Susz 2015

Susz – miasto polskiego triathlonu, mekka triathlonistów, zawody które, każdy trimaniak musi zaliczyć. Zaliczyliśmy i  my, czyli ja i mój mąż.


Sobota należała do dystansu na ½ IM czyli jeszcze nie dla psa kiełbasa – czytaj dla mnie, tylko dla tych bardziej wytrenowanych, odważniejszych – czytaj ode mnie.

Tego dnia startował mój mąż, a ja jak to zazwyczaj bywa, bawiłam się w jego suport oraz kibicowanie i foto rejestrowanie jego i całej reszty uczestników. Wieczorem nogi mnie tak bolały jakbym tego dnia to ja zrobiła te 112 km, a na następny dzień miałam swój start.

Efekty foto możecie zobaczyć tu:  https://goo.gl/photos/7oavoMi9UfPrYuMSA


Niedziela przywitała nas deszczem wręcz ulewą… zaraz, zaraz coś tu nie gra, nie tak to ma być!

Jeszcze raz: Niedziela przywitała nas pięknym słoneczkiem, zapowiadał się upalny dzień…


Tak, do tej pory to wyglądało w moich zmaganiach triathlonowych, tym razem zapowiadało się, że będzie  inaczej, że poczuję co to jest jazda na mokrej nawierzchni z padającym na ciało deszczem.


Z trochę wisielczym humorem wyruszyliśmy (tym razem mąż jako suport) z naszego miejsca noclegu do Susza, bym mogła zmierzyć się z nieznanymi mi warunkami pogodowymi w trakcie zawodów. Lokowanie się w strefie zmian odbywało się w kroplach deszczu (byłam jedną z pierwszych osób ale kilka rowerów już stało). Z tego powodu, choć wahałam się długo, zdecydowałam się też, że tym razem nie wepnę butów rowerowych w pedały tylko dam do koszyka i okryję folią by nie były mokre. Zapomniałam też recepturek co utwierdziło mnie tylko w decyzji.

Opuszczając strefę zmian jakby przestawało padać.


Im bliżej startu tym pogoda jakby się bardziej poprawiała. Nie padało już mocno, czasem lekko kapuśniaczek spadł, aż w końcu całkowicie przestało z nieba kapać. No, podobała mi się taka sytuacja.


Pływanie –tylu facetów przyklejonych do mnie jeszcze nie było, hi hi, ma się to powodzenie;) Start z wody ale z trzymającą się ręką podestu, przy tak krótkim podeście i tylu uczestnikach zawodów, nie było możliwości by tego ścisku można było uniknąć.

Sygnał do startu i ruszyły pstrągi w swoją drogę. Sorki ale takie miałam skojarzenie, jak zobaczyłam co się dzieje podczas startu. Jedne kłębowisko wody z ludźmi próbującymi ruszyć z miejsca, próbującymi jakoś zaczerpnąć powietrza i próbującymi jakoś płynąć. Ogarnęło mnie lekkie przerażenie. Ale przecież też jakoś muszę płynąć, bo w końcu przejechałam tyle kilometrów aby wziąć udział w zawodach tri, a nie patrzeć jak ludzie walczą o przetrwanie w wodzie. No to ruszyłam. Ciężko było znaleźć sobie jakieś dogodne miejsce do płynięcia. Ciągłe obijanie się od kogoś, przepychanki, kopniaki, ciągła pralka. I tak przez większą część dystansu pływackiego. Choć walczyłam o przetrwanie i miałam stracha, bo pierwszy raz tak długo w takiej pralce płynęłam, to jednak aby jakoś uciec trochę od tego co się dzieje, przypomniało mi się coś takiego (z modyfikacją): tato, bulbulbul, mamo bulbulbul, jestem w pralce bulbulbul.

Dopiero po drugiej bojce udało mi się znaleźć trochę luźniejszego miejsca do swobodniejszego płynięcia. Cieszy mnie fakt, że znów cały dystans przepłynęłam kraulem, no może poza nawrotami przy bojkach gdzie po prostu nie było możliwości wywijania rękami, aczkolwiek trochę mniej jestem zadowolona z czasu jaki wypływałam. Jednak po analizie już w domu, to czas ten odzwierciedlił mój aktualny stan pływacki, no i napływałam 50 m więcej. Oj, coś trzeba z tym zrobić

.

Już w czasie pływania słoneczko nieśmiało wychylało się z poza chmur.


Rower – jakże się ucieszyłam, że przestało padać i zaczęło wychodzić słoneczko, bo to oznaczało, że istnieje szansa, że ulice nie będą tak mokre i nie będę wywijała salt na Demonie. Fakt ten chyba trochę mnie uskrzydlił, bo odniosło to taki skutek, że pierwszy raz na zawodach przekroczyłam średnią prędkość na rowerze ponad 30km/h, jupi! Generalnie jechało mi się dobrze bez jakiś kryzysów. Zakręty udało mi się też zaliczyć nawet bez większego hamowania aczkolwiek ono było (psychika spokojniejsza). Trasa w większości z dobrą nawierzchnią, no może poza tą kostką brukową na której trzeba było trzymać plomby w zębach ale to jest już taka Suszańska atrakcja tri zawodów.

Mam jedno ale z etapu rowerowego. Jadąc, szczególnie drugie kółko, zastanawiałam się czy coś zmieniło się w kwestii regulaminu dotyczącego draftingu. Było jasno napisane, że zawody odbywają się w konwencji bez drafitngu. Niestety spora grupka wyprzedziła mnie i tak sobie dalej jechała jakby tego zapisu w regulaminie nie było. Smutne, tym bardziej, że znalazły się tam osoby znane w tri (nazwiska na numerkach). Dodam jeszcze, że sędziowie mijali mnie tylko raz.


Bieg – można by napisać, że z tradycji stała się zadość, tj. podczas moich zawodów zawsze jest ciepło, gorąco albo bardzo gorąco. Podczas biegu słońce już mocno operowało i pogoda w niczym nie przypominała poranka, ku mojej uciesze.

Jak wiadomo po rowerze nogi niosą, a tu trzeba było jeszcze po schodach zbiec więc jak gazela sprawnie je pokonałam i pognałam, oczywiście w żółwim tempie na ostatni etap tri. Fajne mi żółwie tempo więc aby jakoś przeżyć do mety musiałam lekko zwolnić, unormować oddech. I tutaj mam swój malutki sukcesik – cały dystans przebiegłam z narastającą prędkością, czyli biegłam coraz szybciej.


„Zwyciężyć znaczy ukończyć’ i ja Susz Triathlon 2015 sprint ukończyłam w 1.33,08.


Fajna atmosfera zawodów, dużo znajomych triathlonistów, z którymi fajnie było się spotkać, kibice mocno dopingujący, nie tylko w okolicach start/meta. Organizacja dobra, może z jednym małym minusem, że po przekroczeniu mety musiałam szukać wody (akurat musiało mi się chcieć pić). Zawody godne polecenia. Myślę, że jeszcze do Susza wrócę ale już na inny dystans. I mam nadzieję, że pogada wówczas będzie co najmniej taka jak w tym roku.


Kurde, jakoś znów mi wyszło przydługawo…


Powiązane Artykuły

9 KOMENTARZE

  1. Srednia 30km/h to aktualnie moje najwieksze tri-marzenie, zawiesilem sie na 26 i nie moge nic ponad :). Gratulacje ogomne, super wynik!

  2. Dziękuje chłopaki;) Arek nie wahaj się użyć, po to w końcu to robię – ja ma przy tym radochę, a wy co nieco dla siebie. Marcin, niestety moja bateria wyczekiwała już tylko mojego męża by mu pstryknąć fotkę z mety – taki ze mnie fotograf, dodam totalny amator, że zapomniałam zapasu;( Obiecuję następnym razem się poprawić. Chęci są na 1/2, gorzej z wykonem. Czy za rok się uda 112? Hmm zobaczymy co przyniesie czas.

  3. Gratulacje Bogna! Za rok 1/2? 🙂 Tez cieszylem sie, ze caly deszcz spadl przed startem. Wizja szybkich zakretow na mokrej kostce troche mnie przerazala… No i niestety tez widzialem ten peleton. Na ok. 18km minela mnie grupa 12-15 'zawodnikow’. Nawet nie probowali sie z tym specjalnie kryc. Bezsens totalny… Jeszcze raz gratulacje!

  4. Bogna gratuluje startu! Ale super zdjęcia – szczególnie Arka i Andrzeja jak wpadają na metę, Ci to mają szczęście, nie dość, że tak dobrze wystartowali to jeszcze mają najlepsze zdjęcia;))) Ja też się w paru miejscach znalazłem ale jak rozumiem to już koniec galerii i nie mam co czekać na zdjęcia z wbiegania na metę z synkiem? (pół godziny za Arkiem… widać, że jak chce się mieć dobre fotki trzeba kończyć poniżej 5… niedoczekanie moje;))) (swoją drogą fot z oficjalnego źródła takie sobie, żadnych zdj z mety z widocznym czasem – czy zegar był w obie strony czy tylko z jednej bo nie zauważyłem)

  5. No i super najważniejsze że Ty masz pozytywne odczucia i nadal się chce. Co lepsze chce Ci się coraz mocniej i są plany na wydłużanie dystansu.

  6. Bogna, fajne było Was widzieć! Super para! Gratulacje! Fotek co niemiara … nawet swoje znalazłem i nie zawaham się użyć! 🙂 Dzięki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,503FaniLubię
979ObserwującyObserwuj
285SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X