AKT 3. Byle nie być ostatnim 1/3

0

Jak się da przebiec 10 km to pewnie można i więcej. Inni to potrafią, ja też tak chcę. Zimę przebiegałem jak mi się chciało. Bez planu, bez głowy. Za to ile możliwości się otwiera …..

2017 rok w moim wykonaniu był przedziwny. Próbowałem wielu aktywności fizycznych. Zapisywałem się na wszystko co wpadło mi w ręce. Wszystkiego chciałem spróbować.

Hasłem przewodnim tego roku było: byle nie być ostatnim. Ta obsesyjna myśl towarzyszyła mi prawie przez cały rok. Wśród 17 przeróżnych startów były takie oto perełki:

A/ Luty 2017 – Kornatka Cross Run – 17 km – Przyjeżdżam do biura zawodów. Szukam wzrokiem, kogo zostawię za plecami. Oczom nie wierzę. Mało uczestników, brak potencjalnych ofiar. Sami wysportowani i wysprzętowieni. Taka wtopa. Co ja tu robię? A kij z tym. Kultowego schabowego po biegu muszę zjeść. Nagle, przebłysk geniuszu. Taktyka. Taktyka, głupcze. Startuję ostatni. Wszyscy przede mną. Wsiadam maruderom na plecy. Nie przebiegłem nigdy takiego dystansu więc zamykam bieg.

Udało się. Kilka osób przeholowało. Miejsce 128 na 152. To nic, że więzadło strzałkowe zerwane. Schabowy zjedzony w spokoju ducha.

Odkrycie roku 2017 nr 1 – bieg krosowy to wcale nie bieg (w moim wykonaniu oczywiście)

B/ Kwiecień 2017 – Spartan Race – dystans krótki –  no tak na próbę, jak wszystko w tym roku.

Tydzień przed startem wirus żołądkowy, taki co to górą i dołem leci. Pewnie przejdzie. Wystarczy dietka. No nie przeszedł. 7 dni na wodzie i ryżu. Dołem nie cieknie. Cera nieskazitelnie biała, 4,5 kg lżejszy. Aaa podjadę odbiorę przynajmniej pakiet. Ale na wszelki wypadek wezmę ciuchy, jakbym się poczuł na siłach. Odebrałem pakiet. Leżę w samochodzie. Nogi wysoko bo słabo. Cholera szkoda tych 200 zł. Przebiorę się powoli. Się zobaczy. Idę do kibelka. Cisza. Dobra, startuję. Ciuchy mam takie, że jak mnie obsra to nie żal. Startujemy w falach co 15 minut. Jestem w takim gazie, że zalewają mnie kolejne fale. Ludzie z litości przerzucają mnie przez kolejne ściany. Część naprawdę prostych przeszkód nie zaliczam bo nie jestem w stanie nawet wisieć na drążku. Ciągle pompuję burpiees seriami po 30. Razem było 120. Najlepsza przeszkoda: płaski blat pochylony 60 stopni, do szczytu przyczepione liny z węzełkami. Rozpędzasz się, wskakujesz, łapiesz linę, stopy po blacie, ręce ciągną rytmicznie linę, stajesz na szczycie, schodzisz z drugiej strony. Moja wersja: zalegasz na blacie, łapiesz linę koniuszkami palców, wykonujesz rowerek na śliskim blacie, stajesz na nogach, idziesz jak żółw, stajesz w końcu na szczycie, ostatnie pociągnięcie rękami, żeby przeważyć się na druga stronę i …….. kurrr…… z drugiej strony nie ma blatu tylko drabinki, celuję nogą w drabinkę, pudło, ciągle trzymając linę wykonuję salto, lądowanie, cały bok obity, cisza wokół, w końcu ktoś pyta czy żyję, odpowiadam zgodnie z prawdą, że tak.

Czy jest jeszcze ktoś z gorszym czasem? Ufff, są, zaskakująco dużo, moi wybawcy. Znowu zwycięski. Miejsce: 1045 na 1246.

Odkrycie roku 2017 nr 2 – jednak nie będę zawodnikiem OCR.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here