Norseman 2013 – po kolei – do mety!

6
45

Trasa biegowa prowadzi, przez pierwszych 20km, brzegiem jeziora Tinnsjo – ma niewielkie wzniesienia, ale ogólnie trzyma się blisko linii wody, jest płaska.

Już na pierwszych kilometrach biegu czuję, że ‚ciepło’ zamienia się w ‚zbyt ciepło’ – powoli zaczynam więc zdejmować kolejne cichy i rzucać je drużynie. Przed pierwszym spotkaniem ‚bufetowym’ jestem już bez wszystkich dociepleń, choć niebo jeszcze jest mocno zachmurzone a droga mokra po niedawnej ulewie.

Po kilku kilometrach ukazuje się najdłuższa panorama jeziora – ponad 20km w linii prostej – pięknie, zwłaszcza na deskę. Co ciekawe, jak później przeczytamy, jezioro jest na wysokości ok. 200m npm, a jego głębokosc to ponad 400mi! Ale woda – słodka.

Na pierwszych 25km biegu nie można mieć stałego towarzystwa na trasie, więc umówiliśmy się z drużyną, że bufety mamy co 4km. Okazuje się to świetnym rozwiązaniem – ja nie muszę zbyt długo czekać na kolejną porcję zasilania i spotkanie z nimi (nawet ważniejsze dla formy biegowej :-)), a przy okazji spotykamy się w mało zatłoczonych miejscach, podczas gdy większość drużyn tłoczy się na co piątym kilometrze. Mogę brać izo, carbo, wodę w lekkich butelkach, colę, banany i żel węglowodanowy z kofeiną.

Od początku tego nietypowego maratonu staram się odpowiednio nastawić psychicznie – w zasadzie to biegu jest 25km, dalej wspinaczka, więc nie będzie się dłużyło itd. Próbuję złapać odpowiedni rytm biegu, nie skupiać się na odległości  (nawet nie sprawdzam  tempa kilometrowego), biec tak mocno jak to tylko możliwe, bez ‚przysiadania’ . Sam jestem zdziwiony że się udaje.

Około 5. km mój bieg jest już całkiem stabilny, a kibicujący w każdym możliwym miejscu Norwedzy lub członkowie ekip zdecydowanie pomagają w utrzymaniu rytmu. Z drużynami innych zawodników mam zresztą dość regularny kontakt prosząc o wyrzucenie pustych butelek po napojach.

Tabliczki z informacją o odległości na szczęście są na każdym kilometrze. Przy tej z cyfrą ‚5’  – stoi sobie beczka pełna wody, z logo Norseman i napisem ‚refresh yourself’. Jestem już dobrze rozgrzany, więc tylko podbiegając nabieram dłońmi wodę opłukuję głowę. Ale obciach – w beczce pływały kubki plastikowe, chyba chodziło o picie…

Życzliwy doping kibiców i widok fantastycznych zielonych zboczy gór, z których sączą się niezliczone strumienie i wodospady, pomagają oderwać się od myślenia o dystansie.

Zerkam na stoper – i zaczynam sobie wkręcać w głowę problem: do punktu pomiaru czasu mam już niecałe 20km, chyba nie zdążę z powodu limitu czasu, a nie miejsca w stawce! Ze sto razy czytałem zasady a mimo to teraz jestem przekonany, że limit na 32km to 13,5h – nie ma szans zdążyć. Ale jak to możliwe? Pewnie z powodu wolniejszego roweru – przy takiej pogodzie…

Na szczęście mój support po kilku kilometrach niepewności i prób zwiększania tempa przywraca moim myślom ład i spokój: 14,5h, oczywiście.

Tymczasem jest coraz cieplej. Po 15. Km, gdy zaczynamy biec wzdłuż bocznej odnogi jeziora, już w kierunku Rjukan, pojawia się długo oczekiwany widok- Mt. Gaustatoppen – nasz cel. Szczyt jeszcze cały zasnuty chmurami, ale skoro u mnie teraz są upał i błękitne niebo – może dotrą i na szczyt.

Droga prowadzi zboczem górskim – jest mało miejsca, zwłaszcza dla naszych drużyn, które mają sporo problemów z parkowaniem samochodów. Nadal wspierać można tylko przy zaparkowanym poza szosą samochodzie.

Ubieram chłodzące rękawki – rzeczywiście działają! Przy każdy kolejnym postoju od teraz schładzam się wodą – to przynosi pewną ulgę.

Na pierwszym odcinku biegu wyprzedziło mnie kilku zawodników. Teraz, ku swojemu zdumieniu, ja zaczynam mijać ich idących, również innych – którzy wcześniej zaczęli bieg. Nie jest źle. Staram się zachowywać chłodną głowę, ale pozycja wyjściowa chyba się zbytnio nie pogorszyła.

 

Zaczyna mi dokuczać problem znany z treningów: Biec trzeba lewą stroną drogi. Droga ma profil wyraźnie opadający ku poboczu, więc właściwie bez przerwy stawiam kroki na nachylonej nawierzchni. Niestety, ten kierunek nachylenia zawsze powoduje w moim ‚naprawionym’ kolanie dolegliwości łąkotkowe. Wolałbym biec po prawej stronie, ale to zabronoione. Mój przyśrodkowy ból w kolanie co jakiś czas pojawia się, więc nie myślę już o tempie i wyprzedzaniu. Spokój!

 

Co jakiś czas pojawia się mrowienie w mięśniach przyśrodkowych – pierwsza zapowiedź skurczy. Proszę mój team o tabletki ZMA. Niby bez sensu w trakcie wysiłku, ale przy takim rytmie pracy żołądka może coś tam zdąży się wchłonąć.

 

Jest! 20. Km . W tym miejscu kończy się jezioro, więc upał będzie znacznie bardziej dotkliwy. Dolina rozszerza się, jest więcej pól, domów i tym samym kibiców. Jest i moja drużyna – to uspokaja.

Co za ulga. Całe rodziny z chorągiewkami, transparentami : ‚heja, heja, heja’.

Jeszcze tylko 5km ciągłego biegu – ale coś ciężko idzie. Mam problem z utrzymaniem tempa, stawiam przysiadające kroki. Dopiero następnego dnia, jadąc w dół, przekonam się jakie jest nachylenie drogi – całkiem solidna górka. I tak do skrętu na 25. Km.

To granica między biegiem i wspinaczką. Między w miarę typową drogą i ‚Zombie Hill’- nazwanym tak od wyrazu twarzy zawodników pokonujących ten etap trasy.

Na zakręcie – pierwszy bufet zapewniony przez organizatora. 1000m wcześniej korzystałem z własnego, więc porywam tylko jakiś batonik i biegnę na spotkanie Zombie. W tym miejscu jest prawdziwy tłum kibiców. Ciary!

Na zakręcie stoją norweskie przedszkolaki z woreczkiem batoników Mars i częstują zawodników. Pokazuję, że przydadzą się kolejnym, jak mam ten z bufetu… Idiota! Przez kilka dni będę miał jeszcze w głowie te wesołe blond-główki i żal, że nie skorzystałem z ich zapału i wsparcia.

 

Od początku podejścia przechodzimy w marsz. Zgodnie z regułami i naszymi ustaleniami – na podejściu razem ze mną pójdzie Marek. Gosia zachowuje siły na szczyt i podaje zaopatrzenie, a Marcin jedzie samochodem.  Ubieram się cieplej  – w pojedynku pogodowym chyba jednak chmury pokonują słońce.

Próba biegu przy takim nachyleniu nie ma sensu – trzymamy dość szybkie tempo marszowe. Nie jestem w stanie rozmawiać, więc przepraszam Marka, ale pójdziemy sobie w milczeniu. Proszę jedynie o coś normalnego do jedzenia. Kanapka zamiast żeli i bananów – to na tym etapie bajeczny luksus.

Droga trawersując pnie się coraz wyżej – wysokość rośnie, ale nogi czują jakim kosztem. Sponiewierane biegiem po skosie kolano, co jakiś czas odzywa się mocnym impulsem bólowym. Temperatura spada, ja odczuwam coraz większe ciepło. Marek powoli cieszy się, że damy radę w limicie – ja wolę zachować dystans. Jeszcze daleko i wysoko. Idzie przede mną i dyktuje dobre tempo.

Dla rozluźnienia i złapania oddechu, w słonecznej chwili,  przy jednym z wodospadów stajemy na zdjęcie. Niezła historia – razem kilkanaście lat temu biegaliśmy o 6 rano w katowickich lasach, razem robiliśmy pierwszy trening 20km, w odstępie tygodnia zaliczyliśmy pierwsze maratony – a teraz drapiemy się pod niekończący się Zombie Hill…

Na ok. 28.km niespodzianka – norweski kibic, starszy pan, stoi z kartonikiem lodów i częstuje zawodników. Co za pomysł! Mnie trafia się ostatni – nie zastanawiam się jak to przyjmie organizm. I dobrze: ten rożek, do tego cola od Gosi i czuję niesamowity przypływ energii i orzeźwienie. Ale ulga. Dzięki, dziadku!

Około 30.km odsłania się piękny widok na Rjukan – ależ jesteśmy wysoko! Szczyt jeszcze jest daleko, zakryty chmurami, ale pokonana na ostatnich 5km wysokość podnosi na duchu.

Pozostał ostatni stopień, kilka zakrętów i jest! – pomiar czasu na 32km – pierwsza bramka dzieląca nas od czarnego szczęścia na szczycie. Mieścimy się spokojnie w limicie, więc powoli zaczynamy do siebie z uśmiechem kiwać głowami: Tak, Tak!

Kilka kroków dalej – bufet nr 2. A w nim napoje, batony, bakalie i arbuz. Kolejna atrakcyjna odmiana pokarmowa. I miłe zaskoczenie – spotykamy szefa Kalle Jensena.

Zamieniamy kilka słów, przekazuje nam słabą wiadomość: burza uszkodziła kolejkę (tą, z której powodu limit wchodzących na szczyt to 160). Nalega, by zabrać na górę więcej ciepłych ubrań, jedzenia i picia – wszak czeka nas później zejście tą samą drogą w dół. Jakoś specjalnie nas to nie martwi, jest OK, pozdrawiamy się i ruszamy dalej.

Powyżej 33.km droga trochę się wypłaszcza, choć nadal lekko nie jest –  przechodzimy z Markiem do biegu – przecież góra czeka. Znowu kogoś tam wyprzedzamy, choć nie to jest najważniejsze teraz.

Nasza drużyna rozdziela się – nie wiemy jak będzie z parkingiem u góry, więc Marcin i Gosia jadą na kilometr 37, by z wyprzedzeniem przejść kontrolę plecaków: mojego i Gosi. Mają zawierać ciepłą odzież, latarkę, jedzenie, picie, telefon i pieniądze. Wszystko w każdym plecaku dokładnie trzeba pokazać. Jest porządek. Norseman Crew niesamowicie się stara.

Zgodnie z wcześniejszą decyzją, na górę i tak idzie cały team – jak świętować to razem. Nie zauważając nawet upływu ostatnich kilku drogowych kilometrów docieramy do drugiej granicy szczęścia – 37km. Gosia czeka, mieścimy się w limicie.  Wiem już, że choćby na czworakach, ale teraz już pójdę na szczyt. Okazuje się jednak, że rezerwy organizmu są niezbadane. Sama świadomość, że już tak blisko do mety, że chyba uda się osiągnąć cel, sprawia, że przestaję czuć jakiekolwiek zmęczenie – coś jakby minione 221km było jakąś zapomnianą, dawną historią, wydłużoną rozgrzewką i oto przed nami do pokonania niecałe 5km. Tak! Kontroler medyczny nie podchodzi do nas – bo i po co?

Po raz kolejny sędzia pokazuje moje miejsce w stawce: 74. – kojąca informacja, choć już bez znaczenia. Będzie czarny koszul :-).

 

Nawet nie zaglądam do bufetu, stajemy jedynie na pamiątkowe zdjęcie przy wymarzonej tabliczce – i na Gaustatoppen!

Żwawo ruszamy do góry. Droga, początkowo w miarę równa, dalej prowadzi po rozsypisku niestabilnych kamieni różnej wielkości, pomiędzy nimi miejscami płyną strumienie. Szlak na szczyt oprócz stałych znaków na kamieniach oznaczony jest norweskimi chorągiewkami.

Dość szybko rośnie wysokość, rozchmurza się, choć wierzchołek nadal jest zasłonięty chmurami. Ukazuje się nam coraz ładniejsza panorama norweskiego krajobrazu:

Szlak nie jest zamknięty, więc mijamy wielu turystów. Kibicują, dodając nam energii. Po ok. 30 minutach marszu zaczynamy spotykać finisherów schodzących w dół – również kibicują, zagrzewają do dalszej walki i gratulują, choć do celu jeszcze trochę. Po kolejnych kilkunastu minutach- bardzo budujący widok – po wyjściu zza załamania terenu po raz pierwszy tego dnia widzimy wierzchołek. W tym samym dosłownie momencie mija nas najszybsza, jak się później dowiemy, z kobiet na trasie. „Heja, heja, heja, go!’ – taki doping, w takim miejscu, od takiej zawodniczki musi pomóc…

Jest stromo, ale pięknie

Od mniej więcej połowy podejścia trochę uspokajamy marsz. Jest coraz chłodniej, mocno wieje, delektujemy się końcówką wspinaczki. Nie walczę uparcie o miejsce w klasyfikacji. Na najbliższych 2 km wyprzedzi nas trochę osób wyraźnie ścigających się z trasą. Ja już zaczynam czuć smak zrealizowanego planu, osiągniętego celu i spokojnie idę dalej, choć czuję, że jest moc by szarpnąć i nie dać się wyprzedzać.

Ustalamy, że Marcin pójdzie przodem, by pstryknąć nam zdjęcie na szczycie, a my spokojnie celebrujemy ostatnie norsemanowe kroki – to już tak blisko!

Tuż przed szczytem zatrzymujemy się – taki krajowy akcent: ubieram pożyczoną koszulkę, w której „kolega kolegi’ reprezentował Polskę w hokeju. Ja, trochę samozwańczo, poreprezentuję  na Norsemanie :-). Jeszcze kilka kroków

–i jest! Szczyt! Stawiamy z Gosią ten decydujący krok – i jesteśmy na mecie Norsemana 2013. Udało się!

Dziewięć miesięcy od znalezienia się na liście N2013, po wielu miesiącach planowania, rozmyślania, nastawiania się i przede wszystkim po niezliczonych godzinach treningów – jestem na mecie, cel osiągnięty. Ale emocje. Mój zespół wsparcia i ja zdobyliśmy Gaustatoppen. Dla dopełnienia szczęścia – chmury gdzieś zniknęły i widzimy piękną panoramę, podobno najpiękniejszą i najbardziej rozległą  w całej Norwegii..

Na szczycie spędzamy ponad godzinę – tak dobrze tu być. Gratulujemy sobie i innym zdobywcom, ubieramy się ciepło, próbujemy zupki rozdawanej przez organizatorów, a gdy w końcu powracają chmury, wchodzimy do mini-schroniska, z którego dobiega wyjątkowo kuszący zapach gofrów.

W środku – festyn. Wszyscy przeżywają to, co czego przed chwilą dokonali, jest miło, wesoło i przede wszystkim – ciepło. Nie czuję jakiegoś wyczerpania – wręcz przeciwnie, sama świadomość osiągnięcia mety wyraźnie mnie odświeżyła.

Ktoś podchodzi do nas i zagaduje łamaną polszczyzną: to lekarz z obsługi imprezy – Norweg, ale studiował medycynę w Krakowie, pamięta kilka słów po polsku. Chwilę rozmawiamy, prosi nas, by możliwie szybko kierować się na dół, bo wkrótce zapadnie zmrok, a spodziewają się dużej grupy finiszujących. Ubieramy się więc we wszystko co mamy i szczęśliwi ruszamy, już w mlecznej panoramie, w kierunku parkingu. Jeszcze na szczycie pakuję do plecaka kilka kamieni z TEJ GÓRY, o które prosili znajomi – naturalne pamiątki…

Zejście jest, jak zwykle, trudniejsze od wejścia. Pierwsze kroki są dla mnie dość trudne  z powodu zastygłych mięśni, ale już po 10 minutach marszu łapię rytm. Trzeba tylko uważać na ruchome kamienie. Wzdłuż całej trasy mijamy kolejnych zawodników idących do góry. Wszystkim kibicujemy i zagrzewamy do dalszego wysiłku. Jesteśmy już za połową zejścia, gdy spotykamy ostatniego dopuszczonego na szczyt. Co za emocje! Gratulujemy, życzymy powodzenia, „well done’, „take the black’ itd. Podajemy sobie ręce. Jest zmęczony, ale znamy tą mieszankę satysfakcji i determinacji, jaką widać na jego twarzy. Zrobi to.

 

Jakieś 10 minut później – mijamy dwóch członków Norseman Crew zamykających stawkę wyścigu na szczyt. Chwilę miło rozmawiamy, dziękujemy im za wszystko i ruszamy dalej. Jeszcze chwilę później – następnych dwóch niesie termomaty i śpiwory do góry. To dla zawodnika, o którym już wiedzą, że nie będzie w stanie o własnych siłach zejść dzisiaj na dół. Przypominamy sobie – był taki starszy gość.

Świetnie, że przy nieczynnej kolejce ma takie wsparcie. Pozdrawiamy się, dziękujemy im za zaangażowanie i, w zupełnych już ciemnościach, ruszamy w dół.

Przy parkingu stoją kolejne osoby z obsługi- dają nam wodę, gratulują, my im dziękujemy za wszystko – fiesta trwa. Panie (w wieku naszych mam) z energią mówią : ‚see you next year’! Hmm – byłoby, mimo wszystkich trudów, miło…

 

Najprzyjemniejsza w tej chwili perspektywa – po dotarciu do samochodu ruszamy w kierunku hotelu w Gaustablikk, pobliskim kurorcie, ślicznie położonym wysoko w górach. Tam mamy zarezerwowany nocleg w miękkiej pościeli i mmm… hotelowe śniadanie.

Po skecie przy bramce na 32.km mijamy kilku zawodników biegnących do mety przy hotelu. Kibicujemy im, życzymy powodzenia. Ukończenie zawodów tam – daje białą koszulkę. To ci, którzy nie zmieścili się w limicie 15.5h na bramce 37, lub 14,5 na bramce 32 (już wiemy, że w tych warunkach limitem na 37.km był czas a nie liczba 160 zawodników). Ukończą pełny dystans, będą Norsemanami, choć niektórzy dopiero za jakiś czas:

Gdy będziemy już wygodnie leżeć w hotelu, po prysznicu, kolacji,  wypitym piwku i krótkich pogaduchach, sporo po północy – Marek idąc do samochodu spotka jednego z finiszujących, wśród oklasków swojego teamu, Norsemana. Prawie 20 godzin na trasie!

 

 

Po krótkiej i niezwykle twardo przespanej nocy, po śniadaniu z widokiem na odsłonięty szczyt Gausta, idziemy na ostatni,  bardzo emocjonujący, punkt programu:  odbiór koszulek i zakończenie imprezy.

Niesłychane przeżycie – dobrze, że przesunięte na kolejny dzień. Norseman ma w zasadzie dwie równie ekscytujące mety: jedną na zakończeniu trasy, drugą – w chwili, gdy zawodnik ubiera wymarzoną koszulkę. Jak mówią: dla takich chwil warto żyć, to się dzieje naprawdę.

 

Samo zakończenie również jest dość wyjątkowe – odbywa się w dużym barze dla narciarzy, teraz nieczynnym: Krótkie podsumowanie w wykonaniu stojącego na ławce Kalle, później Linne przedstawia zwycięzców, podziękowania dla Norseman Crew (z powodu nieczynnej kolejki sami wnosili wszystkie ‚graty’ na szczyt i z powrotem).

Żadnych fanfar, podiów, pucharów – zwycięzcy stają na knajpianych ławkach. Ujmująca prostota, bardzo nam się podoba. Zresztą, ciągle mamy mały kłopot ze zrozumieniem u słuchaczy, gdy odpowiadamy na pytanie „co wygrali zwycięzcy?’: nic, poza koszulką  i satysfakcją.  -???   -Specyficzne zawody.

Po prezentacji zwycięzców – wszyscy, którzy ukończyli, idą na taras, by stanąć do słynnego już, pamiątkowego zdjęcia na tle góry-mety. Ale emocje! Niektórzy mają problem z siadaniem, czy w ogóle przemieszczaniem się, ale to nic: zdjęcie będzie wyjątkowe!

Żeby było bardziej żywiołowo – na znak dany przez Kalle, wszyscy pokazują, jak są zadowoleni:

Ano tak 🙂 Co za energia!

Tuż przed odjazdem – pamiątkowa fotka z szefem-Kalle. Dla mnie pozostaje on uosobieniem tej imprezy, do tego spotkanym kilkukrotnie na trasie, dodającym wiary w sukces…

Co za weekend! Co za przeżycia! Jestem pewien, że pozostanie to w naszej pamięci na lata. Ilość przygotowań do imprezy, wszelkie sprawy logistyczne, masa treningów, wreszcie sam start, trudność trasy i warunków pogodowych, nieprawdopodobna huśtawka nastrojów, końcowy sukces, zrealizowanie planu – okazały się być piękną układanką, której składanie właśnie ukończyliśmy. Celem max. była czarna koszulka – i już ją mam!

Jeszcze tylko kilka pamiątkowych zdjęć:

Pod szczytem

Na rogatkach Rjukan, skąd w końcu widać, jakie przewyższenie jest do pokonania na ostatnich 17km – nasza wspaniała drużyna w całości:

Po drodze jeszcze tylko krótki postój na kąpiel w jednej z odnóg jeziora Tinnsjo i do domu, do dzieci 🙂

 

Ukończyłem Norsemana 2013 na 71.miejscu, choć nie to jest najważniejsze. Nie byłem zaraz po ukończeniu,  1,2 ani kilka dni po tym ‚wykończony’ – sam nie mogę się nadziwić, jak bez wsparcia trenerskiego, szczegółowych programów itd. udało się tak trafić ze szczytem formy.  Patrząc na to chłodno, po kilku dniach, mogę śmiało powiedzieć, że miejsce o 10-13 wyższe też było spokojnie w zasięgu. Ale wtedy przeżycia z ostatnich metrów nie byłyby chyba tak duże. Nie po miejsce w końcu tam jechałem, tylko po czarną koszulkę.

Rodzina, znajomi – tyle osób życzyło nam przed wyjazdem powodzenia – i udało się! Pozostaje moim wewnętrznym przekonaniem, że mój Tato, największy chyba kibic i rozpalacz moich sportowych pasji, a przy tym miłośnik norweskiej przyrody – ‚gdzieś tam z góry’ całemu wydarzeniu też kibicował. Kolejny zbieg okoliczności – również podgrzewający emocje: moja Mama była w tym samym czasie na wyjeździe turystycznym w Norwegii, dzień po zawodach odwiedzając Hardangerviddę i Eidfjord…

Miałem fantastyczną drużynę wsparcia – zaangażowaną, opanowaną,  wyprzedzającą moje potrzeby i idealnie realizująca nasze przedstartowe założenia. Dlatego ukończenie zawodów jest naszym wspólnym sukcesem, którego wspomnienie jeszcze długo będzie wywoływało pogodny uśmiech.

Szczególne podziekowania – dla www.bodydry.pl, za wygodny, szybki i bezpieczny transport :-).

 

Od chwili gdy dotarłem na Gaustatoppen – Norseman Xtreme Triathlon zajmuje osobne miejsce w mojej świadomości. Jest to doświadczenie dodające wiary we własne możliwości, dowód na to, że trening w sporcie jednak prowadzi do celu, że warto podejmować wyzwania, że marzenia i plany można wypełnić. Dzieki Bogu, udało  się!

 

Satysfakcja jest ogromna, poczucie spełnienia sportowego również. Skala  i intensywność przeżyć związanych ze startem w tych zawodach jest tak duża i unikalna, że wręcz nie sposób przekazać tego w słowach. Trzeba spróbować, by się przekonać.

Jeśli ten, nieco przydługawy, opis naszej przygody (choć to tylko niewielki fragment wrażeń i zdjęć, jakie przywieźliśmy) zachęci kogoś do tego – tym lepiej. Zapewniam, że warto. Warto podjąć każde możliwe wyrzeczenie, by właśnie w tych zawodach wystartować. Wiadomo, szczęście w losowaniu też się przyda…

 

Gdybym nie był przekonany, czy warto było  – pomogłaby mi przygoda z promu: Jak pewnie większość zawodników, jadę sobie do domu w nowej, czarnej koszulce. Podchodzi miły pan, w wieku 50+ i pyta:

– Czy byliśmy na zawodach Norseman (wskazując na czarny koszul)?

– Tak, właśnie wczoraj .

– Ale czy startowałeś?

– Tak, i udało się ukończyć na szczycie, itd.

– Niesamowite – mówi rozemocjonowany– My jesteśmy z Holandii, wracaliśmy z przyczepą przez Hardangervidda z wakacji i zobaczyłem że są zawody. Szybko znalazłem nazwę i opis w sieci, zatrzymaliśmy się z rodziną i kibicowaliśmy do końca. Nieprawdopodobne zawody. Niesamowite, że je ukończyłeś, cieszę się, że Was spotkałem itd., itp.

I ciągle mi gratuluje przez dłuższy czas ściskając dłoń. Ciary, dosłownie! Zaniemówiłem. Tym razem pod ręką nie było okularów słonecznych…

 

Myśląc na spokojnie – chciałbym jeszcze kiedyś, może za kilka lat wystartować tam ponownie. I może powalczyć bardziej o miejsce, i może jeszcze lepiej się przygotować… zobaczymy. Średnia wieku była – orientacyjnie – wyższa od moich 39 lat, więc może jeszcze kiedyś… Na razie ciągle cieszę się tym co jest.

Gorąco zachęcam do zapisywania się na Norsemana2014 (już w końcu listopada).

 

Dziękuję za cierpliwość i wszelkie wsparcie,

adam.krzystolik

 

PS

Jeszcze coś off-topic:

 

W czasie biegu wzdłuż jeziora Tinssjo na dobrych kilka km moją uwagę i myśli zajęły duże promy zacumowane w Skien, w pobliżu Rjukan, przy końcu jeziora:

Skąd się tu wzięły i po co? Duże jezioro, ale w górach. Jak można przywieźć tu olbrzymi prom?

Gdy wracaliśmy już do domu, 30 km dalej, przy południowym końcu jeziora w Tinnoset, napotkaliśmy końcowy terminal linii promowej – jak widać, kolejowej.

W skrócie: Okazało się, że jest to nieczynna linia kolejowa z przeprawą promową,  z początku XXwieku, transportująca towar do fabryki nawozów Norsk Hydro, zlokalizowanej w Rjukan, przy olbrzymiej elektrowni wodnej Vemork.

Ta nazwa wszystko wyjasnia…

W czasie II Wojny Światowej – to w tej fabryce produkowano tzw. ciężką wodę, wykorzystywaną w III Rzeszy w programie służącym skonstruowaniu broni atomowej. Transportowano ją promami na południe i dalej do Niemiec.

Gdy fabryka została zniszczona przez ruch oporu i Aliantów, resztę ciężkiej wody usiłowano przetransportować jednym z promów, który w najgłębszym miejscu jeziora (ponad 400m) został zatopiony. Brak ‚surowca’ uniemożliwił praktycznie dalszy rozwój badań… i może wpłynął na historię świata?

 

Okazuje się, że trasa Norsemana prowadzi również po bardzo ciekawych historycznie terenach, w których rozegrała się bardzo ważna „Bitwa o ciężką wodę’. Nie wiedzieliśmy tego wcześniej, a i pewnie czasu na odwiedzenie muzeum w Rjukan by nie wystarczyło – tym bardziej, jest powód, by jeszcze w te cudowne strony zajrzeć.

6 KOMENTARZE

  1. Szkoda ze już koniec relacji ;-(( może jednak są jeszcze jakieś wspomnienia – a nie wątpię – którymi warto się podzielic ;-)) PROSIMY !!!! Kolejny już raz gratulacje !!!! I oczywiście wyrazy ogromnej wdzięczności i podzięki dla EKIPY – genialnie wykonała swoje zadanie ;-)))

  2. Super – czytalem z zapartym tchem wszytskie czesci… Co za emocje co za przezycia – bardzo inspirujace… Gratulacjie i dzieki ze sie tym z nami podzieliles!

  3. Piękna opowieść! opowieść o przyjaźni i poświeceniu! tym razem wyrazy uznania i gratulacje dla drużyny! brawo! szkoda, ze to już koniec relacji:)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here