S03E01 – Przebudzenie mocy

Ta historia mogła przydarzyć się każdemu…


Rok dwa tysiące trzynasty był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny słodycze w niesłychanej ilości wyrosły w moich szafkach, szufladach i lodówkach, co było przepowiednią późniejszych napadów lenistwa. I nic nie wskazywało jakich wypadków będę nie tylko świadkiem, ale i uczestnikiem.


Przypadek nr 1.


Pewnego wiosennego dnia, takiego z zimnym porankiem, ale słonecznym popołudniem, skorzystałem z okazji i nie założyłem garnituru do pracy. Nie miałem zaplanowanych spotkań. Szefostwo było w delegacji. Ot takie frywolne szaleństwo. Założyłem owego feralnego poranka dawno nieużywaną softshellową bluzę z kieszeniami na wysokości pasa. I od początku nie czułem się w niej komfortowo, bo trochę za bardzo przylegała do ciała. (Wychowałem się po prawej stronie Warszawy, a to chyba był ostatni bastion obrony przed ruchem hipsterskim i modą na ubrania XXXS). Pech chciał też, że schodząc po schodach, złamałem przepisy BHP i włożyłem ręce do kieszeni bluzy. – O ooooł… – szepnąłem wyczuwając dłońmi zaokrąglony kształt. Coś jakby kształt futbolówki, która wesoło podskakiwała na każdym stopniu. Wtedy też, nucąc znaną melodię, powiedziałem sobie dość, plując trochę w brodę, że doprowadziłem się do takiego stanu. Bo przecież jeszcze kilkanaście lat temu nie mogłem żyć bez kolców lekkoatletycznych i tartanu. Bo przecież jeszcze kilka lat temu, ścigając się na mojej ukochanej żaglówce klasy Laser, miałem wręcz zbyt niską wagę, by móc konkurować z najlepszymi przy silnym wietrze. Nadszedł czas zmian.


Przypadek nr 2.


Postanowiłem więc zacząć dojeżdżać do pracy na rowerze chwaląc się tym na prawo i lewo. Miałem jakieś 20 km w jedną stronę i srebrny, trekkingowy rowerek o dumnej nazwie „speeder’ i byłem bohaterem rodziny.  Przez kilka tygodni szło mi całkiem nieźle. Przemierzałem ścieżki, mosty i drogi, aż… załapałem kapcia. Musiałem gdzieś uzupełnić brakujący strategiczny zapas dętek. Najbliżej było do Kolarskiego. Wparowałem przez charakterystyczne szklane drzwi i poprosiłem o dwie nowe sztuki. Tak się akurat złożyło, że interlokucjom oddawali się tam wtedy, jak się później okazało, triathloniści wybierający się na zawody do Gdyni (przypomnę, że to były czasy jeszcze bez błogosławieństwa IM – młodzież może nie pamiętać). Posłuchałem ich chwilę i pomyślałem, że ten triathlon może nie być taki zupełnie bez sensu i może pomoże mi utrzymać jako taką formę. Poza tym wszystko mi pasowało: biegać potrafiłem, rower właśnie wracał do łask, a pływanie było dyscypliną, którą bardzo chciałem poprawić, a nigdy nie było motywacji.


I wiecie jak to jest. Wystarczy zasiać myśl, a jak wpadnie gdzie trzeba, to prędzej czy później zbiera się różne decyzje. Wtedy też podjąłem jedną z nich i tak oto stoję dziś po raz trzeci przed uchyloną Żelazną Bramą Świątyni Bólu Wielkiego Triathlona krocząc odważnie w sezon nr 3, w którym wszystko wskazuje na to, że moc się przebudzi. W końcu. Oby.


Trzmajcie kciuki i do poniedziałku!



Powiązane Artykuły

6 KOMENTARZE

  1. Nie ma nic przyjemniejszego od rana jak filiżanka kawy i dobra lektura. Mnie również interesuje wątek, który poruszył Artur… :-)))

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,660FaniLubię
1,022ObserwującyObserwuj
294SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X