurczowo trzymać, bo będzie lipa. Na szczęście się udało, na ostatnich dwóch najtrudniejszych kilometrach przycisnęłam i dałam z siebie wszystko – cel został osiągnięty rzutem na taśmę 3:59.42.

Tym startem zakończyłam sezon, z radością nie robiłam nic przez 10 dni, po których to rozbolał mnie na nowo kręgosłup i przypomniał, że nie ma czasu na lenia, trzeba coś robić. Pytanie czy można pogodzić pracę, rodzinę i treningu bez uszczerbku dla żadnej z tych sfer, nadal pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi, ale jedno wiem na pewno: bez rodziny, pracy i treningu żyć się nie da!

Powiązane Artykuły

10 KOMENTARZE

  1. Dziękuję za bardzo miłe słowa 🙂 dodają motywacji do dalszego pisania i dzielenia się tym, co w sercu gra. Do zobaczenia na trasach 🙂 @Marcin – Na wpis Fabiana raczej bym nie liczyła – twierdzi, że nie ma czym się chwalić. @ Arkadiusz – Pracujemy nad tym, aby nasze TRI-trio się rozrosło… to dopiero będzie wydarzenie! @ Grzegorz – i co Żona na to? Może lepiej nie pokazuj, tri-kobieta w domu bywa ciężka do wytrzymania w domu… Fabian coś o tym wie 😉 @ Tata – to nie wyścigi 😛 @ Ania – czekamy na pierwszy medal Jasia 🙂 sama jestem ciekawa na co mnie jeszcze stać 🙂 PS super awatar! @ Łukasz – i jak się pływało? 🙂 @ Bogusław – jeśli spojrzeć na wyniki – tak, to był wyjątkowo słodki rok! 🙂 @ Aleksandra – takie rzeczy to tylko jak zostane pro 😉

  2. Tri-rodzinka! Pięknie. Dzięki za ten wpis Aniu! Emocje znowu wróciły! Fantastycznie je przelałaś na papier. Ależ mi dodał energii!!! Przeczytałem go właśnie przed chwilą przed porannym pływaniem. Będzie się woda kotłować w piaseczyńskim basenie.

  3. Kolejny przykład jak fantastycznie startować rodzinnie 🙂 Poczekaj chwilę, a i Jaś bedzie startował w imprezach towarzyszących 🙂 Świetne wyniki, strach się bać co będzie jak się przyłozysz do treningów 😛 Powodzenia i do zobaczenia na trasach 🙂

  4. :):) Dzielna jesteś……musze pokazać twoj wpis żonie bo ona twierdzi ze tylko faceci mogą być tak zakręceni…..no i tak zyciowka na 10km…….calkiem calkiem:):):)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,658FaniLubię
1,022ObserwującyObserwuj
294SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X