Triathlon Sieraków 2013

12

Triathlon Sieraków 2013


Wraz z nadejściem cieplejszych dni nadeszła pora na zmierzenie się po raz kolejny z dystansem HIM, tylko tym razem to ja miałem wyjść z tego pojedynku w 100% zwycięsko, bez skurczów na mecie i agonii w trakcie biegu oraz po Finishu. Co prawda miał być to mój pierwszy letni dłuższy start, więc nie wiedziałem czego się spodziewać,  ale gdzieś tam głęboko czułem, że ten cały trening musi przynieść efekt. W końcu podobno im więcej bólu na treningach, tym mniej na zawodach.Do pobicia miałem wynik z HIM Susz 2012-6:24.

Tak więc w stronę Sierakowa wybraliśmy się już w czwartek. Całą logistyką zająłem się ja, dzięki czemu na miesiąc przed  zorientowałem się, że nie mamy noclegu, a wszystko w promieniu 40 km od Sierakowa jest pozajmowane. Na szczęście przygarnęli nas do siebie znajomi z Poznania (szczególne podziękowania za super gościnę), z okna mieliśmy widok „prawie’ na Maltę. Dzięki temu mogłem przy okazji  zapoznać się z trasą mojego następnego HIM w Poznaniu.

Dzień przed

Uwielbiam ten dzień, bez wyrzutów sumienia mogę objadać się węglowodanami, których na co dzień sobie odmawiam, zjadam wtedy dużo M&Msów, czekolady z orzechami (Nussbeiser wymiata), naleśniki, makarony. Jednak ten dzień zaczęliśmy od Pysznego śniadania w restauracji znajdującej się przy pałacu w Rogalinie (znajomi wzięli nas na śniadanie „na mieście’ – po czym wywieżli  40km za Poznań :D). Dwie porcje naleśników – jedne z malinami, drugie „dietetyczne’ z kurczakiem i warzywami  dla uspokojenia mojego sumienia-warte były grzechu.

Po południu udaliśmy się na miejsce zawodów, chciałem wziąć udział w odprawie,  dokładnie obejrzeć strefę zmian, odebrać pakiet i powzdychać na widok najnowszych modeli rowerów TT na expo.

Biuro zawodów, Expo , strefa T1/T2

Biuro było dobrze zorganizowane, znajdowało się wewnątrz budynku Osiru. Wolontariuszki bardzo miłe i pomocne. Po 3 minutach miałem już swój pakiet, którym byłem miło zaskoczony. Dostałem torbę z logo zawodów, w którą były zapakowane wszystkie gadżety (IZO, makaron, ulotki etc.). Ładna koszulka techniczna poprawiła i tak już dobry humor. Sama torba bardzo pomogła w ogarnięciu całego sprzętu, który przywozi się na zawody. Później zapakowałem w nią wszystkie potrzebne rzeczy do T1/2. Expo znajdowało się tuż obok biura zawodów,  można było kupić wszystko, co potrzebne i jeszcze parę rzeczy, które się nie przydadzą, ale warto je mieć.

Strefa T1/T2 znajdowała się za ogrodzonym kortem, wejście tylko z opaską zawodnika, bez wyjątków! Organizacja na najwyższym poziomie.

Odprawa /Pasta Party

Sama odprawa była „przejrzysta’. Wszystko odbyło się sprawnie, mimo kilku nieudanych prób ogłuszenia wszystkich zebranych piskami z głośników o nieznanej częstotliwości. Parokrotnie podkreślano, że w przypadku łamania regulaminu będą przyznawane kary i nie będzie od nich ucieczki (o czym miałem się przekonać). Pasta Party było miłym zaskoczeniem dla wszystkich, każdy był przyzwyczajony do zwykłego makarony z Tortexowym sosem pomidorowym, a tu na zawodników czekały 3 rodzaje makaronu (z warzywami, carbonara, Bolognese), naleśniki, pyszne ciasto. Wyszedłem stamtąd naładowany pozytywną energią i dobrymi paroma tysiącami dodatkowych kcal na jutrzejsze zmagania.

Po powrocie do Poznania nie mogłem przestać myśleć o następnym dniu, w głowie cały  czas wizualizowałem sobie kolejne elementy wyścigu, kolejne scenariusze (łącznie z tym, że nagle dostaje super mocy i dobiegam na Finish pierwszy J).

Ostatecznie dzień zakończyłem dodatkową porcją M&Msów i poszedłem spać .

Dzień Zawodów

Pobudka o 5 rano, aby dojechać na miejsce. Zaczynam sprawdzać „elektronikę’… Tylko…  ekhm… Gdzie jest mój licznik na rower i dlaczego Garmin nie chce się włączyć. No tak, licznika nie przełożyłem z mojej innej szosówki, a GPS odmówił posłuszeństwa. Zapowiada się, że cały wyścig będę jechał na „oko’. Z jednej strony byłem przerażony wizją wyścigu bez jakichkolwiek danych oprócz czasu, a z drugiej cieszyłem się, że nie będę czuł presji liczb, po prostu pojadę i pobiegnę tak, jak będzie mi pozwalało ciało (miałem nadzieje, że nie będzie oszukiwać).

Wniosek a propos pakowania : nawet jeżeli będziesz się pakować parę dni przed, zrobisz listę i sprawdzisz ją 5 razy, i tak zapomnisz czegoś najbardziej oczywistego !

O 6.15 dojeżdżamy na miejsce, zabieram moją Time Machine do strefy zmian. Wszystko rozkładam wg. sprawdzonego schematu.

Wszystko sprawdzam pierdyliard razy, a i tak odchodzę z niepokojem, że mogłem coś pominąć. To jest trochę tak jak z wyjściem z domu zaraz po tym, jak prasowało się cokolwiek – czy na pewno wyłączyłem żelazko? Nie no musiałem … No ale może się wrócę i sprawdzę …

Szybkim krokiem kieruję się w stronę restauracji, aby dożywić mój suport, wlać  w siebie parę filiżanek kawy i odwiedzić parokrotnie tron (uważam to za najważniejszą czynność przed startem, nic tak nie psuje wyścigu jak szukanie krzaczków za potrzebą).

Na 30 minut przed startem jestem już zapakowany w Neopren od stóp po szyję. Pogoda za bardzo nie dopisała, więc jego właściwości termoizolacyjne zdecydowanie się przydają.

300m rozgrzewki musiało mi wystarczyć, speaker już wołał zawodników do strefy Startu, już za chwilę miało się zacząć to, na co tak długo czekałem, a zarazem bałem.

Start Pływania

Moim założeniem na pływaniu było zejście poniżej 35 minut.

Zauważyłem, że dużo osób ustawiało się z tyłu, wolałem sobie oszczędzić slalomowania pośród żabkowiczów i ustawiłem się z przodu w środku, umilając sobie czas na pogawędce z innym zawodnikiem.

Zanim się obejrzałem rozpoczęło się odliczanie

10….9….8….7….6….5….4…..3…..2…..1

Wydawało mi się, że huk wystrzału z armaty otworzył we mnie ampułkę z Adrenaliną – w jednym momencie rzuciłem się do przodu i zacząłem płynąć jakbym miał przed sobą nie 2000 a 200m. Po tych 200 tłum zawodników delikatnie się rozciągnął i mogłem zwolnić. Czułem moc w rękach, próbowałem złapać nogi kogoś szybszego, ale za chwilę znikał mi gdzieś w zielonej wodzie. Temperatura wody po paruset metrach nie miała znaczenia dla mnie, ciało się rozgrzało i każdy ml wody, który nalał się do pianki działał przyjemnie chłodząco.  Co jakiś czas wystawiałem głowę i próbowałem nawigować, ale białe czepki zlewały się z białymi bojami przez co musiałem nadrabiać trasy. Ostatecznie wychodzę z wody po 33:05. Dobieg do T1 po pływaniu jest pod stromą górkę, nie lada wyzwanie dla serducha, puls skacze, aż czuć na skroniach.

Pianka dzięki wazelinie na nadgarstkach i kostkach schodzi szybciutko. Gdy wsiadam na rower na moim zegarku (miałem ostatecznie zegarek ze stoperem) minęło ok 38 min – nie jest źle.

Rower

Chwilę od startu mijam już paru zawodników, nie mam licznika, więc jadę ile podaje noga. Asfalt jest w wyśmienitym  stanie, boczne podmuchy wiatru delikatnie rzucają, ale nie wpływa to bardzo na komfort jazdy. Jestem zdziwiony, bo raz na jakiś czas ktoś mnie wyprzedza, a tak to ja łykam zawodników. Miła odmiana w porównaniu z Suszem czy Izraelem.  Po pierwszym kółku staram się odjąć czas pływania i t1, i obliczyć sobie średnią prędkość, ale zbyt dużo wrażeń i bodźców nie pozwala mi dokonać podstawowych matematycznych obliczeń J. Na górkach uda delikatnie pieką, ale od Izraela mocno skupiłem się na podjazdach i dało to wymierny efekt – podjazdy nie stanowiły dla mnie problemu. Na drugim kółku po zbyt gwałtownej zmianie przełożeń łańcuch mi spada i się blokuj. Rzucam w jego stronę parę ogólnie znanych zaklęć i po 2 min szarpaniny ruszam dalej z rękami umazanymi smarem.

Do Sierakowa chciałem przenieść patent, który zauważyłem w Izraelu. Paru zawodników zamiast przymocowywać zapakowane batony do ramy, wyjmowało je z opakowań i przyklejało do ramy „na ślinę’ , sam też tak zrobiłem z czekoladowym  batonem Enervita, trzymał się i wyglądał  idealnie… do momentu, gdy spadł deszcz. W parę minut zamiast 2 kawałków batona, na ramie miałem 2 plamy czegoś o konsystencji kupy. No nic, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Podczas całej trasy moja niedokręcona sztyca regularnie opadała na nierównościach , podczas ostatnich kilometrów praktycznie siedziałem na ramie 😉

Po 4 okrążeniach (2:32) zszedłem z roweru i usłyszałem od mojej Żony, że jestem 37, słowo „zaskoczenie’ nie opisuje tego, co czułem. Podniecony pobiegłem do T1, przy wejściu do T1 rozpiąłem kask pod szyją (Sic!) i parę sekund po dobiegnięciu do mojego koszyka podszedł do mnie sędzia, który z przykrością dał mi żółtą kartkę. W jednej chwili moja radość sięgnęła zenitu;) Skoro czekała mnie 6 minutowa sesja odpoczynku pobiegłem sprintem do namiotu mijając po drodze paru zdziwionych zawodników (ciekawe co mieli w głowie, gdy mijałem ich sprintem).

Odwróciłem się tyłem, aby nie patrzeć ilu zawodników mnie mija. Ciężko wypracowana przewaga na rowerze cały czas topniała, no ale sam byłem sobie winny. Te 6 min poświęciłem na rozciąganie i rozluźnianie spiętych mięśni po rowerze.

Bieg

Po 6 minutach odpoczynku skoczyłem do przodu z nadzieją, że odrobię utracone minuty. W samą porę przyszła chłodna kalkulacja i wspomnienia z poprzednich HIM, bieg to mój najsłabszy punkt. Ostatecznie nie mając GPS zwolniłem i biegłem na wyczucie, aby wytrzymać te 21km. Trasa była wymagająca – leśny cross, raz w górę raz w dół.

Sama atmosfera była super, dużo kibiców dodających skrzydeł, moja Żona, którą mijałem po każdym z kółek potęgowała ten efekt, także znajomi z WTT powodowali, że trud trasy był znośny. Pierwsze dwa kółka były znośne, na 3 kółku złapałem drugi oddech i zacząłem wyprzedzać, pojedynczych zawodników i zarazem ich dopingować, nic tak nie pomaga albo denerwuje, jak doping innych zawodników.  Ja mam nadzieję,  że chociaż trochę pomogłem.

Na pierwszych 3 kółkach miałem okazje biec z bardzo fajnymi zawodnikami, umilaliśmy sobie półmaraton małą pogawędką na ile pozwalał oddech.

Na ostatnim kółku zmęczenie dało się we znaki, ale mając w głowie cytat z ostatnio przeczytanej książki (Jedz i Biegaj – Scott Jurek) „czasem po prostu trzeba’ zacisnąłem zęby i nie stając (mój osobisty sukces) dobiegłem do mety  z czasem 5:12:35. Pobiłem swoją życiówkę o godzinę i 12minut. Byłem bardzo szczęśliwy i zmęczony. Wszystkie założenia zrealizowałem i tak, jak chciałem wygrałem z tym dystansem.

Żywienie na trasie

Na rowerze były 2 dobrze zorganizowane punkty żywieniowe, z OSHEE (mój ulubiony izo), wodą, żelami, bananami. Wolontariusze dobrze poinstruowani, łatwo można było odebrać bidon i nie zwalniając jechać dalej. Na biegu tak samo.  Muszę przyznać,  że byłem pod dużym wrażeniem wolontariuszy, oprócz podawania napoi, cały czas dopingowali i podnosili na duchu, za co szczerze Dziękuję.

Na rowerze zjadłem 2 żele i 2 kupki „masy batonowej’. Na biegu 2 żele. Starałem się jeść co 40 minut, piłem tylko izo. Przez całe zawody nie poczułem głodu ani pragnienia.

Strefa zawodnika

Kolejne miłe rozczarowanie – każdy kto ukończył zawody miał do dyspozycji bardzo dobrze zorganizowaną strefę dla zawodników. Lody, piwo, ciasta, piwo, oshee, piwo, hamburgery, piwo – co kto chciał. Leżaki pozwalały się zrelaksować, a jeżeli ktoś miał ochotę na rozciąganie, mógł poleżeć na materacach.

W biurze zawodów byli do dyspozycji masażyści, dzięki którym następnego dnia zakwasy były bardzo małe.

Ogólnie imprezę oceniam na 10/10. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Na super wrażenie po tej imprezie składa się suma wszystkich „szczegółów’ od dobrego jedzenia po torbę w pakiecie startowym .

Dziękuję mojej Żonie za ogrom cierpliwości do mnie i mojej pasji, zawodnikom biorącym udział w tej imprezie i tym, z którymi miałem okazje pogadać i pościgać się, Oli za przygotowanie i załodze WTT za miłą atmosferę .


Plusy

·         Bogaty, przydatny pakiet startowy

·         Dobre jedzenie na Pasta party

·         Dobrze zabezpieczona T1

·         Dobrze zabezpieczona trasa, 100% bezpieczeństwa

·         Dużo wolontariuszy  (dobrze poinstruowanych)

·         Rzetelni Sędziowie

·         Strefa Zawodnika i dla Dzieci

·         Lokalizacja

·         Miejsca parkingowe

·         Atmosfera święta sportowego

Minusy

·         Pogoda (musiałem coś znaleźć )

12 KOMENTARZE

  1. Michał jest mocno zmotywowanym zawodnikiem a realizacja treningów w 99% zgodna z założeniami daje efekty. Najlepiej przekonać się o tym na własnej skórze, nie odpuszczając treningów. Brawo!

  2. Gratulacje Michał. Za wynik wykręcony w Sierakowie i za fantastyczną fotorelację. Miło było Cię poznać. Ja swoją relację z Sierakowa zamieszczę w najbliższy weekend, bo teraz to czas mi nie pozwala. Do zobaczenia na zawodach i jeszcze raz GRATULUJĘ.

  3. Michał przyjmij gratulacje jeszcze ode mnie. Fajowy czas i chyba duża frajda, że jest progres, nie? A czujesz na pewno, że przy dalszej pracy możesz się jeszcze rozwijać, że to nie jest już ściana. No i drugi wpis Twój czytam z zawodów i drugi super. Więc trzymaj tak dalej na treningach, zawodach ale też na blogu!

  4. Dzięki Wszystkim , mam nadzieję że nie był to mój szczyt formy i jeszcze coś wycisnę z siebie w tym sezonie. Wasze komentarze i takie zawody mocno motywują do dalszych treningów .

  5. Gratuluje wyniku! Faktycznie byłem ‘lekko’ zaskoczony gdy dochodziłem do siebie po biegu a tu na bieżni ktoś sobie leci 3min/km :)… mój grymas widać na jednym z zamieszczonych przez Ciebie zdjec 🙂 (nr 125)

  6. Jeżeli to Twój pierwszy sezon to wynik naprawdę imponujący! Jak tak dalej pójdzie to złamiesz niedługo 5h…a to już wielki szacun jak na amatora… 🙂 Gratulacje!

  7. Za każdym razem czytając Twoje relacje dostaję jakby obuchem po głowie 🙂 Jednak jest to bardzo motywujące! Gratulacje, a ja… lecę na trening 🙂

  8. Gratulacje Michał! Kolejny świetny start! Niesamowity postęp! Jeszcze bardziej mnie przekonałeś, że będzie kiedyś o Tobie głośno w świecie tri:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here