Z życia boćków

Ostatniego weekendu większość towarzystwa bawiła nad wodą, pluskając się w Radkowie, albo innym Kołobrzegu. Jak to na początku lata. A mnie zajęło podglądanie, co tam ciekawego na bocianich gniazdach we wsi spokojnej Strzyżew nieopodal Sieroszewic koło Ostrowa Wielkopolskiego. Więc te bociany sobie stały, albo siedziały, albo klekotały, albo latały, albo ich nie było. Dobrze się przyjrzałem, bo pod gniazdami przemykałem 8 razy zaliczając pętelki a to z buta, a to z blatu, a to znowu z buta, jako jeden z niespełna 80 uczestników duathlonu Sieroszewice 2014. Chociaż nie – przecież za ostatnim razem nic nie widziałem, bo zajęty byłem odkręcaniem imadła z lewego uda.

 

Ale zanim się zaczęło, musiało popadać. Dzięki synoptykom byłem przygotowany i swoje bety przyniosłem do strefy w worku żeglarskim. Bardzo się przydał, bo z kolei na stanowiskach nie dla wszystkich starczyło koszyków, no to buty wprawdzie pływały, ale w suchym worku.

 

I znowu słoneczko. To biegniemy. Najpierw 10km. Proszę bardzo, no problem. Startuję z końca, spokojnie, a potem mam trzymać przyzwoite (moje przyzwoite) tempo ok. 4:45. Ten start, to właściwie moja pierwsza w życiu kombinowana konkurencja, pierwsza zakładka. Więc trochę się oszczędzam, ale wyprzedzam Olę i Beatę oraz jeszcze kilka osób. Po nawrocie na półmetku mam pełen przegląd: 50 osób przede mną i o pół mniej – za mną. Uu, myślę sobie, zgadza się – na tych kameralnych imprezkach nie ma zupełnych ogórków tak, jak na masowych zlotach. Gdybym leciał na dużej dyszce biegowej, spokojnie zmieściłbym się w pierwszej 1/3 stawki. A tu – odwrotnie, jestem w ostatniej. Ale nic to. Czekamy na deszczyk. W końcu jest i nieźle pizga. Na to tylko czekał mój zegarek. Znowu może robić co tylko zechce Znacie ten fajny wynalazek garmina – pierścień dotykowy? Teraz wystarczy tylko zastosować się do instrukcji: „Jeśli pierścień jest mokry wytrzyj go do sucha przed użyciem’. W ten sposób przechodzę w tryb „na samopoczucie’, dzięki czemu pogłębia się moja integracja z naturą. Thanks, garmin.

 

T1. No, tu dałem popis. Wypas popas. Wszystkich przetrzymałem. Prawie 4 minuty. Rozwiązać supeł na mokrych sznurowadłach, otworzyć worek, znaleźć kliki rowerowe, „wytrzeć do sucha’, złapać od nowa fixa, może by jeszcze coś przekąsić? I w drogę.

 

A rower jakiś bez historii. Inni też się skarżyli, ale ja miałem do wyboru tylko albo pod górkę, albo pod wiatr, a powiewało momentami nieźle. A jak mogłem pocisnąć, to akurat musiałem wyprostować plecy i złapać trochę tlenu. Głupio powiedzieć, że przecież mam się za lepszego bikera, niż 40 km w 1,5 godz. Fakt, przed startem musiałem trochę zaniedbać trenowanie, chociaż planowałem go wcześniej i nawet wrocławską nocną połówkę olałem z tego powodu. W 10 ostatnich dni pobiegałem 2 razy, a na rowerze 0 km. Znaczy, nie licząc jednego dojazdu 1,5 km. Ale za to piłem soki i nie jadłem mięsa. A po wernisażu Istvana Kantora skończyłem już na drugim piwie. Ale po co to biadolenie? Ano, dochodzimy do konkluzji, że ta cienkość z nieprzygotowania wynika. A czym się kończy?

 

Kończy się pięcioma kilometrami biegu. A tak dokładnie, to najpierw jest próba złapania pionu, czy też balansu, żeby krzyż w całości donieść. Trochę to potrwało. Czytam wyniki i oczom nie wierzę. W T2, przy zmianie butów zabawiłem ponad 4 min. Pobiłem samego siebie z T1. A przecież nawet się nie goliłem. Jednym słowem – luz. Potem próba drewnianej nogi, ale to znam z opisów i wiem, że kiedyś-tam mija. Zaczęło mijać ok. 4 km. Czegoś brakuje? Nie, jest na miejscu, z prawej strony, i niezawodnie kłuje. No i na deser Mr. skurcz. Ooo, tego dawno nie miałem, a takiego to już na pewno. Potężny, niczym, nie przymierzając, arkowe czwórki. Dociągnąłem marszobiegiem do końca chyba tylko dlatego, żeby sobie przykrości nie robić. Bo co, wymięknąć przez jedną nogę?

 

Czyli 10+40+5 w prawie 3 godziny. Jak kończyłem, to Jacek Gardener popijał izo na mecie już od ponad 50min. Chyba jakiś czas jeszcze nie będę rzucał rękawicy :-). Chociaż, jak usłyszałem od spikera, że jestem number 1 w M55, to….. No dobra, widocznie drugi grupowicz miał wtedy inne plany niż ściganie ze mną.

 

A impreza? Chłopaki starali się jak umieli. Za 7 dych miałem przygotowaną trasę, strefę, sanitariaty w szkole, parking, wodę na trasie, pomiar z chipem, grochówkę i drożdżówkę po, medal i puchar, batona i izo. Spox. No i nie muszę paradować z wywalonym na plecach logo pko, albo i czegoś gorszego.

Poprzedni artykułBCAA i EAA a sporty wytrzymałościowe.
Następny artykułLuxemburg

Powiązane Artykuły

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Śledź nas

15,660FaniLubię
1,022ObserwującyObserwuj
294SubskrybującySubskrybuj

Kalendarz

Brak wydarzeń

Najpopularniejsze

X
X