„Czym jest ten triathlon?” – relacja z Haugesund.

10
10

Ironman 70.3 Haugesund w Norwegii wspiminam bardzo dobrze… w zasadzie najlepiej, bo to tam zrobiłem życiówkę (4.30) i kwalifikacje na Mistrzostwa Świata w Las Vegas. Doskonałe miejsce do szybkiego ścigania mimo, że trasa wcale nie jest taka łatwa – pofałdowana na rowerze i z mocnymi podbiegami na trasie biegowej. Ale klimat sprzyjający, bo chłodno, więc prawie jak w Polsce. No, może oprócz tego deszczu, który podobnie jak rok temu, również i w tegorocznej edycji dał się zawodnikom we znaki. Może jeszcze kiedyś tam wrócę, chociaż na triathlonowej mapie jest tyle ciekawych propozycji, że człowiek ma dylematy, czy startować dwa razy w tym samym miejscu. Ale na Majorkę to chyba wrócę – mimo tego piekielnego podjazdu, podczas którego tysiące razy człowiek zastanawia się, po co to robi?! Po co mu ten triathlon? I czym jest ten triathlon? Takie pytania przychodzą do głowy chyba wszystkim, choć chwilę po zawodach nie mamy wątpliwości, że czas zapisać się na kolejne. Podobnie jak Mateusz, który w swojej wyjątkowej relacji z Haugesund zadaje te same, ciekawe pytania. Zapraszam do lektury.

Łukasz Grass

 

 

Mateusz Walczak

No i po zawodach. To był mój dziesiąty triathlon (5xQIM, 4xHIM, 1xIM). Czas, więc na pierwsze podsumowanie, nie tylko ostatnich zawodów w Norwegii. Norwegia. Drogo, pusto, zimno, ładnie, ciekawie i bardzo blisko natury. Ironman jako organizacja naprawdę się stara. Doceniam trud logistyczny, bo zorganizowanie pod jednym brendem kilkudziesieciu imprez na pięciu kontynentach, to naprawdę duże wyzwanie. Wiem, że to potężna korporacja, wewnątrz której ludzie się specjalizują i te swoje specjalizacje starają się doskonalić; wiem, że koncept, który się przyjął, można powielać, że to już nie sztuka, a solidne rzemieślnictwo, że można pewnie narzekać na szczegóły, skupiać się na smaczkach, które oferuje lokalna czy międzynarodowa konkurencja, ale w sumie to tylko część triathlonu. Ta najmniej ważna.

{gallery}haugesund_2014{/gallery}

 

A czym jest triathlon? To był w zeszłym roku temat wideo-relacji mojej córki. Temat do szkołym, zadanie domowe: „Pasje”. Nakręciliśmy wywiad z triathlonistą. Przebierałem się kolejno w piankę, lycrę i strój do biegania, dobierałem atrybuty, dużo atrybutów: okularki, czepek, zegarek, kask, rower, 2 pary butów, bidony, żele czapeczka, okulary. Córkę (12 lat) stylizowaliśmy na reporterkę. Płaszcz od żony, okulary, szminka, mikrofon. Nagrywanie, cięcia, powtórki, montowanie. Wyszło fajnie – dostała brawa. Rozmowa po szkole, film do archiwum, córka spać, a ja do przemyśleń. Czym jest triathlon?

 

Kiedyś w Monaco, w głównym basenie portowym, tydzień przed GP Monaco spacerowałem po torze przygotowywanym na F1. Wokół stało dużo łódek. Jedne na bogato, inne na podróżnika, jeszcze inne kicz. Na jednej z nich napis, który pokazywał, że właściciel ma dystans do życia: One More Toy. Nazwa zapada w pamięć.

 

Flashback: Norwegia, Haugesund, IM 70.3 2014. Początek lipca 2014.

Zachód słońca po 23ej, wschód po 4tej. Generalnie bez nocy, albo mało nocy. Pada. Momentami leje. Start pływania M35 o godzinie 8:20. Pobudka przed 6 rano. 3 kanapki z serem. Były wcześniej próby, testy, ale od kilku startów albo crossainty albo kanapka z serem. Unikać błonnika. Więc z serem. I pre-race carbo loader. Smakuje równie paskudnie jak brzmi. Jedziemy na miejsce. Ciągle w deszczu. Nastrój fatalny. Nowość – strach przed rowerem. Techniczna trasa. W górę i w dół, zakręty, a ma być w deszczu, w strugach wody. Słabo, a przed startem wizualizacje same przychodzą do głowy: 50 km/h i zakręt, upieczona skóra i lot za trasę, złamania, rany i w najlepszym razie blizny paprzące się przez 3 tygodnie – no więc strach przed rowerem. Nowość, bo rower zawsze miałem dobry, a do tej pory strach był przed pływaniem, przed tempem na biegu, za wysoką temperaturą, biegunką, wynikiem w ogóle, ale nie przed rowerem. Na rower się czekało. Rower zawsze był dobry. A tu strach. Więc dziwnie.

 

I jesteśmy. Strefa zmian na boisku, zaraz przy jeziorze, dużo wolontariuszy, więcej niż zawsze. Pada, a oni uśmiechnięci. Dziwne. Krótki dobieg z wody, więc dobrze. Krótkie zmiany. Jest, więc szansa. Słychać spikera – to zawsze dodatek, część kolorytu, obowiązkowy punkt. Niby jest, ale jakby go nie było. Słuchany przez wszystkich. Debiutanci słuchają informacji, bardziej doświadczeni utwierdzają się w przekonaniu, że już wszystko wiedzą, że już nie muszą słuchać po raz kolejny którędy dobieg do T1, jaki worek przed rowerem, o której start, itd. Ale jednak wśród wielu informacji, tysiąca słów, wielu zdań w kilku językach, pada ta jedna fraza. Przedstawiając, motywując, nakręcając atmosferę tysiącem wyuczonych, powtórzonych wcześniej zdań, pojawia się coś, co zapada w pamięć. Nie nowość. Każdy pewnie już o tym pomyślał, już to ogarnął, wbudował w swój świat. A jednak zapada w pamięć. Zachęcając M35 do przejścia na start spiker, charyzmatyczny brytol z północno londyńskim akcentem, nie żaden Essex Boy, ale z głosu wygładzony nicpoń, a na pewno potomek napadających na Hiszpanów piratów, ugrzecznionym Cockneyem mówi – for all of you, middle age crises boys, changing your Lamborginis into carbon fibre bikes, come on all over for the start line. Niby nic ważnego – taka zachęcajka – przedstartowy chit-chat, small-talk. Takie tam. Ale jednak prawda. Chyba prawda. No, więc zapada.

 

{gallery}haugesund_2014_b{/gallery}

 

I co? Czym więc jest ten triathlon? One more toy? Pasja? Kolejne pole do rywalizacji? Kryzys wieku średniego? Chęć udowodnienia sobie? Udowodnienia innym? Bo jednak życiówki, bo poprawa z sezonu na sezon, śrubowanie tempa z sezonu na sezon. Coraz lepiej, nigdy nie było lepiej, a jak lepiej to najlepiej i to w M35. Szkoda, że nie zacząłem wcześniej. Byłyby pudła. Byłyby. A może to lepiej, że tak późno, bo jest progres, a tak by nie było? A może triathlon to nowi ludzie, nowe relacje? Bo przecież ile to rozmów, o treningach, o startach, o diecie, o sprzęcie, o ludziach, o czasach i o życiu, dużo o życiu, że niby przy okazji, ale jednak. Więc może jednak ludzie? No, ale przecież ludzie dużo rzadziej niż rodzina. Bo rodzina zawsze, każdego dnia, kiedy trening, kiedy zawody, kiedy trzeba poczekać aż przyjadą zamówione zakupy, ale się nie da, bo przecież OWB albo Rc1, albo tempówki, albo grupa na basenie, bo na zawody razem, że wypoczniemy przy okazji startu i pozwiedzamy. Bo rodzina też się zmieniła, bo żona też pobiega i na basen pójdzie, bo za szybko dla niej, więc rozgrzewkę tak, ale wiesz później to ja mam 7x1km < 4/km, bo to przecież obciach jak do szkoły tata zamiast odwieźć odbiega albo jedzie razem rowerem. A może triathlon to podróże? Te zwykłe, do rodziny, do znajomych, na wakacje – i planowanie – gdzie i jaki trening. Biegi ok – znajdę trasę, pływanie – w miarę, ale latać z rowerem? Brać go na święta? No ale podróże. Na zawody. Najpierw po Polsce, później po Europie, za chwilę po świecie.

 

I planowanie. Wcześniej wstać. I odpoczywać. Też ważne. Ja nie odpocznę? Pewnie, że odpocznę. Trening i cały dzień przed telewizorem. Mąż – krzak. Tata – krzak. No przecież odpoczywam – to bardzo ważne. A może sprzęt? One More Toy. Nowe koło, pull-boy, Garmin Connect, foot-pad, startówki < 250g, wygodniejsze siodełko i buty, i rama, najlepiej dwie ramy, czasowa i treningowa, i miernik mocy, bo jak inaczej trenowac w ten wiatr? I książki o technice biegania. I o Kenii, i o diecie, i o pływaniu, jak poprawić, i cały ten stuff do treningu. Co jeszcze? 10 koszulek z zawodów i czepki, po co mi tyle czepków? Numery startowe w kartkach książek. Medale na półce, frotki. I pytanie bez pardonu – po co to komu?

Haugesund. Zawody. Nie przestaje padać. Start w grupach. Dobrze. M35 jak zawsze najliczniejsza. Jeszcze z kimś na dokładkę – 500 osób w grupie. 15 w rzędzie, a w pierwszym jeden debiutant, w drugim trzech. Podnieśli rękę, jak pytali o Triathlon-Virgins. Biedacy. Współczuję. Później jak zawsze. Start z 4 rzędu. Po jaką cholerę ustawiasz się z przodu jak płyniesz żabką? Woda zimna, podobno ma 18 stopni. Błagam! Jak to możliwe skoro od 4 dni było 16 max i ani przez chwilę nie było słońca? Korporacja – wiadomo. Mówią, że 18, bo jakby podali prawdziwą, to na bank ludzie będą chcieli skrócić albo odwołać pływanie. Tanie, no ale korpo. Hajs się musi zgadzać. Więc niby 18. Brak rozgrzewki. Błąd. Pierwsze 100m kraul ratowniczy. Brak tchu z zimna. Później ok. Ciemno. Mętnie. Pada, ale to teraz nie przeszkadza. Dziwna trasa w kształcie ślimaka. Od połowy pływanie zygzakiem, bo wcześniejsze grupy testują limity czasowe. No, ale do brzegu. Krótki dobieg. Ciągle pada. Zmiana. Ze skarpetkami, żeby nie obetrzeć. I z noskami na buty żeby na sucho.

 

 

Start roweru pod górkę. Wąsko. Ludzie na najwyższych biegach, upadki, dramaty, przekleństwa we wszystkich językach. Tysiące wydane na koła w piach. Jedziemy. Płynie z nieba, płynie droga. Małe koleiny, trzeba jechać pomiędzy, ale na zjazdach jest problem. Od upadku rok temu na treningu, zakręty pokonuję ostrożniej. Momentami zbyt ostrożnie. Wyprzedzają. W planie mam jechać każde 5km po 8:20 ale w T1 coś poszło nie tak więc pierwszych 5km nie widzę. Rozkręcam się. Na zjazdach i prostych jest ok. Dysk działa. Wyprzedzam. Na podjazdach gorzej – waga. Argentyńczyka znoszę z godnością. Jest lekki, ciężko rywalizować. Wyprzedza na podjazdach, doganiam poza. Rozkręcam bardziej. Tasujemy się 40km. Znika. Wcześniej jednak Rusek, którego nie zdzierżę. Ruski zresztą często się grzeją na początku. Mam 40kmh na prostej, a ten przelatuje dobre 5kmh szybciej. Albo były kolarz albo się zgrzeje.

 

Żele z ramy. Pierwszy prawie od razu po wodzie, drugi na 30km, baton na 50km, zgrzany Rusek chwilę później, wreszcie ostatni żel, z kofeiną na pobudzenie koło 80km. Miał być, ale wypadł. Bloody hell. Trudno, złapie coś na biegu. Już prawie koniec, pieką nogi. To nie są góry, ale jest góra – dół. Jak rozkręcisz na zjeździe – część podjazdu wchodzi z rozpędu. Pełno kibiców, całe rodzimy siedzą przy trasie. Pierwszy raz ich słyszę. „Heja, heja”. Szkoły całe, jakieś, dzieci, flagi, raz nawet Polska. Wystawione przed domy krzesła, parasole, uśmiechy, bębny, muzyka. Nigdy wcześniej w takiej ilości. Mimo deszczu jest prawdziwe święto. Mimo, że tylko nieco ponad 1500 zawodników i jedna pętla na rowerze – dzięki strefom na pływaniu, w zasadzie cały czas jest ktoś w zasięgu wzroku. Uciekasz i gonisz. Patrzę na numery. Szukam Polaków, szukam rywali z age-grupy. Ok 20km pierwszy Polak, ok 50km kolejny, w zasadzie cały czas się tasujemy. Ciągle pełno kibiców. Super uczucie. Pada, ale to już nie przeszkadza. Skarpetki mokre, noski bez sensu, w butach zupa. Ciągle ostrożnie. Tnę zakręty poza oś jezdni. Droga zamknięta, więc nic nie nadjedzie. Nie powinno. Sędzina na motorze, że nie wolno ciąć. Trudno. Tylko do osi jezdni. Glenn jest lepszy – odjeżdża. Ginie za pagórkiem. Powrót do miasta, morze kibiców, tumult. Strefa żywienia. Jeden bidon out, jeden bidon in. Tylko jeden, nie chce się pić + waga. Po co dwa? Zimno, trzeba się zmuszać do picia. Jeszcze 10km, myśli już krążą wokół biegu. Że będzie ciepło w stopy, że już więcej niż połowa za mną. Że tylko bieg i zaliczone. Tempo jest ok, chyba ok, tak wynika przynajmniej z międzyczasów. Cisnąć nie odpuszczać!

 

DSC 0978
 
T2. Nie ma torby. Oznaczona taśmą jak zawsze, ale nie ma. Na pomoc przychodzi wolontariusz. Mam! Zakładam suche skarpetki, zasypane talkiem. Przestało padać. Pierwsze 2km robię szybciej, bo nieco z górki. Tak miało być „na lepsze biegu kończenie”. Kolejne 3km szybciej, bo jest siła – „na większego zapasu zrobienie”. Później, rodzina wzdłuż drogi. Zdjęcia, cola bez gazu, piątki, uśmiechy. No, więc jest nieco szybciej, na euforii – „na życiówki pewne poprawienie”. Mija połowa pierwszego kółka, za chwilę zakładają opaski. 1st lap niebieska, 2nd lap żółta. Wyciągam ręce po dwie – jest siła na żarty. Dobrze. A więc jednak teren jest pofałdowany! Przede mną długi podbieg. Wytrzymać tempo, kosztem tętna, później będzie łatwiej, bo zbieg. Nagle coś jakby skurcze tliły się w dwójkach. Lepiej nogi niż brzuch. Nogi zawsze można zakrzyczeć, porozciągać, poobijać, to tylko nogi. Brzuch nie słucha. Przedstartowy Stoperan działa. Koniec pierwszego kółka, a przed nami wyłania się stromy podbieg. Bardzo stromy. Mocno poza zakładanym tempem. To źle. No, ale zaraz powrót tą samą drogą. Kończąc pierwsze okrążenie mijam metę – to wciąż przede mną, jeszcze nie teraz, jeszcze jedno kółko. Pełno kibiców. No, więc dalej! Utrzymać założone tempo! Znowu długi podbieg. Krok za krokiem. Bolą kolana. Z naprzeciwka koleś biegnie bez butów.

 

Czym jest ten triathlon? Masochizm? Autodestrukcja? Boso? Po bruku? Wow! No, więc kolana niech bolą. Zawsze można bez butów. Rodzina, cola, nawrót, podbieg. Zbieg jakby się wypłaszczył, a ja biegnę nieco wolniej… był przecież zapas. Trasa domierzona. Niedobrze! Mogliby zrobić 20,1 ten 1km to przecież w T1 i T2 zrobiłem. Trudno. Jeszcze 5, jeszcze 4, 3. Te ostatnie zawsze się ciągną najdłużej. Mózg jest jednak wygodny. Na pełnym po połówce biegu było jeszcze sporo sił, a teraz już woła o koniec. Niby inne tempo, ale zawsze. W końcu ostatni kilometr. Częściowo z górki, ostatnia prosta. Zawsze bez finiszu. Po co te parę sekund? Lepiej cieszyć się tą chwilą.

 

{gallery}haugesund_2014_c{/gallery}

 

Nazwisko nad finiszem. Rodzina na mecie. I czas o 19 min lepszy niż na Majorce, 3 min lepiej niż cel. Uśmiech, zadowolenie, duma. Koniec…
Czym więc jest ten triathlon? Jakie będzie następne 10? Czy zawsze będą cele? Kiedy przyjdzie kryzys? Po ilu startach bez życiówki? Kiedy odcinanie kuponów? Kiedy koniec poprawy?
Will see…

10 KOMENTARZE

  1. Marcinie, nie zaczynaj…. tak jak w ubiegłym roku… !!! :-))) Połamać to ja mogę siebie jak coś na rowerze wyskoczy… (odpukać).

  2. Gratuluje startu i wyniku! A pytania zapewne kazdy sobie rozne stawia i ile osob tyle odpowiedzi, a odpowiedzi tez zaleza od tego w jakim okresie zycia i wlasnego rozwoju jako tri sobie te pytania stawiamy.
    @Arek. – czekam z niecierpliwoscia na Twoj start w 1/2 …. polamiesz 5h?:)))

  3. Z pewnością nie jeden z Nas zadaje sobie podobne pytania i ,,brnie” dalej… Przekroczenie mety niweluje znaki zapytania… Takie teksty sprawiają, że czuje głód startu…. 🙂 Gratulacje!!!

  4. Brawo Mateusz. Super wynik, super tekst! Gratulacje. Czuję, że z czasem, powoli Hagesund stanie się polską miejscówką 🙂

  5. Super napisane! Super przemyslane! Super ze nie dajesz plaskich odpowiedzi na pytania ktore kazdy sobie czasem zadaje…!

    Masz racje kazdy musi sie przekonac sam i znalezc swoje wlasne odpowiedzi… 🙂

    Pozdrawiam
    Kamil

  6. Pięknie ujęte rozważania. Coś nas jednak napędza do tego triathlonowego pociągu. Czy jeśli wysiądziemy, to będzie chciało nam się do niego wrócić? Pytań bez odpowiedzi jest o wiele więcej, a życie faktycznie weryfikuje. Powodzenia na kolejnej 10-tce 🙂

  7. Super tekst! Siedzę teraz przed komputerem, na zewnątrz leje, ale po Twoim tekście przyszła mi ochota na ściganie! Dzięki.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here